'life's [sth]' czy '[sth] of life'?
Ze swego rodzaju powodzeniem można to porównać do kluczowego 'to be or not to be - that is a question'. No bo, ja jestem pewna, że 'of life' jest na pewno dobrze, bo życie... nie jest żywe! Tak to rozumują tam. Nie jest to coś typowo żywego, więc...
To wszystko przez Dukaja. Że przeszłe Ja i przyszłe Ja nie istnieją, no bo jak, nie posuwają się za nami jakieś materialne cienie ni nic. Schiz.
***
to be taken aback = to be very surprised by sth
On był młody i ona była młoda... Nie. Nie taki był początek. I takiego początku nie będzie.
Ona - zwykła panienka, o zwykłych ciemnoblond włosach, o oczach tak beznadziejnie zwykłego koloru, że aż się patrzeć nie chciało. Zwykła, zwykła, zwykła. Normalna, przeważnie normalna, czyli dla przeważającej liczby ludzi.
On - w sumie też niewybitny. Długie brązowawe włosy, dosyć męska twarz o normalnych rysach, zwyczajna, szczupłofacetowa sylwetka. Kiblował kolejny rok w drugiej klasie, kurzył jak smok i nie omieszkał pochwalić się, że nawalony jak szpadel jest "tylko trzy razy w tygodniu, od piątku do niedzieli".
A ona, jako świecący przykład przetolerancji, nie oceniała po tym ludzi. Słusznie.
Oceniała go jedynie przez pryzmat cielęcego zauroczenia. Słuszność tego można poddać pod dyskusję.
Poznali się jakoś w szkole. Już na początku go wyczaiła, w końcu ta obsesja na punkcie długich włosów... Zauważała, że kiedy rozmawiała z nauczycielem religii o tym, dlaczego wybrała etykę, ten nieznany facet stał i słuchał nieopodal. Wszystko to skrupulatnie notowała w pamięci.
Było coś organizowane w szkole, potem nie pamiętała co, jak się wszystko potoczyło, w każdym razie pogadali chwilę. Od tego momentu zaczął jej mówić "cześć" na korytarzu z tym Uśmiechem. To było coś kosmicznego. Z czasem pragnienie usłyszenia tego powitania i zobaczenia jego twarzy, z tymi obłędnymi, błękitnawymi oczami stało się jakąś obsesją. Nie chodziło o błękit oczu, srała na książąt-blondynków na koniach, tych z bajek. Po prostu przyciągał ją jak... jak... No właśnie, tak, że słowa pierzchały jak owieczki przed miotaczem ognia.
W końcu wyszperała skądś jego numer Gadu-Gadu. Polowała tydzień, aż wreszcie zamigotał żółtym słoneczkiem. Wtedy dosłownie zdrętwiała jej cała ręka; pół godziny gapiła się w monitor, nerwowo przygryzając wargę, zanim odważyła się kliknąć w "napisz wiadomość". Kolejne prawie pół spędziła w psychicznych katorgach, bojąc się zagadać. W końcu zagadała. Nawet przez palce się śmiał. Nie chciało ją zrazić to, że z początku jej kompletnie nie kojarzył. Pogadali. Pod koniec rozmowa nie kleiła się zbytnio, no ale przecież, to pierwsza, prawda? Po tym nie mogła zasnąć godzinę, leżąc z wypiekami na policzkach i gapiąc się w sufit.
Następnego dnia siedziała na podłodze na korytarzu, gadając z koleżankami pod klasą. Nie zauważyła, kiedy się zbliżył - nagle ktoś poczochrał ją po głowie! - obróciła się i zobaczyła jego, śmiejącego się z błyskiem w oku. Odpowiedziała onieśmielonym uśmiechem, zbyt wstrząśnięta, żeby zrobić cokolwiek. Jedna z dziewczyn uśmiechnęła się - nie dostrzegła skrywanego współczucia, ba, wręcz politowania w oczach tamtej. Lekcję przesiedziała jak w narkotycznym śnie. Docierało do niej nawet nie szóste przez dziewiąte, a ledwie jedna przez dziesiątą. Chciało ją rozsadzić z euforii. Wręcz zdumiewało ją, że jeszcze nie unosi ją gdzieś pod sufit.
Wieczorem nie było go na Gadu-Gadu. Następnego dnia też nie. Ale co ją mijał, energicznie przeczesywał palcami jej włosy, na co momentalnie wyszczerzała się w radosnym uśmiechu.
Wreszcie znów był dostępny. Nie zagadał. Przeżyła cios.
Czas mijał. Raz przysiadł się, jak uczyła się pod ścianą, w zmarnowaniu odgarniając włosy z twarzy. Porozmawiali chwilę, pośmiali się. Czuła się magicznie. Nie przeszkadzało jej nic, nawet fakt, że dosyć ostro jechało od niego fajami, czego nie znosiła.
