wtorek, 29 grudnia 2009

Myślotok.

Ruska ciekawostka.
Mы сидим в купе [my sidim f_kupie] - nie, to nie znaczy, że siedzimy w kupie. To po prostu "siedzimy w przedziale". 5 razy w tygodniu siedzę w kupie (:

***

Jej skóra była opalona na śliczny, karmelowy brąz. Na wysmukłe, zgrabniutkie nogi założyła wysokie buty na obcasie. Miała na sobie coś, co z braku lepszych określeń można nazwać spodenkami - ale wyglądającymi, jak uszyte na dziecko, nie dorosłą kobietę.
W tych, niech już będzie, spodenkach, znajdowały się ponętne, ładnie zaokrąglone pośladki. Na prawym spoczywała idealnie pasująca do całości, bo również zgrabna dłoń.
Gdyby widać było resztę kobiety, z pewnością odwracałaby się, kusząco oblizując wargę i mrużąc jedno oko. Cała jej postawa emanowałaby dziką, nieposkromioną seksualnością; wręcz wrzeszczałaby "Tak, bierz mnie, jestem twoja!"
Wszystko to, gdyby ciało kobiety nie kończyło się ponad jej wypiętą dupą, a obok nie widniał napis MYJNIA RĘCZNA.

***

"[...] Pomacał dziurkę ręką, palcami poszerzył,
Przytknął równo kutasa, popchnął i uderzył.
Rozwarły się podwoje i coś tam cicho trzasło,
I wjechał kutas w pizdę, jak nóż wjeżdża w masło[...]"
"Pan Tadeusz. Księga XIII" A. Fredro

Czyli fragment utwory pana zbola, o wątpliwej wartości... hm, treści. A ja go umiem. Na pamięć. Nie, nie pytajcie, po co, tak samo jak nie wiem, po co naumiałam się wisielczych bajeczek dla dzieci i jakichś brzydkich, zbereźnych wierszyków.
Ale do rzeczy. Żeby to było tak łatwe jak masło... Może za czasów p. Fredry masło to było masło - nie to, co teraz, twarde jak podeszwa. Wyjmiesz cholerstwo z lodówki na 10 godzin, a i tak jest twarde, że da się je tylko kroić i jeść nie chleb z masłem, a masło z chlebem. Co dopiero wbić nóż; opór bywa taki, jak podczas sesyjki w łazience, z karpiem pod tasakiem...

***

Poszwę zrobiono z kory i ozdobiono ją deseniem uroczych, wielkich maków. Wyglądałyby świetnie na tle bieli, jednak było pewne "ale". Budziły nieprzyjemne skojarzenia z plamami krwi na śniegu.
Uniosła głowę, totalnie olewając poszwę dla co po niektórych nieco makabryczną. Pościel była cieplutka i przyjemna, a czego do szczęścia potrzeba więcej?
Ani myślała o porzuceniu ciepłego dołka, ale wszedł chłopak, więc niechętnie się przeciągnęła. Mocno rozprostowała wszystkie cztery łapy, otrzepała się z satysfakcją i klapnęła na tyłek. Strączki grzywki opadły jej na ślepia, lecz nie przesłaniały jej otoczenia, jak by się mogło wydawać.
Chłopak ciężko pacnął o krzesło i pociągnął łyk picia. Lubiła to picie. Raz dał się jej napić, kiedyś tam, ale pamiętała smak. Zawsze pił z tego samego kształtu.
Wreszcie zeskoczyła na podłogę i ruszyła ku niemu, ponownie się przeciągając. Merdnęła ogonem, usiadła i wlepiła w chłopaka wzrok. Tym razem było to spojrzenie dwudzieste, czyli Przylazłeś I Się Nawet Nie Przywitasz?
Potarmosił ją po głowie i wrócił do swojego picia. Patrzyła nadal. Słyszała skrzypnięcia na zewnątrz, wyraźnie się zbliżających, po tych, wchodach.
Wtedy rozległ się przeciągły, stłumiony syk. Po chwili rozbrzmiało coś, co dało się opisać jako bardzo donośne, dźwięczne "pftffr!".
Otworzyły się drzwi. Wyczuła zmieszanie chłopaka, który szybko poprawił się w krześle.
- Cześć, kochanie. - Kobieta zmarszczyła nos. - O fuuuj, ale tu wali...
- To nie ja - zarzekł się tamten. Zerknął na psinę jak na zbawienie zesłane z nieba. - To pewno Nuna.
- A byłeś z nią? - zapytała kobieta, przyszpilając go badawczym wzrokiem.
- No pewno, właśnie nie wiem, czemu bombi.
Mentalnie zjeżyła się. Wypachniony kundel! Oni tak zawsze, zasmrodzą i zwalają winę na biednego psa. I jeszcze że niby byłam na dworze! Akurat.
- Mówiłam ci, że nie życzę sobie tu piwska - powiedziała kobieta z niesmakiem. - Jak pić to do baru, z koleżkami.
No, właśnie. - Chociaż bardzo jej to nie obchodziło.
- Taaak, dobra - odparł. Czuła jego znudzenie, a całą postawą wyrażał to swoje "Skończ już, dobra, ziew, i tak będę to robił".
Zobaczysz - pomyślała. Pożałujesz. Dwupyskowy pchlarzu.

