W końcu mogła zamknąć oczy, więc je zamknęła.
Zmęczenie przyjemnie rozlewało się po ciele. Pierwszy zegar tykał prawie nad jej głową, na półce, donośne tykanie drugiego dobiegało z kuchni. Wiatr cicho świszczał w szczelinie okna. Zaczęła ogarniać ją błoga senność, a wraz z nią to uczucie zapadania się w łóżku. Prześcieradło zdawało się przesuwać między palcami, materac sunąć w górę po obu stronach ciała. Potrząsnęła głową. Rzeczywistość przestała się kołysać. Po chwili znów zaczęła, jak kołyska, w górę, w dół, jakby stopy znalazły się wyżej niż głowa, a ona miała zsunąć się z łóżka, jak na jakąś olbrzymią szufelkę.
Z dworu, gdzieś z osiedla, dobiegały przytłumione krzyki. Uśmiechnęła się, wpółśpiąca, szczęśliwa, że ze zmęczenia nie ma nawet siły się na tym skupić i pozwolić, żeby zakłóciło jej sen.
Umiera.
Otworzyła oczy tak gwałtownie, jakby ktoś chlasnął ją w twarz, a kołyska snu raptownie ustała.
Teraz słyszała krzyki wyraźnie, kiedy zniknął kokon senności. Ktoś wrzeszczał. Nie potrafiła określić, jak daleko, podejrzewała, że trochę dalej niż na podwórku.
Oni go zabiją - kolejna myśl wynurzyła się z głębin podświadomości i błysnęła jak rekinia płetwa.
Z napięciem wsłuchiwała się w krzyki. Przeciągłe, głośne, brzmiące jak ociekające boleścią A. Chwila ciszy - i krzyk wracał, jeszcze głośniejszy od poprzedniego.
Nie, nie mogą, nie pozwoliliby, ktoś by zareagował - kolejnej myśli towarzyszył mentalny plusk kolejnej wynurzającej się płetwy, i obły zarys cielska pod taflą wody.
Nastała cisza, jeszcze bardziej uciążliwa niż owe krzyki. Zdawało jej się, że ta cisza dzwoni jej w uszach. Tyk, tyk zegarów przywodziły na myśl suche trzaski nabijanych pistoletów.
AAAAAA! - to kolejny krzyk rozdarł nocne powietrze. Przeszły ją dreszcze. Nastąpiły nieskładne, spazmatyczne, bełkotliwe wrzaski, jakby wydobywały się przez szloch. I powrócił ostry, agonalny wrzask. I jeszcze jeden. I znowu bełkot. Cisza.
Ta cisza była jeszcze gorsza. Pod kołdrą zrobiło się już nieznośne gorąco. Pas światła na suficie beznamiętnie wisiał nad łóżkiem, wpatrując się w nie kropkami cienia firanki, obojętny na wszystko. Była już prawie pewna, że tam, gdzieś niedaleko, umierał człowiek. Zarzynany jak świnia. M o r d o w a n y.
Dziś sobota, pewno napruli się i teraz wrzeszczą - ta myśl była równie wiarygodna co "nic się nie dzieje", kiedy wodę przecinają już trzy rekinie płetwy.
Rozległ się nieomal nieludzki skowyt, wznoszący się upiornie świdrującego uszy crescendo. Po nim bulgotanie - bełkot - urwany wrzask - i cisza.
Ta cisza dudniła krwią tętniącą w żyłach, szaleńczym łomotaniem serca o żebra i przede wszystkim uczuciem jakiegoś żalu, straty, i dziwnej nierealności.
***
Rzecz miała miejsce w parku.
Ujrzała tam orła cień.
Ściślej mówiąc: ptaka.
A jeszcze ściślej: pomarszczonego pisklaka.
No, w sumie to był gładki i wyprężony niczym gęsia szyja.
Żeby już nie przedłużać, tak naprawdę to ujrzała chuja cień.A może i bez cienia?
Ależ to był chuj.
0 komentarze:
Prześlij komentarz