Pierwszy jest błahy, pogodny jak beztrosko brykająca owieczka, pachnący lizakami i puszysty w dotyku, niczym kitka na króliczej dupce.
Drugi jest nieco bardziej posępny, przypominający nisko wiszącą, ciemną chmurę, która zdaje się patrzeć na wszystko spod byka; ma ciężki, gryzący odór przerdzewiałego żelaza i smakuje ohydnie jak skórka grapefruita.
Pierwszym jest zwyczajna przezorność i co z nią idzie: zabezpieczenie, że w razie gdyby wszystkie moje zeszyty wziął szlag, a dysk komputera padł, zawsze pozostanie ten zapisek gdzieś w internetowej bazie danych.
Drugi to pragnienie dania upustu skradającej się psychozie. Chociaż troszkę. Chociaż ta upadlająca franca wije się i skręca, umykając słowom.
To poniżej to gniot, ale można to porównać do słów "nie sra się kwiatkami", o.
Nie lubię narracji 1-osobowej. Czyżbym dlatego jej użyła? (:
*
Patrzyłam nieobecnie przez swoje getry. Po jednym praniu zmechaciły się jak dziesięcioletni sweter z wyprzedaży na ryneczku, używany jak szmata do prac przy motorze. Udawały, że są dżinsami, chełpiąc się wzorem kieszeni na tyłku i jasnych szwów wzdłuż nogawek. Ich zjawiskowość wyrażała się również tendencją do zjeżdżania krokiem gdzieś do połowy ud.
Siedziałam na brzegu łóżka, gapiąc się niby na właśnie te getry. Trzymałam dłonie pomiędzy kolanami ściśniętymi z całych sił, aż drżały mi nogi. Po głowie tłukło mi się "nie zrobię tego, nie zrobię, o nie..., będę żałować, będzie tylko gorzej". Obracałam to sobie w myślach z tak maniakalnym uporem, jakby od tego zależało moje życie.
Patrzyłam nie tylko przez getry, ale i przez swoje ręce, których widzieć nie chciałam. Tyle że wciąż je widziałam, oczami wyobraźni - dziesięć palców, każdy innej grubości, wszystkie przypominające obrzydliwie różowe parówki w czerwone i białe plamy. Gdzieniegdzie zdobiły je płaskie bąble. Przede wszystkim paluszyska swędziały.
Kolanami przemocno ściskałam, gniotłam rozpalone dłonie. Tak mocno, że palce pozostawały białe nawet po zwolnieniu uścisku.
Swędzenie wydaje się błahe. Śmieszne. Ot, ugryzł komar, swędzi. Swędzą pachy, głowa, nogi. Fredro pisał:
"Raz tak ją swędziała dupa,
Że zgwałciła aż biskupa,
A gdy ten ją zdupczył marnie -
Poszła dawać pod latarnię."
Że zgwałciła aż biskupa,
A gdy ten ją zdupczył marnie -
Poszła dawać pod latarnię."
Wyobraźmy sobie piórko. I łóżko. I ludzia do niego przywiązanego, z bosymi stopami. I wystarczy, że jedną dłoń należącą do kogoś o psychopatycznych zapędach. I pierwsze smagnięcia piórkiem, takie pieszczotliwe. Chichotanie. Próby wygięcia się przez skrępowane ciało. I czas. Czas tak długi, że przeszłość leniwie przelewa się do przyszłości, a teraźniejszość gdzieś ginie. Wyobraźmy sobie w końcu ucichnięcie śmiechu. I coraz gwałtowniejsze szarpanie się ciała. Słyszymy uszami wyobraźni pierwsze wrzaski? Przybierają na sile. I już łaskotany konwulsyjnie dygocze, z pianą na ustach, i mamy jego agonalne wrzaski, błagania o litość - przetykane napadami histerycznego śmiechu. Piórko nieustannie smyra. Spójrzmy na tę twarz wykrzywioną w udręce...
Wróćmy do swędzenia. Nadal brzmi śmiesznie?
Aż się banan robi.
Swędzenie nie ustawało. Przesączało się do palców jak woda przez pęknięcie w tamie. Od zaciskania szczęk rozbolały mnie zęby. Cios mentalnie uginał odnóża do skoku...
"Nie zrobię" pękło z ostrym trzaskiem tłukącego się szkła.
Poderwałam się z łóżka. Zaczęłam chodzić w kółko, trąc dłońmi o siebie, ściskając je, drapiąc, zaciskając w pięści i rozluźniając, i znów trąc, drapiąc, i trąc, i drapiąc, i znowu. Nie niosło to ulgi, ale tylko to było sensownie. Świat ograniczył się do swędzenia.
Im silniej swędziało, tym mocniej drapałam, żeby coraz większym bólem tłumić coraz silniejsze swędzenie. Nie dało się go opisać. Już ono samo sięgało progu bólu.