Okazja do zemsty nadażyła się bardzo szybko. Przydreptała do kuchni, a tam nozdrza zaatakowała jej upajająca mieszanka woni. Rzuciła się do bezkształtnego cudu w szeleszczącym opakowaniu. Szybko znalazła lukę i już wetknęła pyszczek.
To nie do końca była zemsta. Jak tu przepuścić okazję do jedzenia?
Kiedy po pięciu minutach chłopak wszedł do kuchni, zajęczał z rozpaczą.
Po całej podłodze walały się śmieci. Obierki ziemniaków, pokryte białym puszkiem stare skórki pomarańczy, brudne opakowania po jogurtach, puszki, plamy budyniu inteligentnie wylanego przez kogoś do kosza, ciapki mokrych fusów, pęknięte jajka w kałużkach białka, oślizgłe, zepsute mięso dziwnym trafem jeszcze nietknięte przez psa. A pośrodku tego stała Nuna, łapczywie pałaszując resztki zimnego spaghetti.
- Idź ty, kurwa...! - wysyczał. Gdyby nie rodzice, z ulgą by to wywrzeszczał. - Ty ścierwojadzie mały, wygówniarzaj stąd...!
Wydał z siebie jeszcze kilka nieokreślonych odgłosów, pełnych bulgoczącej furii, po czym mokrą ścierką chlasnął psinę w dupsko. Podkuliła ogon i na złamanie karku rzuciła się do ucieczki. Skrobotając pazurami po boleśnie gładkiej podłodze, jak wypadła z pokoju, po schodach, już leżała w kojcu, przybierając pozę Dobry, Grzeczny Pies.
Przez jakiś czas dobiegały ją z dołu tłumione przekleństwa, odgłosy zbliżającego się rzygania i pacnięcia śmieci wrzucanych do kubła.

Złośliwiec, założył jej kaganiec. Nigdy nie chciało mu się jej pilnować, kiedy puszczał ją ze smyczy, więc się po jej "wybryku" zabezpieczył tym pchlarstwem. Było ciężkie i ściągało jej łeb w dół.
Cierpliwie zaczekała do momentu, aż odepnie jej smycz. Śmignęła jak rakieta, wiedziona nieomylnym psim nosem. Nie zawiódł jej - oto z trawy wyłoniła się wielka, śmierdząca kupa.
Nuna tylko raz obejrzała się na chłopaka, ze zniecierpliwieniem gapiącego się w niebo. Następnie dała nura w gówno i zaczęła się tarzać.

- Ty kurwa franco niech ja cię normalnie mnie chuj strzeli WYŁAŹ Z TEGO GÓWNA!

