Płatki śniegu lawirowały w powietrzu. Ciemne, martwe drzewa nie były ponure, a jedynie miażdżąco bezpłciowe. Bezpłciowo szaro-ubraniowi ludzie przechodzili obok nich, chyląc głowy przed prószącym śniegiem.
Do przejścia pod torami wiodły kamienne schody. Oblegały je kupki brudnego śniegu, stare papiery i wręcz ornamenty ze szkła po butelkach z piwem. Roje rysunków i pseudoartystycznych podpisów pokrywały plastikowe szyby.
Przejście pogrążone było w półmroku przeciętym pasem światła. Plusnęło, gdy stopa zanurzyła się po kostkę w wodzie. Miarowy chlupot obijał się o ściany pokryte obscenicznym, koląco kolorowym graffiti
Brodzący ludzie wyglądali jak groteskowe kukły.
Schody w górę pokrywało coś łudząco podobne do szlamu; u szczytu śnieg zaległ cieniutką warstwą.
Peron był nietypowo zatłoczony. Po drugiej stronie torów, gdzie zawsze panoszyły się pustki, teraz tłoczyli się ludzie. Zaczynały się rozmowy, które szybko cichły. Tablice informujące o przyjazdach pociągów były puste.
Czas mijał boleśnie powoli. Mróz kąsał bezlitośnie, a wiatr chciał zedrzeć nieosłoniętą skórę. Z narastającą frustracją zerkano na zegarki, pocierano dłońmi o siebie, wzdychano i dreptano w miejscu dla ogrzania się. Dziewczyny kuliły ramiona, wyglądając znad grubych szalików. Mężczyźni chuchali na dłonie, ze złością patrząc wzdłuż torów. Większość kobiet, którym nie znudziło się plotkowanie, łapała za telefony i rozmawiała głosami pełnymi niepokoju. Powietrza ani razu nie rozdarł okropny, skrzekliwy głos ogłaszający przyjazd pociągu.
Mimo wszystkich tych odgłosów peron sprawiał wrażenie grobowo cichego, martwego i nieruchomego.
W pewnym momencie rozległ się zgrzyt. Torami toczył się jakiś pociąg.
Ludzie stłoczyli się przy brzegu peronu, wyglądając jeden zza drugiego. Niektórzy od razu się rozpromienili. Lodowaty wiatr targał ubraniem i wyciskał łzy z oczu, gdy zbawienie powoli się zbliżało.
Pociąg w końcu nadjechał i zatrzymał się z udręczonym zgrzytem. Stęknął - i znieruchomiał.
Ludzie gapili się na jego oblodzone wagony. Mróz skuwał szyby i drzwi, zmieniając wściekle czerwony lakier w mdły czereśniowy. Reflektory lokomotywy spoglądały jak ślepia monstrualnego owada.
W środku nie było nikogo.
Wszyscy usiłowali dojrzeć coś w ciemnych przedziałach, ale bez skutku. Pociąg trzeszczał cicho, jak mający pęknąć Titanic.
- I co teraz? Podstawili i nie otworzą - dało się usłyszeć absurdalne wypowiedzi. Wszyscy przepychali się przy wejściach, wyciągając szyje, ale nikt nie odważył się podejść bliżej. - Dokąd to jedzie jak przyjechał mamo zimno chodź kochany co jest kurwa zaraz pierdolnę...
Nagle z wnętrza pociągu dobiegł przeciągły, głuchy jęk. Jednocześnie z linii trakcyjnych posypały się drobinki śniegu. Ludzie pospiesznie odsunęli się od maszyny.
Jęk przybierał na sile. W górze zatrzeszczały sieci, napinając się... Pociąg zdawał się rosnąć w oczach, pęcznieć, kondensować w sobie rzeczywistość. Wiatr wzmagał się, wiejąc ku niemu, bez ostrzeżenia przerodził się we wściekłe uderzenie - i ustał.
Powietrze rozdarł odgłos trzaśnięcia biczem i linie trakcyjne pękły jak struny gitary.