Po dziesięciu koszmarnych minutach skoczyłam do łazienki. Umywalka, kran, zimna woda, już, zimna... Dłonie wciąż paliły. Lodowata woda boleśnie spływała po gorącej skórze. Swędzenie zajadle atakowało palce chwilowo nieochładzane. Nigdy nie oparzyłam się bardzo poważnie, ale to tak musi boleć - było wrażenie marszczenia się skóry od bąbli i jej chęci odchodzenia płatami.
Delikatnie, najdelikatniejszym ręcznikiem wytarłam ręce. Wyglądały paskudnie. Jeszcze bardziej spuchnięte, jeszcze czerwieńsze z jeszcze czerwieńszymi plamami. Poruszyłam palcami, niepewna, czy oby nie odpadną.
Swędzenie zaszarżowało z impetem, uderzając jak rzygnięcie miotacza ognia. Pociemniało mi przed oczami.
Nim się spostrzegłam, już szorowałam dłońmi o najbardziej szorstki ręcznik. Wszystko jakby sklejono z kadrów filmowych: śnieg za oknem, klik. Żółty ręcznik w niebieskie muszelki, klik. Wacik kosmetyczny brudny od fluidu, klik. Rękaw bluzy upaćkany ketchupem i czymś żółtawym.
Istniały tylko palce i bolesne drapanie. "Bolesne" jest tu jednak określeniem śmiesznie nieprecyzyjnym jak stwierdzenie, że "słoń, noo, jest ciut większy od mrówki". Ten ból zakrzywiał całą rzeczywistość i pętał myśli. Sięgał agonii.
Nawet nie wiem, kiedy się rozpłakałam ani kiedy wróciłam do sypialni. W jakiś sposób już klęczałam, trąc dłońmi o szorstki dywan, niczym dawna praczka ubrania o tarkę. Musiałam co jakiś czas przerywać, kiedy chciało mi się rzygać z bólu.
Mózg sprawiał wrażenie gąbki. W przerwach myśli paraliżowała mi perspektywa kolejnego, nadciągającego ataku. Szlochałam. Przez łzy i krwawe od tego wszystkiego smarki męłłam w ustach bluzgi, od których chciałyby mi zwiędnąć uszy. Tarłam, dysząc ciężko. Pragnęłam zedrzeć sobie skórę. Przestałam widzieć te upiornie czerwone paluchy - widziałam... Czy to tasak...? Jedno ciach! w rozpalony, obrzmiały palec i wytrysk krwi, i jej gorące strużki spływające po skórze. Byłaby eksplozja cierpienia wreszcie tłumiąca swędzenie! Taka paradoksalna ulga przy akompaniamencie rozdzierającego wrzasku bólu...
Minęła chyba wieczność, nim skuliłam się i zwiotczałam. Byłam wyzuta z sił jak ścierka. Rozpierało mnie gorąco, w głowie szumiało, a dłonie paliły jak trzymane w ogniu. Trzymałam je przed sobą: z miejscami białą od otarć skórą i z prawie ranami.
Nie wiem, jak długo się tak kuliłam, wdychając śmierdzący kurz dywanu. Gdzieś tam była niebieska narzuta w prążki i kłąb ubrań, ale to nie miało znaczenia.
W końcu podniosłam się ciężko. Machinalnie, byleby tylko nie myśleć, opadłam na krzesło przed komputerem. Robić cokolwiek, byle wolno, żeby się nie rozpaliły jeszcze bardziej. Ręce mi dygotały i nie miałam siły nimi ruszać. Bolały... Tak strasznie bolały...
Aż podskoczyłam, kiedy błyskawica swędzenia rozcięła dłonie. Z krtani wyrwał mi się zduszony okrzyk, gdy moja lewa dłoń poderwała się i ze wszystkich sił chlasnęłam nią w prawą. Pękła skóra i rozkwitła na niej plama krwi.
Odebrało mi dech. Zgięłam się w pół, bezgłośnie poruszając wargami. Ból przechodził wszystko inne... Prawa ręka trzepotała mi się jak motyl-paralityk dotknięty palpitacją.
Palce pozostały czerwone, otarte, poranione i skowyczące z bólu przy dotyku.
W nocy długo nie mogłam zasnąć. Bo swędziały mnie palce - u stóp.
"... I do Julka skoczy żwawo.
Nożycami w lewo, w prawo
Uciął palec jeden drugi,
Aż krew trysła we dwie strugi.
Julek w krzyk, a krawiec rzecze:
Tak z nieposłuszeństwa leczę!
[...]
Płacze Julek, żal niebodze,
A paluszki na podłodze."
***
Nożycami w lewo, w prawo
Uciął palec jeden drugi,
Aż krew trysła we dwie strugi.