***

Karol biegł, pochylając się niczym skoczek narciarski, który narty może założyć dopiero w locie, więc biegnie z nimi pod pachą, w dół skoczni. Kurczowo trzymał się za brzuch.
Z poślizgiem wziął zakręt. Czuł w brzuchu masę wzbierającą nieuchronnie niczym tsunami. Wrażenie było takie, jakby cała jego zawartość zamieniła się w kotłujące się węże.
Nie zdążę, nie zdążę - dudniło mu w głowie. Kuźwa, nie...!
Barkiem otworzył drzwi, upiorna masa już wędrowała gardłem, to już tu, tuż-tuż, dopadł kibla, już wypełniła usta, nie!, szarpnięciem podniósł deskę, i już.
Czuł się, jakby chciało rozerwać mu gardło. Potężny, różnobarwny, pełen kolorowych kształtów strumień rzygów chlusnął mu z ust. Był jednak zbyt ogromny i zwyczajnie rozbryznął się o deskę klozetową; niczym dwie fontanny o kafelki.
Karol zachwiał się i nadeszła kolejna fala. Oczami wyobraźni widział siebie, rozwierającego usta jak lew...
W aktualnej strudze rzygowin rozkwitły kwiatki. Z cichymi pyknięciami, cuchnące plamy wypuściły zieloniutkie źdźbła trawy. Karol stał z nadal otwartą buzią, ze strużką wymiocin ściekającą po brodzie.
Tyle że i ona stała się trawą, jakby rozgniecioną i przyklejoną do twarzy.
- Już nie będę więcej pił - wymamrotał.
Rozległ się za nim ogłuszający wrzask. Pędził na niego śmiesznie niski śmieszny ogrodowy krasnal w śmiesznej różowej czapce z penisem zamiast pomponika. Ogromny topór o błyszczącym ostrzu z całą pewnością śmieszny nie był.
Śmiesznie krótkie ramię krasnala wykonało zamach. Nieśmieszny topór pomknął z morderczym świstem.
I na twarzy Karola rozwalił się tort zwieńczony kremem i grubaśnym czerwonym paskiem lukru. Gdzieś z boku wybuchła salwa śmiechu i jakiś głos zawołał: "Dobrze, bardzo dobrze, a teraz skórka od banana...!" Zaszczękały sztućce...
W miarę, jak kolejne kawałki tortu z plaśnięciami spadały na ziemię, ukazywał się bardzo posępny krajobraz pełen siwych wydm. Panował półmrok. Nagle w nos walnął przeostry, duszący smród, jakby pieprz wsypał się do nosa. Ziemia zadrżała, a drobinki zaczęły się rozstępować pod stopami, już wsypały się do butów, pięły się w górę nóg, już zakleszczyły biodra. Karol chciał krzyknąć, ale czarny, pieprzny piach go pochłonął.
Otworzył oczy. Wiatr owiewał mu twarz. Stał na skraju urwiska, z widokiem na maleńkie kwadraciki pól w oddali i pionowym rzutem w dół, na poobrywaną skalną ścianę z wystającymi zeń strzępkami suchych drzew.
Droga w dół wydawała się koszmarnie długa, ale bezbolesna. Po niebie przedryfowała różowa owca w okularach przeciwsłonecznych. Bolesna miała okazać się dopiero ziemia.
Błysk! - to flesz aparatu. Wszędzie były twarze, ktoś pociągnął za sznurek i wykrzyknął:
- Uśmiech!
Karol uśmiechnął się jak radosny idiota.
Kroił słuchawkę telefonu, patrząc na przygotowaną bitą śmietanę i wisieńki do dekoracji. Paulina siedziała przy stole, powabnie machając nogą założoną na drugą.
- Zjedz drożdżówkę, proszę cię - powtórzyła znudzonym głosem. - Specjalnie się narobiłam.
Spojrzał na wielki półmisek, gdzie spoczywała cała sterta kromek świeżutkiej drożdżówki, posmarowanych Nutellą. Spojrzał na swoją dłoń i odkrył, że zamiast noża trzyma zabawkę konika.
- Noo - ponaglała go Paulina. - Proooszę.
- Nie mogę, mam problemy żołądkowe - wyjaśnił przepraszająco, zakłopotany.
Paulina wyraźnie się zdenerwowała, ale zaraz uspokoiła, jakby ktoś przełączył pstryczek.
- Dobrze, w takim razie będziemy pić wino i słuchać poezji.
Chlusnęła woda z odkręconego kranu.
Leżał. Ze wszechstron obłapiało go coś ciepłego, żółtego, klejącego. W tym czymś dojrzał nieco zniekształconego banana z dwoma słomkami wystającymi z boków. Za słomkami ciągnął się transparent z koślawym napisem KISIEL MODE ON.
Strasznie śmierdziało. Karol uniósł głowę i odkrył, że klęczy w kałuży własnych rzygowin, z policzkiem opartym o zarzyganą deskę klozetową. Włosy miał mokre i teraz po twarzy spłynęło mu coś gęstego.
Chwilę szukał odpowiedniego przekleństwa; na próżno. Nawet pijacki bełkot mu nie wyszedł. W końcu się zdecydował i wybuchnął płaczem.