Pociąg zachybotał się, po czym powoli, w jakby spowolnionym tempie przewalił się na bok. Huk boleśnie rąbnął w uszy. Zadrżała ziemia.
Podwozie maszyny eksplodowało. Buchnął grzyb ostrych, migoczących kryształków lodu, które uniosły się. Ich odbicia lśniły w oczach gapiących się ludzi. Niektórzy na łeb, na szyję rzucili się ku schodom albo zeskoczyli z peronu i skulili się przy nim. Chmura lodu pomknęła z cichym iiizgiem!.
Nie. Nie taki będzie koniec.
Niebo lawirowały martwe przechodzili pod ornamenty plastikowe szyby w półmroku kostkę chlupot groteskowe szlamu zatłoczony panoszyły cichły puste boleśnie zedrzeć dreptano szalików chuchali głosami skrzekliwy wszystkich zgrzyt toczył wyglądając rozpromienili z udręczonym stęknął oblodzone wściekle reflektory nikogo bez skutku mający co ? otworzą absurdalne odważył się mamo przeciągły trakcyjnych maszyny przybierał zatrzeszczały kondensować ku biczem zachybotał się w uszy ziemia.
Podwozie maszyny otworzyło się jak stokrotka. W powietrzu rozniósł się smakowity zapach mięsa i pieczywa, a do uszu spłynął gwar rozmów i szczęk sztućców. Po chwili na peron wysypała się kolorowa chałastra, chichocząca i szturchająca się wzajemnie. Zdawała się składać z czapek z dzwonkami, jadowicie zielonych kalesonów, butów z zadartymi noskami, idiotycznych bluzek na guziczki-biedronki i czasami jakiejś wątłej kończyny.
Na czele stanął gruby niby-ludź o rumieńcach na zielonkawej twarzy i błyszczących oczach. Uśmiechał się nieprzytomnie, wyciągając dłoń z podejrzanie wyglądającą butelką.
- A...n... Ik!... G... u... e... Ik! - mówił coś niezrozumiałego, podkskakując przy każdym czknięciu - ... H...? Ik!
Pociągnął solidny łyk. Jego orszak wybuchnął śmiechem i zawirowały jakby oleiste włosy, i zabłyszczały oczy.
Ludzie patrzyli na to jak porażeni gromem. Grubas wlepił w nich małe oczka, mrugając zawzięcie. Po chwili wydał z siebie bardzo zrozumiałe "Aaaa!", żachnął się i machnął na pobrytamców. Zadźwięczały butelki i wszystkich wchłonął wir jadła, zapachów i wielu rzeczy, o jakich mówienia na ogół się unika.
A na zakończenie taki mały cycacik, usłyszany w cudownej szatni od wuefu:
"Małe jest do kochania, duże do roboty."
Bardzo przypadło mi to do gustu :D
3 komentarze:
Taak, wspaniałe jesienno-zimowe problemy z ciapongami owocują ciekawym opowiadankiem na blogu, plus jeszcze nie pozwalają Ci dotrzeć do szkoły - same zalety ;DD Jak zawsze podziwiam malowniczość opisów i w ogóle, mrrr ;)
Ale dawaj tutaj to, co wysłałaś na konkurs, bo ciekawa jestem.
Bardzo-trafny-cytacik niech będzie z Tobą, pozdrawiam ;DD
Ta, żyć, nie umierać ;D
Za komentarz baaardzo dziękuję, aż się gęba śmieje ;))
Hm, akurat to konkursowe bardzo mocno oparłam na fragmencie mego dzieła, które kiedyś tu zamieściłam - konkurs wynalazłam na dwa dni przed jego końcem i za ni hu-hu nie zdążyłabym na czas, więc było kopiuj-wklej ze sporymi przeróbkami.
Ale kolejne dam niedługo, aj promajs :D
Cha, wzajemnie >D
No to będę Cię mocno trzymać za... to... no... słowo ;D
Prześlij komentarz