Przed wycieczką, na którą jechał, dostawała furii, bo chciała zagadać i pożyczyć udanego wyjazdu. Była już zrozpaczona, gdy... Tak, żółte słoneczko! Z trudem się opanowała, żeby nie rzucić się od razu do rozmowy. Napisała, co miała. Rozmowa potoczyła się nadzwyczajnie gładko, pięknie, ciepło. W pewnym momencie zapytał o numer telefonu. Odlot! Podała. Puścił się do niej. Mieli swoje numery. Aach...
Czekała, ale pierwszy sygnał od niego był ostatnim. Kiedy wrócił po tygodniu, z nową mocą wzięła się za łowy. Na pewno się stęsknił. Nie dostrzegała, że co przerwę łaziła zerknąć na plan, gdzie ma lekcje; czy sale blisko; którędy i o której przejść, żeby go spotkać; przyjdzie na drugą lekcję, bo może go spotka, jak będzie wchodził do szkoły; zwolni się, bo on kończył godzinę wcześniej; pędzić na okienku do wyjścia, kiedy on akurat szedł już do domu, a nuż go spotka i może coś on zaproponuje...? Nic, że nie pisał. Wymyślała raz na jakiś czas preteksty do rozmowy. Na pożegnanie zawsze pisał jej dwukropek i gwiazdkę!
Raz, kończąc rozmowę, powiedział, że idzie się uczyć. Wyszedł ze szkoły, widziała to. Prawie już łaziła za nim jak upierdliwy cień. Byle uśmiech, byle go zobaczyć.
Pewnego dnia słyszała, jak przechodził, akurat czytała książkę w strategicznym miejscu, obok którego na pewno miał przejść. Minął ją i nie poczuła niczyjego dotyku na głowie. Była stropiona. Siedziała, bezmyślnie gapiąc się w książkę, lecz nie widziała liter. Co się...?
Już więcej jej nie poczochrał. Zmienił się plan lekcji, zmieniły się sale, nie wiedziała już, jak ma kombinować, żeby go zobaczyć. Gadu-Gadu milczało z jego strony. Próbowała jeszcze coś zrobić. Nawet raz specjalnie rozgniotła sobie truskawkę w dłoniach, bo widziała, jak zmierzał w kierunku kibli. Nie myliła się, stał pod klasą obok! Uśmiechnęła się, lekko unosząc uciaprane dłonie - też się uśmiechnął, ale... Wtedy coś przewróciło się jej w brzuchu. Uśmiechnął się ze znużeniem, wręcz jakimś politowaniem.
A potem zachodziła w głowę, co zrobiła źle...
Potem-potem zachodziła w głowę, jak mogła być tak skończonym głąbem, a jej pośladki ściskał żal.
***Ona - zwykła panienka, o zwykłych ciemnoblond włosach, o oczach tak beznadziejnie zwykłego koloru, że aż się patrzeć nie chciało. Zwykła, zwykła, zwykła. Normalna, przeważnie normalna, czyli dla przeważającej liczby ludzi.
On - w sumie też niewybitny. Długie brązowawe włosy, dosyć męska twarz o normalnych rysach, zwyczajna, szczupłofacetowa sylwetka. Kiblował kolejny rok w drugiej klasie, kurzył jak smok i nie omieszkał pochwalić się, że nawalony jak szpadel jest "tylko trzy razy w tygodniu, od piątku do niedzieli".
A ona, jako świecący przykład przetolerancji, nie oceniała po tym ludzi. Słusznie.
Oceniała go jedynie przez pryzmat cielęcego zauroczenia. Słuszność tego można poddać pod dyskusję.
Poznali się jakoś w szkole. Już na początku go wyczaiła, w końcu ta obsesja na punkcie długich włosów... Zauważała, że kiedy rozmawiała z nauczycielem religii o tym, dlaczego wybrała etykę, ten nieznany facet stał i słuchał nieopodal. Wszystko to skrupulatnie notowała w pamięci.
Było coś organizowane w szkole, potem nie pamiętała co, jak się wszystko potoczyło, w każdym razie pogadali chwilę. Od tego momentu zaczął jej mówić "cześć" na korytarzu z tym Uśmiechem. To było coś kosmicznego. Z czasem pragnienie usłyszenia tego powitania i zobaczenia jego twarzy, z tymi obłędnymi, błękitnawymi oczami stało się jakąś obsesją. Nie chodziło o błękit oczu, srała na książąt-blondynków na koniach, tych z bajek. Po prostu przyciągał ją jak... jak... No właśnie, tak, że słowa pierzchały jak owieczki przed miotaczem ognia.
W końcu wyszperała skądś jego numer Gadu-Gadu. Polowała tydzień, aż wreszcie zamigotał żółtym słoneczkiem. Wtedy dosłownie zdrętwiała jej cała ręka; pół godziny gapiła się w monitor, nerwowo przygryzając wargę, zanim odważyła się kliknąć w "napisz wiadomość". Kolejne prawie pół spędziła w psychicznych katorgach, bojąc się zagadać. W końcu zagadała. Nawet przez palce się śmiał. Nie chciało ją zrazić to, że z początku jej kompletnie nie kojarzył. Pogadali. Pod koniec rozmowa nie kleiła się zbytnio, no ale przecież, to pierwsza, prawda? Po tym nie mogła zasnąć godzinę, leżąc z wypiekami na policzkach i gapiąc się w sufit.