***

Tak jakoś rzygowato i obleśnie. Ale pisać można o wszystkim, co powtarzam z maniakalnym uporem.
Korpiklaani - Paljon On Koskessa Kivia - i powiedzcie, że tu nie ma: "coś tam, baba dała, coś tam kurwą baba"

A grindkor jest w pytę iksde dwa daszki nawias ostry w lewą stronę radocha nawias ostry w prawą stronę dwukropek duże de duże de iks duże pe małe pe wielokropek wykrzyknik wykrzyknik dwukropek gwiazdka gwiazdka gwiazdka dwa daszki nawias ostry w lewą stronę loldwa nawias ostry w prawą stronę joł madafaka nygas dwukropek nawias zamykający


niedziela, 13 grudnia 2009

Rifresz.

Tak roboczo, bo jest tu śmierdzący zastój. Mam mętlik w głowie i w ogóle, tylko na taką staroć się zdobyłam.

***

Światło lamp migotało białymi plamkami na powierzchni wody. Zewsząd napływał dźwięk: pluski, odgłosy skakania do wody nie dające się opisać inaczej jako "pszfff!", bulgotanie wydechów i głosy. A to trener krążył wokół basenu, ponaglając leniwych podopiecznych albo poprawiając błędy, albo wydając polecenia; a to ratownik krzyczał na rubasznie rechoczących chłopaków, szamoczących się na brzegu; a to po prostu pływający rozmawiali.
Woda z chlustem wystrzeliła z wodotrysków znajdujących się po przeciwległej stronie basenu. Prysznic nad torami drugim i trzecim rzygnął białym strumieniem piany i wielkich kropli, którego uderzenie wzburzyło małą falę. Mgła wokół niego wyglądała jak rozpylony dezodorant.
- No, to teraz takie ładne urozmaicenie. - Chłopak w czerwonej koszulce ratownika uśmiechnął się złośliwie. - Przepłyń sobie na maksa kraulem ratowniczym, potem od razu pod wodą.
Dziewczyna jedynie posłała mu uprzejmy uśmiech i założyła gogle. W chmurze bąbelków zrobiła parę wydechów, po czym posłusznie zabrała się za wykonanie polecenia.
Doskonale wiedziała, jak młody ratownik, który uznał, że zrobi jej dziś trening, pragnie ją zmęczyć. Czuła na sobie jego zawiedziony wzrok za każdym razem, kiedy jednak nie dała się złamać.
Była już cholernie zmęczona, ale nie podda się. To ostatnie dwie długości...
Pod koniec długości już bolały ją nogi, a gardło miała suche. Dyszała ze zmęczenia. Przekonana, że tym razem już nie utrze nosa chłopakowi, zrobiła przeciągły wydech - i wdech, i już z całych sił odepchnęła się nogami od ściany.
Otaczała ją cisza, jak po przyciśnięciu poduszek do uszu.
Już w połowie długości zabrakło jej powietrza. Panował nie podwodny brak dźwięku, a cisza wypełniona wodą odgarnianą dłońmi i na powierzchni młóconą stopami. Dosłownie, to miało jakiś odgłos, bardziej było odbierane jako ruch, ale jednak było.
W płucach powoli robiła się anty-pustka, zdająca się wsysać do środka. Mięśnie stawały się coraz bardziej sztywne z ruchu na ruch; ramiona odgarniały wodę gęstą jak kisiel. Łup, łup, łup - to w górze stopy pływających wzburzały powierzchnię wody. Czas rozciągał się, ruchy rozbijały się na setki klatek, w uszach narastał cieniutki, cieniuteńki pisk...
Głupia, głupia, babo, głupiapiabo co głupia robisz? - dudniło dziewczynie w głowie. Łup, łup. Czuła się, jakby płynęła obok i patrzyła na siebie.
W dole przesunął się koniec czarnego pasu na dnie basenu. Ostatnie, rozpaczliwe machnięcie ramionami i głowa przebiła się nad wodę. Dziewczyna łapczywie nabrała powietrza.
Rzeczywistość runęła z całą mocą, jak puszczona, naciągnięta gumka recepturka. Dźwięk wrócił z ogłuszającym rykiem. Oczy poraziło światło. A przede wszystkim głowa eksplodowała obezwładniającym bólem, aż dłonie ześlizgnęły się z krawędzi murku.
- Nieźle, nieźle. - Głos chłopaka dopłynął jakby z ust zasłoniętych grubym kocem. - Możesz iść.
Jakoś podpłynęła do drabinek i wyczłapała z wody. Czuła się nieco lepiej, acz szła sztywno, nadal zamroczona.
Kurwa - było to jedyne, najbardziej odpowiednie słowo, jakie przyszło jej na myśl - Popierdoliło mnie chyba.

