Te opisy śmierdzą. Były już gotowe, tylko padł komputer i przepadły.
A drugi raz nie da się napisać tak samo...
Kółek było troje.
Były stare i pordzewiałe. Przytwierdzono je do wręcz przedwojennego, w równie opłakanym stanie stelaża, na którym spoczywała ona - wanna.
Idealnie pasowała do reszty. Zacieki na jej ścianach tworzyły graficzne stalaktyty. Brzegi znaczyły szczerby, a jednemu z nich brakowało sporego kawałka. Kran pokrywała tak gruba warstwa kamienia, że przypominał ołówek z podstawówkowych doświadczeń krystalizacji soli.
Ta wanna stała na ulicy na skrzyżowaniu.
Eskortowali ją trzej mężczyźni, którzy także świetnie wpasowali się w swoje nieświadome role. Ich zmiętolone, brudne ubrania sugerowały, że roztaczają woń niezbyt przyjemną i to na całkiem niemałą odległość.
Mężczyźni gawędzili beztrosko, zerkając w górę i czasami rzucając jakiś sprośny żart.
W końcu światła sygnalizacyjne zmieniły się na zielone i zaryczały silniki samochodów. Kierowcy wanny wydali z siebie zgodne "No to hop!, dajemy ją!", po czym pojazd ruszył.
Troje starych, pordzewiałych kółek skrzypiało przeraźliwie, niczym drzwi stworzone z myślą o zmaksymalizowaniu skrzypienia wywołującego ciarki na plecach. Przechodnie odprowadzali wannę i jej kierowców zdegustowanym wzrokiem.
Ludzie gapią się na wszystko. Negują wiele...
Gapili się na mężczyzn z wanną, jakby ujrzeli różowego słonia z pedalskimi skrzydełkami, którym przecież nie byli.
***
Panowała ciemność; nie jedna z tych określanych jako "absolutna", "czarniejsza niż kawa" czy też "tak intensywna, że zdająca się fizycznie napierać". Ciemność absolutna? Ciemność czarniejsza niż kawa co brzmi kiepsko? Ciemność tak intensywna, że zdająca się fizycznie napierać?
Miała w sobie coś po trochu z każdego, ale była inna.
W powietrzu wisiała mgła.
Ją z koleji można opisać w bardziej poetycki sposób, na przykład poprzez porównanie do zawiesistej kaszki dla dzieci. Sprawiała wrażenie, że gdyby zacisnąć palce w powietrzu, zostałyby na nich strzępy podobne do waty cukrowej.
Droga wiodła pomiędzy wysokimi drzewami po lewej stronie i chybotliwą siatką po drugiej. Jezdnia wybrzuszała się jak gęsto wyłożona sierżantami, tak poznaczona dziurami i wystającymi plamami asfaltu.
Nie oświetlały jej żadne lampy; żadne, oprócz jednej, jedynej przy cegielni przy samym początku drogi.
Nogi bolały po godzinnym marszu, a jeszcze miały do pokonania ten odcinek pod górkę. Nagabywała obawa przed ciemnością, lecz póki co nie była zbyt silna - czasami przejeżdżało jakieś auto, a w tyle, jak latarnia, była zbawienna lampa.
Ciemność przez mgłę zdawała się lekko śnieżyć. Pochłaniała zakręt i czerwono-biały drogowskaz wskazujący kierunek jazdy, i chroniący kierowców przed zaryciem do rowu.
Chrzęst-chrzęst, to żwir pod stopami. Zapadła cisza, pomijając ten odgłos. Słuch podsunął zdradzieckie chrupotanie kamyków gdzieś z tyłu, ale droga pozostawała niezmiennie pusta. Robiło się coraz goręcej. Rękawiczki, czapka i arafatka skutecznie nie dawały odczuć choćby łaskotania wiatru.
Serce biło coraz szybciej, w miarę zbliżania się do zakrętu. I znowu chrzęst, i znowu pusto. Wydłużenie kroku. Wyboiste pobocze porośnięte kępkami trawy. Prawa, lewa noga, prawa, lewa.
Blask lampy w końcu zniknął za drzewami i teraz czekał odcinek pomiędzy dwoma zakrętami drogi; kompletnie pozbawiony lamp, z kępami drzew po bokach, ogrodzony z jednej strony stromym wzniesieniem. Nawet nie wiadomo, czy się wolało, żeby coś przejechało, czy też nie.
Zmysły szybko zaczynają szwankować, pozbawione bodźców. Mózg odbiera jedynie jednostajny chrzęst żwiru niewyczuwalnego przez grube podeszwy butów. Wzrok płata figle. Zdaje się, że z tyłu napływa światło reflektorów samochodu, nawet słuch podsuwa odgłos silnika, lecz okazuje się, że nic nie nadjeżdża. Ciemność przeplata się z urojoną jasnością. Chwilami naprawdę można dojrzeć w tych upiornych błyskach bieli gałęzie drzew i trawę na poboczu, i dziury w asfalcie.
Słysz się za sobą chrzęst-chrzęst kamieni i przez to obraca gwałtownie. Wszystko rozmywa się przed oczami, więc może jedna z ciemnych plam we mgle to czyjaś sylwetka? Wszystko się mieni, wszystko głuche, wszystko obłapia i uciska. Ślepa, zwierzęca panika uderza do głowy. W uszach dudni, serce bije tak mocno, że jego bicie zdaje się rozbrzmiewać po okolicy.
Deprywacja zmysłów jest nie do zniesienia. Zapomina się, gdzie się jest, po co się przebiera nogami, po co się tu jest, nawet to, jak się nazywa...
Kolejny zakręt i do uszu dotarł prawdziwy dźwięk nadjeżdżającego samochodu. Z przodu był kościół, czyli światło. Z ulgi chciało zmiażdżyć płuca.
Rozbłysły reflektory, wyłaniając uspokajające szczegóły otoczenia. Auto przejechało bez zatrzymania. Po chwili przyspieszonego marszu zza drzew wyłoniła się bryła kościoła i szereg lampy wzdłuż podjazdu.
Wtedy do świadomości przedostaje się wyczerpanie i palący ból w nogach. Dostrzega się, jak strasznie jest zimno i że para ulatuje z ust. Oddech wydobywa się ze świstem.
Pomimo minionej grozy kościół wzbudzał fascynację. Rzucając do góry sztucznej barwy światło, wyglądał jak pogrążony w morskich odmętach. Zasnuwała go gęsta mgła, migocząca w jego wręcz aurze.
Przejechało kolejne auto. Zza wzniesienia górki wyłonił się przystanek. Zagrożenie mija i człowiek o nim zapomina? Niekoniecznie.
piątek, 13 listopada 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
0 komentarze:
Prześlij komentarz