Następnego dnia siedziała na podłodze na korytarzu, gadając z koleżankami pod klasą. Nie zauważyła, kiedy się zbliżył - nagle ktoś poczochrał ją po głowie! - obróciła się i zobaczyła jego, śmiejącego się z błyskiem w oku. Odpowiedziała onieśmielonym uśmiechem, zbyt wstrząśnięta, żeby zrobić cokolwiek. Jedna z dziewczyn uśmiechnęła się - nie dostrzegła skrywanego współczucia, ba, wręcz politowania w oczach tamtej. Lekcję przesiedziała jak w narkotycznym śnie. Docierało do niej nawet nie szóste przez dziewiąte, a ledwie jedna przez dziesiątą. Chciało ją rozsadzić z euforii. Wręcz zdumiewało ją, że jeszcze nie unosi ją gdzieś pod sufit.
Wieczorem nie było go na Gadu-Gadu. Następnego dnia też nie. Ale co ją mijał, energicznie przeczesywał palcami jej włosy, na co momentalnie wyszczerzała się w radosnym uśmiechu.
Wreszcie znów był dostępny. Nie zagadał. Przeżyła cios.
Czas mijał. Raz przysiadł się, jak uczyła się pod ścianą, w zmarnowaniu odgarniając włosy z twarzy. Porozmawiali chwilę, pośmiali się. Czuła się magicznie. Nie przeszkadzało jej nic, nawet fakt, że dosyć ostro jechało od niego fajami, czego nie znosiła.
Przed wycieczką, na którą jechał, dostawała furii, bo chciała zagadać i pożyczyć udanego wyjazdu. Była już zrozpaczona, gdy... Tak, żółte słoneczko! Z trudem się opanowała, żeby nie rzucić się od razu do rozmowy. Napisała, co miała. Rozmowa potoczyła się nadzwyczajnie gładko, pięknie, ciepło. W pewnym momencie zapytał o numer telefonu. Odlot! Podała. Puścił się do niej. Mieli swoje numery. Aach...
Czekała, ale pierwszy sygnał od niego był ostatnim. Kiedy wrócił po tygodniu, z nową mocą wzięła się za łowy. Na pewno się stęsknił. Nie dostrzegała, że co przerwę łaziła zerknąć na plan, gdzie ma lekcje; czy sale blisko; którędy i o której przejść, żeby go spotkać; przyjdzie na drugą lekcję, bo może go spotka, jak będzie wchodził do szkoły; zwolni się, bo on kończył godzinę wcześniej; pędzić na okienku do wyjścia, kiedy on akurat szedł już do domu, a nuż go spotka i może coś on zaproponuje...? Nic, że nie pisał. Wymyślała raz na jakiś czas preteksty do rozmowy. Na pożegnanie zawsze pisał jej dwukropek i gwiazdkę!
Raz, kończąc rozmowę, powiedział, że idzie się uczyć. Wyszedł ze szkoły, widziała to. Prawie już łaziła za nim jak upierdliwy cień. Byle uśmiech, byle go zobaczyć.
Pewnego dnia słyszała, jak przechodził, akurat czytała książkę w strategicznym miejscu, obok którego na pewno miał przejść. Minął ją i nie poczuła niczyjego dotyku na głowie. Była stropiona. Siedziała, bezmyślnie gapiąc się w książkę, lecz nie widziała liter. Co się...?
Już więcej jej nie poczochrał. Zmienił się plan lekcji, zmieniły się sale, nie wiedziała już, jak ma kombinować, żeby go zobaczyć. Gadu-Gadu milczało z jego strony. Próbowała jeszcze coś zrobić. Nawet raz specjalnie rozgniotła sobie truskawkę w dłoniach, bo widziała, jak zmierzał w kierunku kibli. Nie myliła się, stał pod klasą obok! Uśmiechnęła się, lekko unosząc uciaprane dłonie - też się uśmiechnął, ale... Wtedy coś przewróciło się jej w brzuchu. Uśmiechnął się ze znużeniem, wręcz jakimś politowaniem.
A potem zachodziła w głowę, co zrobiła źle...
Potem-potem zachodziła w głowę, jak mogła być tak skończonym głąbem, a jej pośladki ściskał żal.
They were taken aback [and the rest of some pseudo-scientific babbling].
to be taken aback = to be very surprised by sth
Też bym była bardzo zaskoczona, gdyby mnie ktoś wziął od tylca...
1 komentarze:
I'll take you aback! ]:->
Taaa, chyba każda z nas była taka gupia jak toto z opowiadania, piękny obrazek, aż miło wspomnieć ;D
Pzdr ;*
Prześlij komentarz