Jak stopniowo czuła się coraz lepiej, tak ból wziął odwet dopiero na przystanku. Uderzył z mocą rozjuszonego nosorożca.
Ulokował się tuż za uszami. Nawet nie dawał się porównać do imadła - był dwoma cepami bezlitośnie walącymi po obu stronach potylicy. Każdy ruch sprawiał, że atakował z jeszcze większą furią, więc dziewczyna w końcu zastygła w bezruchu, kuląc się z zimna i błagając w duchu o jak najszybszy przyjazd autobusu.
W końcu się przytoczył, stary i dosłownie klekoczący. Po drodze coś gadał do niej jakiś menel, chociaż "gadał" jest zbyt silnym określeniem pijackiego bełkotu. Patrzyła przez niego tępo, trzymając się za brzuch.
Autobus, w połączeniu z poznaczoną dziurami i garbami drogę, śmiało zasługiwał na miano olbrzymiego-a'la-quada-pozbawionego-resorów. Kołysał się niczym konik na placu zabaw. Tablice trzaskały, krzesła trzeszczały i przesuwały się na boki, a stopy co chwila traciły kontakt z podłogą. Hałas był nieznośny, niczym seria bomb eksplodujących w szklanych gablotach.
Dziewczyna czuła, że nie tylko jej żołądek podskakuje jeszcze inaczej niż w rytm autobusu, ale też i głowa.
Po błogosławionym wyjściu na przystanku jeszcze kawałek szła, dziwacznie wybijając się z pięt.
- Ruska kupa - rzuciła za oddalającym się w mroku rzęchem.

Głowa wydawała się zrobiona ze szkła. Dźwięki wdzierały się do uszu wyostrzone i barbarzyńsko głośne.
Czarne plamy zasłaniały tekst na monitorze.
- Co jest, kunwa? - zdenerwowała się dziewczyna.
I przestraszyła się. A jeśli coś zrobiło jej to cholerne ciśnienie w basenie? Durna, po kiego kija tak się unosiła dumą?
Usiłując odpędzić histerię, mrużyła oczy, przekrzywiała głowę i przybliżała się do monitora. Wszystko na nic. Widziała nie piąte przez dziesiąte, a jedną przez piątą.
Ze złością wyłączyła komputer i rzuciła się na łóżko.