Julek w krzyk, a krawiec rzecze:
Tak z nieposłuszeństwa leczę!
[...]
Płacze Julek, żal niebodze,
A paluszki na podłodze."
Czyjś wierszyk, tak mi się nasunął
***
Patrzyła na mnie, jak zatrzymałam się w progu i oparłam o futrynę. Zza szklanki łez, zanosiłam się śmiechem, gładząc swój brzuch.
- Jedenasty miesiąc! - wykrzyknęłam radośnie.
- Nie możesz mieć, być w jedenastym miesiącu - zauważyła rozsądnie.
- No to są przeterminowane. Chociaż, nie, błe... - Skrzywiłam się na samą wizję cuchnącego, martwego płodu, spowitego białawym śluzem, szarawego i powykrzywianego. Spojrzałam od góry na swój brzuch. - No to trojaczki. Mamo, będziesz babcią!
Jedynie uśmiechnęła się lekko. Pośmiałam się jeszcze chwilę, po czym umilkłam gwałtownie. Ze smutkiem zwiesiłam głowę i pacnęłam o łóżko, czując się, jakby brzuch podłączono mi do działającej pompy tłoczącej. To było okropne. Mrugałam zawzięcie dla odpędzenia łez. W końcu znów paradoksalnie parsknęłam śmiechem.
A to bo tak. Bez tłumaczeń, taka, hm, zagadka.
To już kiedyś było. Podobna ciemność, podobnie dudniąca cisza, podobne zimno. Ten sam lęk ścinający mózg do postaci sadzonego jojka.
Kiedyś? Może pół roku, trzy i pół miesiąca, osiemnaście dni, tydzień temu? Wciąż było wyraźne, jak koszmary wgryzające się w pamięć.
Szłam tą samą górką, pogrążoną w upiornej ciemności bez lamp, drżąc z zimna i strachu. W głowie królowało to samo pragnienie, żeby zza zakrętu nie padł blask reflektorów i żeby nic nie jechało. Głupia, głupia, że się wrobiłam, zasrane autobusy w niedziele!
Tym razem mówiłam do siebie. To było głupie, ale pozwalało mi nie myśleć. To nic, że co trzecie słowo padało to brzydkie, które powinno mieć osobny klawisz w QRWERCIE*. Takiego słownictwa nie powstydziłby się osobnik obwieszony łańcuchami jak choinka lampkami, odziany w dres i lansujący szyberdachem. Tyle że co z tego, skoro byłam sama, cholernie się bałam i to mi jakoś pomagało. To jak pędzić na autobus o szóstej rano i wypaść na schody, i na samym dole doznać tego koszmarnego uczucia pustki pod stopą tam, gdzie powinien być stopień. Czy można to przemilczeć? Użyć "o cholercia!" tudzież "a niech to!"?
- Nie, nie mogę tak bluzgać jak jakiś pieprzony menel. Od teraz będę mówić pięknie i naukowo, o. A więc, przemieszczam się pod tę jakże wspaniałą górę. Na poboczu leży, kurto jest dosyć brudny śnieg. Gdyby znajdowało się to jakieś źródło oświetlenia, z pewnością skrzyłby się pięknie. O, zakręt. Żywię gorącą nadzieję, iż nie wyjedzie zza niego jakiś wehikuł - coraz bardziej gadałam od rzeczy; od ciemności i zimna mąciło mi się w głowie - ponieważ jeśliby wyjechał, niechybnie by mnie tak pierdotrącił, że stałabym się kilkoma metrami wnętrzności, czerwonego pasa na brudnym śniegu jezdni i stertą czarnych ciuchów, i nań wisienką czarnego plecaka w wisienki. Ale nie, koniec, nie chcę stać się martwą kukłą...
Zamilkłam. Nie było tak bardzo ciemno, bo śnieg jakoś wszystko rozjaśniał, więc widziałam groteskowo powykręcane, bezlistne drzewa przy drodze. I w chwili, gdy wypowiedziałam słowa "martwa kukła", te drzewa jakby urosły mi w oczach. Uszy wyobraziły sobie delikatne skrzypienie i prawie że widziałam dyndające z gałęzi zwłoki, jak larwy robali. Martwe kukły. Wiszące na drzewach, obracające się wolno na wietrze, wpatrzone we mnie pustymi oczami i z twarzami wyszczerzonymi w koszmarnych uśmiechach.
Serce zabiło mi tak mocno, że aż zakłuło mnie w piersi. Przyspieszyłam; para ulatywała mi z ust jak z komina lokomotywy parowej. Wiedziałam, że to tylko dzieło zestrachanej wyobraźni... Ale drzewa stały złowieszcze, rozmywające się w mroku, a ich dziwne kontury tworzyły sylwetki wielkich ptaków - w najlepszym wypadku.
