wtorek, 20 lipca 2010

Byle có.

Piegowaty chłopiec stał wsparty o większe od niego grabie, mrużąc oczy przed słońcem. Z dumą wypinał wątłą pierś i równie dumnie pokazywał znaleziony niezwykły, mieniący się zielenią kamień o dziwacznym kształcie. Chłopiec miał podkrążone oczy, był jakby zapadnięty w sobie i blady. To było po chorobie, dziesięć lat temu. Karol stanowczo odłożył zdjęcie z powrotem.
Choroba... Chyba zapalenie płuc, potem jakieś infekcje, sam nie był pewien - w sumie, nie miało to dlań żadnego znaczenia. Pamiętał gorączkę tak wysoką, że skóra zdawała się kurczyć i płonąć, jakby podczas kąpieli zagotowano mu wodę w wannie. Przychodzili ludzie, których nie znał, twarze wypływały ze ścian, głosy zlewały się w histeryczny chór. Gorączka go trawiła, z nosa się mu lało, szybko pojawiła się krew, odpływał, odpływał, odpływał...
Wyszedł z tego. Jakoś. Po czym szybko odkrył, kiedy matka piekła chleb, że przestał czuć zapachy. Skończyło się wdychanie zapachu świeżej pościeli, truskawek, aromatu kawy i… i…
To był cios. Już nigdy więcej zapachu choinki, pierników, pieczywa, ciepłej woni skóry matki. Nawet smak też się stępił. Karol tęsknił nawet za mdlącymi perfumami ciotki Emilii czy smrodem z kibla. Rodzice próbowali odratować jego węch – bez skutku.
Kiedy miał trzynaście lat, kupili mu psa. Nazwał go Kołtunem, który teraz zbliżał się do siódmego roku życia. Kochał psa, a ten jego. Zwierzak zawsze spał w nogach łóżka albo pod nim, mimo usilnych zabiegań rodziców. Potem dali sobie spokój, niech śpi w tym łóżku…
Teraz Kołtun podszedł i wetknął mu pysk w dłoń. Dwudziestoletni Karol poprawił kołnierz koszuli. Poczuł, że ładnie pachnie. Spotkanie z Sonią. Za pół godziny. Poczochrał psa po głowie, po czym wyszedł z mieszkania.
Wrócili po trzech godzinach, około dziesiątej wieczorem. W głowie mu szumiało i rozpierała go przyjemna błogość. Restauracja, przepyszne jedzenie, alkohol – ale najpyszniejsze smakowite usta Sonii i jej ciało. Chichotała, uśmiechając się do niego promiennie. Przytuleni, wtoczyli się do jego mieszkania. Pocałowała go znów, z zachwytem; smakowała słodkim winem.
Kiedy już ich ciuchy walały się po sypialni, a Sonia leżała pod nim i czuł ogarniającą go senność poseksową, jeszcze chwilę wpatrywał się w jej stringi przewieszone przez oparcie łóżka. I senność zaczęła odchodzić. Już nieco opadły opary alkoholowe i zaczął czuć… Kołtun… musiał tu być… odkrył, że perfumy Sonii są dławiące i słodkie, szturmujące nos z siłą tarana, jakby wlewali mu w gardło likier. Odkrył, że sperma cuchnie rybami. Ale najgorszy był dominujący smród starych skarpetek, które niewątpliwie rzucił kiedyś pod łóżko. Spod tego łóżka dobiegł go odgłos psiego cielska wygodniej rozciągającego się na podłodze. Karol zerknął na Sonię – jej perfumy wypełniały cały świat – zacisnął oczy.
Skarpetki… Nie był pewien, czy dar czucia poprzez nos psa nie stawał się w pewnych chwilach przekleństwem.

***

Brzuch był dosyć pokaźny. Wyglądał tak, jakby jego hodowca zamierzał niedługo korzystać z niego jako z przenośnej tacki. Nie osiągnął jednak jeszcze tak zaawansowanego stanu, więc kiedy siedział, jedynie fałdował mu się niczym akordeon. W pewnym sensie mógłby wziąć się za brzuchomówstwo - podobnie wiotkie zwały z pewnością są w stanie wydawać z siebie kłapnięcia.
Ona z kolei weszła do salonu z plastikową tacką w dłoniach. Na tacce, obok równiutko złożonej serwetki z Kubusiem Puchatkiem, leżały widelec i nóż, zaraz przy miseczce, w której kolorowiły się pokrojone banany, kiwi i obrane kawałki grejfruta. Dziewczyna usadowiła pupcię na oparciu fotela i zaczęła jeść. Skrupulatnie nabijała na widelec za każdym razem po plasterku banana, kosteczce kiwi i cząstce grejfruta. Miała nieco kościste kolana i wystający prawy obojczyk, ale za to mogła się poszczycić bujną czupryną płowych włosów, wielkimi oczami i cyckami, które bez stanika podczas zbiegania ze schodów zachowywały się dosyć frywolnie i tłukły ją boleśnie.
Właściciel brzucha pozwolił sobie zabrać nieużywany nóż, odkroił nim kawałek leżącej przed nim na talerzu kiełbasy, przepił piwem, po czym donośnie beknął.
Dziewczyna spojrzała na niego z odrazą.
- Jaki z ciebie obrzydliwy wieprz - stwierdziła.
Puścił uwagę mimo uszu. Prześlizgnął wzrokiem po jej płaskim brzuchu, a następnie poklepał się po własnym. Przeszły po nim delikatne fale, niczym kręgi po wodzie.
- Obejrzyjmy telewizor - podsunął.
Ona odłożyła tackę, odgarnęła włosy z twarzy i spojrzawszy na niego z nieodgadniętym wyrazem twarzy, podeszła do telewizora i zaczęła oglądać go centymetr po centymetrze, zaglądając nawet pod kable.
Patrzył na nią zdezorientowany.
- No co? - zaperzyła się. - Sam powiedziałeś, żeby oglądać telewizor...

0 komentarze: