niedziela, 15 listopada 2009

O cudzej radosze?

Ta niedziela nie była w żaden sposób szczególna. Ani przez datę, ani przez pogodę, ani przez jakieś wydarzenie. Była jedną z tych niedziel, które można wspomnieć jako jeden z ostatnich ciepłych, listopadowych dni.
W powietrzu unosiła się wilgoć po niedawnej mżawce, wraz z tym swoim przyjemnym zapachem. Mokre liście lepiły się mi do butów, zalegając oklapłymi, brudno brązowo-czerwono-żółtymi kupami. Nierówna powierzchnia jezdni czasami odbijała promień wczesnego słońca.
Szłam sobie tą spokojną drogą, w sumie nie myśląc o niczym ważnym. Ot, takie rozmyślania bez ładu i składu. Wyobrażanie sobie a to głupot, a to kompletnie nierealnych wizji; a to grafomańskie myśli pod tytułem Co By Tu Napisać?.
Nastrój miałam dosyć pogodny. Lubię niedzielne poranki, kiedy jeszcze wszyscy albo śpią, albo nie wyszli na zewnątrz i wszędzie jest tak cicho, tak pusto. Na dodatek ten zapach deszczu. Jesień nie jest brzydka, niby-wymieranie świata też jest ładne. Zresztą: co złego w niezielonych liściach? W łysych drzewach?
A więc szłam sobie tą spokojną drogą...
Niedaleko przede mną trzy psy bawiły się przed bramą serwisu wymiany opon. Znam je z widzenia: trzy wielkie psy, zwykle ujadające wściekle, ilekroć ktoś przechodził koło bramy.
Teraz pozwoliłam sobie na lekki uśmiech. Największy z nich, rudy, merdał ogonem jak szczeniak bawiący się ukochaną, już prawie rozwalającą się zabawką. Wyglądało to tak pociesznie... Uznałam, że nie będę przechodzić na drugą stronę ulicy, w końcu nie powinny się rzucić.
Okazało się, że jeden z psów był obcy, bury, podobny do wilczura, a pod bramą pałętał się jeszcze jakiś mały kundel.
Na glinianym podjeździe leżały porozrzucane kępki futra wyglądające jak maskotki albo skrawki sztucznej, niedźwiedziej skóry. Rudy pies właśnie radośnie skoczył łapami na wilczurowatego, tarmosząc go za kark. Drugi, niebiorący udział w rozrywce, prześlizgnął się pod bramą na plac.
Prawie się z nimi zrównałam - i wtedy to do mnie dotarło. To nie maskotki. To nie zabawa.
Zrobiło mi się słabo i zatoczyłam się jak pijana. Futro przesiąknięte krwią. Jego porozrzucane kupki trzymały się kawałków błyszczącego, czerwonego mięsa. Patrzyłam, oniemiała ze zgrozy. Odgryzł mu ogon! Ten pieprzony, zasrany bydlak odgryzł mu pieprzony ogon!
Kikut nad psią dupą sikał krwią.
Czułam, jak w momencie śniadanie w moim żołądku staje się czymś strasznie ruchliwym i maniakalnie usiłującym wydostać się na wolność. Wszystko stało się nierealne, jak oglądane przez dno butelki.
Mały kundel oderwał uwagę od sceny i podbiegł do mnie, zaczynając ujadać. Aż sama poczułam, jak stałam się trupio blada z przerażenia. Zostawi tamtego - zadudniło mi w głowie. - Zostawi tamtego i się na mnie rzuci. Ten pierdolony morderca go zostawi i się na mnie rzuci.
Chyba tylko siłą rozpędu nadal szłam, choć zdawało mi się, że stoję w miejscu. Nogi miałam sztywne; poruszałam się na podobieństwo kukły w rękach amatora. Nie mogłam odwrócić wzroku od rudego psa, który zatopił kły w szyi leżącego wilczura i zarzucał łbem, jakby trzymał w szczękach ścierkę. Merdał ogonem. To było najgorsze. On merdał ogonem, zwykła zabawa, ja wiem, że zwierzęta czują, może nie tak, jak my, ale przewyraźnie dzika, zwierzęca uciecha emanowała z jego pyska. On merdał ogonem. Tak po prostu.
Dotąd myślałam, że walki psów są pełne jazgotu, warczenia i zwierzęcej furii. Ta była cicha. To nawet nie walka. Wilczur tylko leżał z obłędem w ślepiach, ziając. Sztywno wyciągał łapy, jakby chciał odepchnąć kata, ale jedynym efektem było ich podskakiwanie przy każdym szarpnięciu.
W końcu zdołałam się odwrócić. Kundel wciąż ujadał, a ja błagałam, żeby nagle nie usłyszeć ciężkich łap za sobą i nie poczuć ich uderzenia na plecach. Nie poczuć cuchnącego krwią oddechu i jego ciepła na karku. Bałam się kurewsko, a psy czuły strach. Zawsze rodzice mówili, jak byłam mała i mogłam spotkać po drodze wielkiego, złego psa: "Nie bać się. One czują. Atakują, kiedy czują strach."
Teraz wydało mi się to absurdalne. Nie bać się?
Szłam, patrząc przed siebie niewidzącym wzrokiem. W ustach miałam już sucho i coraz bardziej chciało mi się rzygać.
Nie od razu uświadomiłam sobie, że cienkie szczekanie ucichło. Odważyłam się zerknąć za siebie. Rude bydlę nadal tłamsiło wilczura, merdając ogonem.
Cały czas merdał tym pieprzonym ogonem. W całym wspomnieniu dominuje to merdanie ogonem. I drugi ogon - zakrwawiony, leżący metr od właściciela.

***

Na mardżinesie:
Niedomówienia śmierdzą.

1 komentarze:

Anonimowy pisze...

Venożel?