- Jedenasty miesiąc! - wykrzyknęłam radośnie.
- Nie możesz mieć, być w jedenastym miesiącu - zauważyła rozsądnie.
- No to są przeterminowane. Chociaż, nie, błe... - Skrzywiłam się na samą wizję cuchnącego, martwego płodu, spowitego białawym śluzem, szarawego i powykrzywianego. Spojrzałam od góry na swój brzuch. - No to trojaczki. Mamo, będziesz babcią!
Jedynie uśmiechnęła się lekko. Pośmiałam się jeszcze chwilę, po czym umilkłam gwałtownie. Ze smutkiem zwiesiłam głowę i pacnęłam o łóżko, czując się, jakby brzuch podłączono mi do działającej pompy tłoczącej. To było okropne. Mrugałam zawzięcie dla odpędzenia łez. W końcu znów paradoksalnie parsknęłam śmiechem.
A to bo tak. Bez tłumaczeń, taka, hm, zagadka.
***
To już kiedyś było. Podobna ciemność, podobnie dudniąca cisza, podobne zimno. Ten sam lęk ścinający mózg do postaci sadzonego jojka.
Kiedyś? Może pół roku, trzy i pół miesiąca, osiemnaście dni, tydzień temu? Wciąż było wyraźne, jak koszmary wgryzające się w pamięć.
Szłam tą samą górką, pogrążoną w upiornej ciemności bez lamp, drżąc z zimna i strachu. W głowie królowało to samo pragnienie, żeby zza zakrętu nie padł blask reflektorów i żeby nic nie jechało. Głupia, głupia, że się wrobiłam, zasrane autobusy w niedziele!
Tym razem mówiłam do siebie. To było głupie, ale pozwalało mi nie myśleć. To nic, że co trzecie słowo padało to brzydkie, które powinno mieć osobny klawisz w QRWERCIE*. Takiego słownictwa nie powstydziłby się osobnik obwieszony łańcuchami jak choinka lampkami, odziany w dres i lansujący szyberdachem. Tyle że co z tego, skoro byłam sama, cholernie się bałam i to mi jakoś pomagało. To jak pędzić na autobus o szóstej rano i wypaść na schody, i na samym dole doznać tego koszmarnego uczucia pustki pod stopą tam, gdzie powinien być stopień. Czy można to przemilczeć? Użyć "o cholercia!" tudzież "a niech to!"?
- Nie, nie mogę tak bluzgać jak jakiś pieprzony menel. Od teraz będę mówić pięknie i naukowo, o. A więc, przemieszczam się pod tę jakże wspaniałą górę. Na poboczu leży, kurto jest dosyć brudny śnieg. Gdyby znajdowało się to jakieś źródło oświetlenia, z pewnością skrzyłby się pięknie. O, zakręt. Żywię gorącą nadzieję, iż nie wyjedzie zza niego jakiś wehikuł - coraz bardziej gadałam od rzeczy; od ciemności i zimna mąciło mi się w głowie - ponieważ jeśliby wyjechał, niechybnie by mnie tak pierdotrącił, że stałabym się kilkoma metrami wnętrzności, czerwonego pasa na brudnym śniegu jezdni i stertą czarnych ciuchów, i nań wisienką czarnego plecaka w wisienki. Ale nie, koniec, nie chcę stać się martwą kukłą...
Zamilkłam. Nie było tak bardzo ciemno, bo śnieg jakoś wszystko rozjaśniał, więc widziałam groteskowo powykręcane, bezlistne drzewa przy drodze. I w chwili, gdy wypowiedziałam słowa "martwa kukła", te drzewa jakby urosły mi w oczach. Uszy wyobraziły sobie delikatne skrzypienie i prawie że widziałam dyndające z gałęzi zwłoki, jak larwy robali. Martwe kukły. Wiszące na drzewach, obracające się wolno na wietrze, wpatrzone we mnie pustymi oczami i z twarzami wyszczerzonymi w koszmarnych uśmiechach.
Serce zabiło mi tak mocno, że aż zakłuło mnie w piersi. Przyspieszyłam; para ulatywała mi z ust jak z komina lokomotywy parowej. Wiedziałam, że to tylko dzieło zestrachanej wyobraźni... Ale drzewa stały złowieszcze, rozmywające się w mroku, a ich dziwne kontury tworzyły sylwetki wielkich ptaków - w najlepszym wypadku.
*Taki wymysł dziewcząt dzisiaj.
2 komentarze:
No i znowu zajebiaszczo napisany tekst. Tylko czemu mnie teraz wszystko swędzi, a te drzewa tak złowrogo zza okna patrzą...
;)
Przepraszam, nie chciałam (:
Dziękować!
Prześlij komentarz