środa, 10 listopada 2010

Skszywiony pseódodramat.

Tytułem wstępu, zaznaczam, że jest to jedynie wymysł mojej hm, wyobraźni. Czy forma poprawna, nie wiem. Wizja i tyle.
I bynajmniej nie ma to być śmieszne.

***

Cisza.
Na półce osiadł kurz. Przesuwając po nim wzrokiem, w końcu natrafia się na wolne od niego kółko. Kawałek dalej następne, nachodzące na jeszcze jedno, a dalej...
Pyknięcie - oczy napotykają słoik wypełniony formaliną. Wewnątrz pływa jakaś galaretowata bryła, pofałdowana jak orzech włoski.
Cisza - nagle rozbrzmiewa jakby mentalny łoskot - i spod sufitu osypuje się pył.
Słoik zaczyna dygotać szaleńczo, a ciecz bulgotać i wzburzać się, jak w bębnie pralki. Kiedy odrywa się od sufitu pierwszy kawał tynku i roztrzaskuje na posadzce, wyrzucając w górę chmurę pyłu, formalina rozsadza słoik. Galaretowata masa wypręża się, wzdryga się, po czym zdając się rechotać szaleńczo, wybija dziurę w ścianie. Jeszcze chwilę wszystko drży, aż nieruchomieje.
Wiiizg! - to galareta z powrotem wpada do środka. Odbija się od ścian niczym oszalały bąk, tym razem to parskając, to wydając z siebie uuu!-UUU! i zanosząc się obłąkańczym śmiechem. Wreszcie przykleja się do sufitu, i tam zostaje. Po jej powierzchni przebiegają leciutkie dreszcze. Gdyby miała ciało, dyszałaby, wywalała jęzor i w podnieceniu wytrzeszczała oczy.
Pada światło reflektorów. Przez dziurę w ścianie, wielkości koperty na listy przeciska się jakaś postać, jak wyciskana bita śmietana. Wstaje, otrzepuje podpity purpurą płaszcz, prostuje cylinder, po czym kłania się i zamaszystym ruchem wskazuje podekscytowaną breję pod sufitem.
Drodzy państwo, poznajcie Bibułowy mózg.

Z podłogi wyłania się rozklekotana budka biletowa. Towarzyszą temu trzaski, sypią się drzazgi, a połamane deski stopniowo spadają z jej daszku.
Zezowata babka o krzywych zębach wymachuje pękiem nieco sfatygowanych biletów.
- Okafja! Tylko dzifiaj! Wssemf dafmowy!
Trzęsący się pod sufitem mózg mentalnie wyszczerza zęby w szerokim, chershire'owskim uśmiechu.

***

PROLOG

Scena I

(Kroki rozbrzmiewają echem po sali. W półmroku poruszają się ludzkie sylwetki, przenoszące krzesła, fotele i wycięte z kartonu kształty. Tupią, pokasłują, rozmawiają półgłosami, jakby nie chcąc zmącić spokoju i tych unoszących się w powietrzu drobinek kurzu. Widać, jak zza kulis wytacza się coś podobnego do pralki bębnowej, dudniąc metalicznie. W którymś z ciemnych rogów sali rozbłyska płomyk zapalniczki, rozżarza się końcówka papierosa.)

SCENOGRAF

Ej, ty! Gaś mi tu tę faję!
(pracownik dostaje napadu kaszlu i gorączkowo wpycha papierosa do kieszeni)

I zapalić mi tu światło, ciemno jak w dupie!
(po chwili spod sufitu spływa żółtawe światło, wyłaniając z półmroku szczegóły. Na tle namalowany jest rząd okien z półeczkami pod nimi, na paru z nich są butelki wody albo gazety. Pracownicy aktualnie ustawiają w dwóch podwójnych szeregach czerwone fotele wyglądające jak ukradzione z samolotu. Dwaj z nich toczą przed sobą blaszany walec)

Co to za wał?

PRACOWNIK I

Pierwsza scena, psze pana. Wjazd pociągu i w ogó...

SCENOGRAF

Jak to?! Mówiłem, że to wytniemy, to bez sensu, wywalić mi już stąd tę obitą pralkę! Jakbyście chcieli to wykonać? Co to, miałoby być jakieś deus ex machine? A co to za krzesła?

