sobota, 24 lipca 2010

Codziennościowo.

Świeciło ostre słońce, przed którym zawzięcie mrużyło się oczy, a ono mimo to barbarzyńsko się do nich wdzierało, niemalże sprawiając tym biały ból. Bo to był ból, który wionął bielą – ostry, jak sztylety, oślepiający, zdający się wrzynać przez źrenice i penetrować w głąb czaszki. Przed takim słońcem unosiło się dłoń do czoła, tworząc prowizoryczny daszek rzucający ciut cienia. Bezcelowo, bo i tak światło odbijało się od jasnego chodnika i ulicy.
Sztywno stojący ludzik świecił się na czerwono na światłach sygnalizacyjnych. Samochody ryczały, rury wydechowe autobusów wypluwały siwe kłęby spalin, a tramwaje przejeżdżały z łoskotem. Pod prażącym słońcem kark chciał zgiąć się do ziemi, a strużki potu przyklejały koszulę do pleców, a spodenki wcinały w tyłek.
Podświetlił się zielony, idący ludek.
Z przeciwległej strony szła sobie babcia. Pomarszczona jak rodzynka, w brązowawej sukience z materiału przypominającego kołdrę z kory, we wzór jakiś kwiatuszków. Zauważyła, że piesi mają zielone światło; przyspieszyła; sukienka jej się nieco uniosła, ukazując adidasy. Podniszczone, bo podniszczone, ale jednak sportowe buty. Zniknął drobny krok babuli. Zaczęła stawiać długie, wprawne susy, ze wzrokiem utkwionym w zielonym ludziku. Kiedy przebiegła obok, łagodny podmuch owiał twarz.
Po obejrzeniu się przez ramię widziało się młodą dziewczynę zwalniającą kroku i uspokajającą oddech po szybszym marszu, i zatrzymującą się przed pasami. Babeczka również zwolniła, ale już po przebyciu ulicy, powracając do niepozornego, starczego drobienia nóżkami niewidocznymi spod sukienki.

***

To był inny dzień. Całe niebo tworzyło jedną, bezpłciową plamę szarości. To przygnębiało. Jedna nędzna sugestia, że są tam jakieś chmury albo że gdzieś tam prześwieca przez nie słońce i już czułoby się lepiej. Z takim jednolicie szarym niebem to się człowiek czuje jakiś taki... nagi, odsłonięty, jakby niebo nie istniało i nie było żadnej przeszkody między tą kosmiczną otchłanią pełną czarnych dziur, monstrualnie wielkich gwiazd i może jakiejś obcej inteligencji a bezbronną, małą istotką osłoniętą jedynie paroma milimetrami ubrania przed wrogością z zewnątrz.
Siąpił deszcz. Osiadał na włosach niczym mokra pajęczyna i jakby otulał wszystko delikatną mgiełką. Pod daszkiem było parno i ciepło, odmiennie do ogólnej pogody. Wilgoć parowała z ubrań, a ludzie na siebie napierali jak bydło. Gdyby zaczęli ryczeć i dyszeć, nie byłoby to wielkim zaskoczeniem. Już teraz niektórzy oddychali ciężko, z niecierpliwością, głośno wydmuchiwali powietrze, a ich głos przypominał tubalne warczenie. Długa kolejka działa na nerwy, to fakt. Jeszcze ktoś podniósł rękę, nie pamięta się już, po co - mimo niezbyt wysokiej temperatury i ubioru owego ktosia, koszuli i kamizelki - nos został zaatakowany przez niesłychany odór, aż oczy chciały stanąć zezem.
Parę kroków w przód, co za ulg...
Zamżawione powietrze rozdarł pisk opon drących o asfalt,a potem rozległ się ostry trzask, jakby metalowe pudło sprasowało się niczym miech akordeonu. Ludzkie głowy odwróciły się jak peryskopy - nie, ludzkie bydło obróciło głowy jak wygłodniałe bestie, które usłyszały ryk konającej ofiary.
Rdzawa ciecz na asfalcie wyglądała jak krew. Rozlewała się w coraz to większą plamę, płynąc pod samochodem. Rozwalona maska auta przypominała rozwarty pysk. Z przerwanych rurek - tętnic - skapywały płyny - krew - spod powyginanej maski buchała para - ostatnie tchnienia - szkło reflektorów tworzyło groteskowe, białe kwiaty kwiaty na jezdni - wybite ślepia - zderzak został wgnieciony - szczęka. Zderzak drugiego samochodu zwisał smętnie, z jeszcze bardziej smętnym, bo ledwie się trzymającym, znaczkiem Volkswagena.
Rozbite auto zdawało się smutno patrzeć na przechodniów. Mechaniczna krew wciąż się sączyła.
Wtedy wysiedli kierowcy i po ulicy poniosły się ich urągliwe obelgi, przy czym każda kolejna była nie tylko głośniejsza, ale też bardziej obelżywa niż poprzednia.
Coś jakby stęknęło i dyndający znaczek Volkswagena stuknął o asfalt.

0 komentarze: