Samochód jechał wystarczająco szybko, żeby jezdnia rozmywała się jako szara smuga, ale nie na tyle, żeby światełka odblaskowe na słupkach na poboczu zlały się w czerwoną linię.
Z głośników spływała melodia jakiegoś klasycznego przeboju, jednego z tych, które zna się nie wiadomo skąd. Matka nierytmicznie stukała palcami o kierownicę. Córka wżerała się coraz głębiej w fabułę czytanej książki.
- Możesz na chwilę przerwać? – Uniosła głowę, gdy matka się odezwała.- Tak sobie myślałam... Może zrobić coś sobie z włosami?
- No, mówiłam ci już wcześniej o tym. Czemu nie?- Dziewczyna oderwała wzrok od książki.
Stalowoszary Chrysler właśnie wyprzedził ich samochód. Smukłe auto pędziło bardzo szybko, a mimo to zdawało się sunąć jak nóż przez masło.
- Co za kupa - mruknęła córka, gdy ich samochód podskoczył lekko na nierównym asfalcie. – Raz jechałam nowym Mercedesem. To w porównaniu z tym, to jak gładkość lotu samolotem przy jeździe na składaku po takich gównianych drogach.
- Co na to poradzić, nic...
- Ano, nic – przyznała.
Licznik pokazywał osiemdziesiąt kilometrów na godzinę.
Dziewczyna patrzyła na dłubiącego w nosie faceta w starszym Oplu, którego wyprzedziły. Zabrała się za książkę, ale jakoś wybiła się z rytmu i słowa ‘He looked as though he were going to...‘ błąkały się jej po głowie niczym owieczki.
Gapiła się przed siebie. Dojeżdżały do skrzyżowania. Światła sygnalizacyjne były czerwone.
Strzałka licznika nadal wskazywała osiemdziesiąt kilometrów na godzinę.
Córka tępo patrzyła na rosnącą plamę czerwonego światła. Czerwone światło – pomyślała mętnie. Zerknęła na mamę, obojętnie skupioną na jeździe. - Aa, co ja jej będę mówić...
Myśli zasnuwał jej jakiś kokon dziwnego oszołomienia...
Światła przemknęły nad nimi i nagle otworzyła usta. W tym samym momencie matka ze zduszonym okrzykiem wdusiła hamulec i samochód szarpnął się. Obie w panice spojrzały w prawo i oślepił je blask reflektorów. Dopiero teraz usłyszały ryk zagłuszony przeraźliwym darciem opon o asfalt.
Potem był tylko ogłuszający trzask, gdy rozpędzony TIR wyrżnął w bok auta.
Chłopak opierał się o futrynę, wywracając oczami i ostentacyjnie wzdychając ze zniecierpliwienia.
- Ty... gnoju! – wrzasnęła matka. W przeciwieństwie do syna żyły wystąpiły jej skronie, a policzki nabiegły krwią. Oczy wyglądały, jakby zamierzały wyskoczyć jej z orbit. – Jak mogłeś! Ty parszywy... Podły... Gnido!
Słowa ją zawiodły. Zaczęła chodzić w kółko po pokoju, sapiąc jak oszalały nosorożec. Syn beznamiętnie wodził za nią oczami.
- I żadnej skruchy! – wybuchła na powrót matka. – Wynoś się, ty skurwysynu...!
I w tymże momencie zakończę relację.
Skurwysyn = syn kurwy = słowo, którego rozsądna rodzicielka nie powinna użyć.
Skurwysyn – zchujacórka? (:
Bez podtekstów ani żadnych odniesień. Tak mnie jakoś „natchnęło” to ładne słowo stworzone poprzez inwersję „wiele skór”.
Cha. Czemu nie ma urządzenia do zapisywania myśli, ich pierwotnej, doskonałej postaci? D:
poniedziałek, 2 listopada 2009
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
4 komentarze:
Nie zchujacórka, może prędzej 'zalfonsacórka' :D
Lepiej, żeby uważni kierowcy jednak zatrzymywali się na czerwonym, a rozsądne rodzicielki nie używały skurwysyna wobec dziecka swojego i... no.
Ładny zlepek myśluf ;D
Pzdr. :)
Zalfonsacórka mnie umarło, haha xD
"... nie używały skurwysyna wobec dzieca swojego..." - brzmi jak przykazanie, no no ;D
Lekko, łatwo i przyjemnie się przeczytało :D
Skurwysyn i zalfonsacórka - wymarzone pociechy ;P
Pozdrawiam
Magdaleno Ce, czy Ty jesteś znaną mi Magdaleną Cz., czy też nie? :P
Za komentarz tak czy siak dziękuję ;D
Prześlij komentarz