PRACOWNIK II (cicho mrucząc pod nosem)

Fotele...

SCENOGRAF

Po-ciąg. Rozumiecie? PO-CIĄG! Nie samolot!

PRACOWNIK III (nieśmiało unosząc rękę)

Publiczność i tak nie zauważy...
(Scenograf obraca się ku niemu, złowieszczo niczym peryskop)

Znaczy się... Eee, to pierwsza klasa, podobne... I... I, i...
(wzrok Scenografa mógłby wypalać dziury jak laser. Walec z dudnieniem znika ze sceny)

Do drugiego aktu mamy dobre...

SCENOGRAF

Dobra, dobra!
(macha rękami niczym wiatrak)

Dobra! To i tak będzie totalna kaszana...
(wychodzi)

Scena II

(Zaczyna się. Panuje cisza. Posępny peron z kolumnami pokrytymi spękanymi kafelkami jest oświetlony przez wątłe światło migoczących jarzeniówek. Na powykręcanej ławce drzemie okryty gazetą Bezdomny. Nagle rozlega się przeciągły, drażniący jak widelce skrobiące po talerzu zgrzyt, gdy wjeżdża pociąg. Olbrzymia lokomotywa połyskuje srebrzyście, a monstrualny wręcz komin wyrzuca kłęby gęstej pary)

SCENOGRAF (zza kulis, szeptem)

Co za gniot... A'la stacja metra i ciuchcia rodem z westernów...
(zgrzyt przybiera na intensywności, zaczynają od niego cierpnąć zęby, a uszy chcą się zwinąć)

Pieprzony teatr życia.

(Pociąg staje. Peron wypełnia się Ludźmi, wchodzącymi do środka. Znów nastaje bezruch, po chwili gwizd, stęknięcie lokomotywy i pociąg rusza)

AKT I

Scena I

(Przedział pierwszej klasy. Pasażerowie zajmują swoje miejsca, każdy zamknięty w swoich myślach i własnym światku. Podróż upływa na przeglądaniu gazet, pisaniu sms-ów, słuchaniu muzyki czy też bezczynnym wyglądaniu przez okno. W pewnym momencie rozlega się parę nieco drażniących bitów, Panienka wygrzebuje telefon z torebki)

PANIENKA (świergocząc)

Witaj, skarbie! I jak, wiadomo już coś?
(słucha ze zmarszczonymi brwiami)

A sprawdziłeś rodowód? Nie możemy sobie pozwolić na oszustwo, musimy mieć prawdziwego Yorka, z rodowode...
(niezadowolona, że jej przerwano, Panienka słucha, ostentacyjnie wywracając oczami)

Tak, tak... Dobrze... Posprawdzaj jeszcze... Tak? Tak?
(nachmurzając się)

Jak to? Nie idziemy do restauracji? Jak to? Miałam taką koszmarną ochotę na krewetki! Jak mogłeś... Dobrze, cześć, nie zamierzam z tobą mówić!
(rozłącza się)

Scena II

MĄŻ (do Żony, rozchylającej usta w podkówkę, przy malowaniu się)

Co powiesz na wakacje w Egipcie?

ŻONA

Aaa, już byliśmy trzy lata temu, za gorąco, pustynie...

MĄŻ

Może Francja, Paryż, Wersal...?

ŻONA

Niee, oni tam żaby jedzą.
(ze zniecierpliwieniem zakręca tusz i wytrząsa z torebki waciki kosmetyczne)

Poza tym, co mi tam po tej wieży Aifla.

MĘŻCZYZNA (zerkając znad gazety swoimi lekko wyłupiastymi oczami, mruczy pod nosem)

... Co za porażka...

ŻONA (dosłyszała - lustruje wzrokiem nieco wychudzoną postać Mężczyzny, jego podkrążone ze zmęczenia oczy - szepcze do Męża)

Świat schodzi na psy, nie ma żadnych podziałów... Wepchnie się taki nędzarz, tylko miejsce zajmuje, bo mu się pewno stać nie chce...

MĄŻ

Mhm, a co powiesz na... Nową Zelandię?

