wtorek, 1 czerwca 2010

Antyrutynowo.

Ręka, noga, mózg na ścianie.
Powyżej zdjęcie jakiejś roześmianej panienki robiącej gwiazdę. Może być, że w jakiejś sali gimnastycznej, gdzie w tle na drabinkach śmigają inne dziewczyny w obcisłych spodenkach i luźnych, białych koszulkach. Może być, że jedna z nich wygląda w takiej koszulce jak baleron i niefortunnie zrobiła akurat minę rodzącej krowy. A tymczasem śliczna blondyneczka obok mogła puścić okrutnie cuchnącego, cichego bąka, którego nie poczujesz. I tak tłusta dziewczyna stała się jeszcze bardziej tłusta i obleśna.
Ręka, noga, mózg na ścianie, wypłynięty.
Zabawne?
Stałeś. Niebo było lekko zachmurzone, a wiatr porywisty. Nad peronem płynął skrzekliwy głos oświadczający, że pociąg osobowy do stacji Iks jest opóźniony około czterdziestu minut z powodów technicznych i że podróżni są proszeni o przejście do pociągu Igrek, w którym stałeś, i że opóźnienie pociągu może ulec zmianie, i że podróżni są bardzo przepraszani. Ludzie wyskakiwali z pociągu opóźnionego i przechodzili do twojego, trzymając się za poły kurtek czy płaszczów; wiatr usiłował potargać ich ubraniami, tak jak trzepotał włosami i huśtał torebkami. Ucichły ostatnie stuknięcia obcasów. Po chwili ostry gwizd przeszył opustoszały peron, rozbrzmiał syk, sygnał odjazdu i drzwi zasunęły ci się przed nosem.
Pociąg nie nabierał prędkości. W sumie to nie zwracałeś na to uwagi, czytając książkę. Tylko jakoś tak ten miarowy stukot nie przyspieszał, taki powolny, jak bicie serca zdychającego.
W pewnym momencie wyjrzałeś przez okno. Tory przesuwały się. Zobaczyłeś czarną, damską torebkę. Potem miało się okazać, że zapamiętałeś każdy jej najdrobniejszy szczegół - mogłeś opisać ją z zegarmistrzowską precyzją - sztuczna skóra, z brązowawą smugą, dwa srebrne zapięcia, drobne rysy od spodu. Leżała sobie, taka jakby wypompowana i spłaszczona. Zniknęła w tyle i powróciłeś do książki. Stuk, stuk, przewróciłeś kartkę, stuk, rozpłaszczyłeś nos na szybie, stuk, przykleiłeś doń policzek.
- O Jezu... - wyrwało się z twojego gardła, nagle suchego, jakbyś zżarł szuflę trocin.
Zobaczyłeś kobietę. To, co zostało z kobiety. Leżała sobie, taka jakby powykręcana i spłaszczona. Tak właściwie nawet nie wiadomo było, na co się patrzy. Biodra wykręciły się w jakiejś dziwacznej płaszczyźnie, ramiona powędrowały w okolice bioder, które z kolej zajęły miejsce brzucha, a kolana stanowczo wyginały się nie w tę stronę, co trzeba. Spomiędzy rozerwanej skóry wyzierały przerwane ścięgna, mięśnie, zgruchotane kości; strzaskane żebra sterczały jak wapienne skałki widziane z lotu ptaka. Nie dało się rzecz, czy leżała brzuchem do góry czy plecami, bo każda część ciała zyskała nową orientację góra-dół, bok-bok. Tylko ta twarz. Jak z wosku, z szeroko rozwartymi ustami, bez oczu, bo werżnięte w głąb czaszki.
- Tam leży... przejechana pani... - powiedziałeś głucho, ledwie poruszając ustami.
Współpasażer spojrzał współczująco. Kobieta? Skąd wiedziałeś, że kobieta? Może jej ubiór sugerował jakąś spódnicowatość? A, torebka. Stanęła ci przed oczami. Torebka. Przechodziła przez tory. Kobieta, nie torebka. Tak, damska. Dłoń zsunęła ci się po szybie. Stuk, stuk, zmasakrowane zwłoki zniknęły.

***

Pisząc, doskonalisz się, ale nie zawsze się rozwijasz.
Lubić śmieci i dziadostwo - ok. Ale rutyna destruktuje (:

To był inny dzień, wcześniej albo później.
Świeciło słońce. A może i lał deszcz? Mógłby siec grad, a niebiosa rozpękać się w pół. Drzwi się otworzyły, ludzie wysiedli, inni wsiedli, drzwi się zamknęły. Naprzeciwko stanęła para. Na oko siedemnasto-, osiemnastolatkowie, on może ciut starszy. Albo ona młodsza?
Ona dosyć wysoka, jasnowłosa, szczupła, o pociągłej twarzy i powiekach pociągniętych błękitnym cieniem z delikatnym brokatem. On miał koszulkę polo w ciemnozielone paski, śmiesznie stojące włosy i żuł gumę. Choć stanęli pół metra obok, zdawało się, że się gdzieś zaszyli...
Palec wskazujący jej rączki wsunął się do kieszeni jego spodni, przybliżyli się. Ona wspinała się na palce, z uśmiechem promiennym, z zauroczonym wyrazem twarzy. On zniżał ku niej głowę, żując tę swoją gumę, z tym osobliwym cielęcym spojrzeniem. Jego dłonie umościły się w tylnych kieszeniach jej dżinsów. Pięty, znów paluszki, pocałowali się. Przylgnęli do siebie, objęci, on z podbródkiem wspartym o jej głowę. I znów - zadarła twarz, roześmiała się, i znów całus. I znów - objęci, kołyszący się lekko w takt stukotu kół pociągu.
Śmiali się, cmokali, przekomarzali, cmokali, tulili. Tacy szczęśliwi, tacy zapatrzeni w siebie. Roziskrzeni. Zdawało się, że się gdzieś zaszyli, gdzie tylko oni mają wstęp i tylko oni chcą go mieć. Tylko oni. Oni. Oni, oni, oni.
Któraś ze stacji. Chłopak z dziewczyną wciąż uwieszoną jego szyi wyjrzał na peron. Ludzie wysiedli, inni wsiedli, rozbrzmiał gwizdek, szarpnęło, kiedy pociąg ruszył. Ona zaczęła piszczeć, śmiejąc się, bo on wciąż stał wychylony, przytrzymując drzwi przed zamknięciem. "Nie, proszę, nie, właź, no, proszę!". Uśmiechnął się, niewzruszony. Chlasnęła go dłonią po tyłku, drugi raz, trzeci, huknęła go przez plecy, aż usłyszało się echo w głębi klatki piersiowej. Roześmiał się i cofnął. Z oburzeniem i wściekle potarganymi przez wiatr włosami odstąpiła od niego, ostentacyjnie krzyżując ramiona na piersi. Zaczął podchody.
Szybko wymiękła i znów stali przytuleni, buziakujący się.
Świeciło słońce. A może i lał deszcz? Mógłby siec grad, a niebiosa rozpękać się w pół. Czasami to gówno znaczy.

(:

1 komentarze:

Dorota pisze...

Wizja rozjechanej pani nie jest fajna. W dodatku rozjechanej przez pociąg. Brrrr!

a drugie takie... no... słodkie i prawdziwe :)

I pisałabyś tu coś kufa częściej... ;>