ŻONA

No co Ty! Same widoczki, pola, gdzie tam jakieś porządne centrumy handlowe, ludzi mało na takim odludziu, co ty w ogóle do mnie mówisz?

(Mężczyzna unosi gazetę, nieco zasłaniając swoją twarz)

AKT II

Scena I

(Przedział klasy drugiej. Wszystkie miejsca zajęte, dwoje młodych Ludzi siedzi na podłodze w przejściu między przedziałami. Grupa Uczennic siedzi z zeszytami, teoretycznie porównując notatki i ucząc się, jednak w praktyce co chwilę podejmują rozmowy na coraz to nowe tematy)

UCZENNICA I

A wiecie, mamy w klasie taką Olcię. Jakie to to głupie... Szpile dwunastki, jak zapałki, kilo tapety, że demakijażuje się chyba szpachelką, taka dżezi i w ogóle... Jak ja na nią patrzę...

UCZENNICA II

Daj spokój, coś mi się robi, jak z takimi się gada.

UCZENNICA I

Żeby się dało gadać! Nie o tipsach i imprezach, oczywiście. I o modzie.

UCZENNICA III

Taka czarna? Co rusza swoją dupcią jakby ósemki kreśliła w powietrzu, z taką torebusią i paskiem z dupnym D&G?
(Uczennica I przytakuje pogardliwie)

Aa, to wiem,
(zniżając głos)

to taka lampucera i picza pieprzona, myśli, że każdego faceta wyrwie. Do mojego się dobierała, czaicie? Na moich oczach! Noż myślałam, że jak jej przyrżnę, to się nogami własnymi nakryje.

UCZENNICA I i II

Łooo...

UCZENNICA III

I jak tu mieć spokój? Nie dość, że w domu problemy, haruje się jak wół, nauki po uszy, to jeszcze trzeba uważać, żeby taka dziunia zasrana ci faceta nie podwaliła. No w dupie się poprzewracało na tym świecie!

UCZENNICA II (konspiracyjnym szeptem)

Jak ją poznałam, to ta pierwszego dnia zaczęła mi wymieniać, w jakich to ona krajach nie była... Koszmarex jakiś...

Scena II

CÓRKA (skubiąc kuleczki zmechacenia na swetrze)

Mama... Bo w przyszłym tygodniu jest wyjście do teatru, to środa, to nie idę do szkoły.

MATKA (z zatroskaniem)

Ile?

CÓRKA

A, daj spokój, dwie dychy. Oni chyba myślą, że się sra pieniędzmi. Tu jakieś ubezpieczenia, składki, to tu, to tam na ksero, lecą sobie piątki, jedynki, dwuzłotówki, jeszcze ma być wycieczka, oszaleli. Jeszcze książki potrzebne, ale to mam już część, z komisu.
(Matka otwiera usta)

Do języków nie będę kupować, skseruję czy coś.
(Matka spuszcza wzrok na swoją torebkę i zaczyna bezwiednie bawić się zamkiem)

W ogóle, kurtka mi się już tak rozciągnęła, że wygląda jak worek, muszę sobie kupi...

MATKA

... Przecież ci coś dołożę, halo...

CÓRKA (gwałtownie kręcąc głową)

No co ty, mama, wiem, jak jest, damy radę. Skądś wytrzasnę jakąś kasę sobie.
(dostrzega przepełniony boleścią i dziwną żałością wzrok Matki)

Nie jest najgorzej, eej.
(zerka na Pasażera w marynarce, rozmawiającego przez telefon, po czym unosi ręce i macha nimi lekko)

Wiesz, że zawsze może być gorzej, a kasa...

MATKA

Wiem, wiem.
(ze smutkiem odwraca twarz do okna)

AKT III

(Rytmiczny stukot kół pociągu jest tak głośny, że zdaje się nie tylko rozbrzmiewać w wagonie, ale też i i tłuc po wnętrzu czaszki. Promienie słońca wdzierają się przez szczeliny między deskami, pali się tylko jedna żarówka, której światło nie dociera do kątów. Wzdłuż ścian ciągnie się po rzędzie ławek, szczelnie zajętych. Bezprzedziałowe wnętrze wagonu przywodzi na myśl zsyłki na Syberię. Panuje gwar rozmów, ludzie przemieszczają się pomimo marnego oświetlenia. Niekiedy dyskretnie zabłyśnie flaszeczka wódki)

KOBIETA I

Plaga jakoś nastała... Najpierw plony, że pożal się Panu Bogu, potem krowa zdechła... A jeszcze ostatnio nasza Bronieczka jakie zapaści dostała i ją nam wywieźli...
(przysłuchujące się Kobiety słuchają ze skupieniem i pełnymi współczucia minami. Kobieta I otrząsa się, po czym z uśmiechem do Kobiety II)

Mniejsza o to, ja słyszała, że wasza Iga zaręczona! Wspaniale!

KOBIETA II

Już nie, rozeszli się. Zdradził ją, moją Iguczkę, podły, wredny...!
(bezsilnie macha rękami)

A tak kochała! Ufała!

KOBIETY

Oj, oj! Podłość! Jak można!

KOBIETA III (rozzłoszczona)

A mój, kilkanaście lat razem, rozbestwiło się chłopisko, nic tylko bierze i chleje, kasę ciągnie i chleje, i przychodzi napruty w cztery dupy, i mordę drze, i się rzuca, i czasem...
(twarz Kobiety III tężeje w wyrazie czystej nienawiści)

Dzieciaki narobił i ma wszystko w dupie! Ot, cała miłość małżeńska!

KOBIETY

Co za los, co za los!

KOBIETA I

Życie jest okrutne.
(wzdycha smętnie)

No, ale tylko jedno!

KOBIETA IV

Właśnie, tylko jedno... Staszek nasz zmarł ostatnio.

KOBIETY

Jak to? T e n Staszek?
(Kobieta IV, rozgoryczona, przytakuje)

Olaboga, bieda, bieda! Staszka nie ma!

KOBIETA I

Taki człowiek... Taki szanowny... Szkoda go, bardzo szkoda.

KOBIETA III

Życie jest tak podłe, że to i lepiej pewno dla niego, ot!

KOBIETY

Ksz!

(w krąg światła wbiega mała Dziewczynka w podartych rajtuzkach i chustce na głowie, spod której wymykają się kosmyki płowych włosów. Wymachuje szmacianą lalką. Dopada Kobiety III, wdrapuje się na jej nogę i zajmuje się zabawą)

KOBIETA III (gładząc policzek Dziewczynki pokryty sinawoczerwoną plamą oparzenia)

Nu, moja Sarcia... Jeśli czegoś w życiu nie żałuję, to urodzenia jej.
(Kobiety patrzą na poparzoną również na rękach skórę Dziewczynki)

I ten moczymorda, przez niego wszystko...
(Dziewczynka unosi rozpromienioną twarzyczkę i uśmiecha się. W trakcie uśmiechu niezdrowa skóra dziwacznie zniekształca jej rysy, nadając twarzy upiorny wygląd)

Dziecino!
(Kobieta III mocno tuli Dziewczynkę do piersi)

DZIEWCZYNKA

Mama! Ale pats!
(zeskakuje z kolan Kobiety III i staje dumnie wyprostowana. Wyciąga rączki do góry i jakby pokazuje je wszystkim. Podskakuje parę razy, obraca się wokół własnej osi i na końcu jeszcze raz trzepocze rączkami)

Ja mam nadal roncki, i nózki, i mogę biegać, i się śmiać... Mama!
(wybucha perlistym, niewymuszonym śmiechem)

KOBIETY

Tylko jedno! Najlepsze!
(Pasażerowie powstają na to i jakby wznoszą toast)

Za Życie!

EPILOG

(Wnętrze Wagonu przypomina widziany od środka stalowoszary walec. Podłogę tworzy bardzo gęsta kratka, po której co jakiś czas przetacza się pusta szklana butelka, obijając się z upartym stukiem. Na prostych ławkach przypominających szyny siedzą Ludzie. Kiwają się lekko w takt ruchów pociągu, bezwładnie niczym lalki)

LOS (rozlega się metaliczny, dudniący odgłos kroków, zatrzaskują się odsunięte drzwi. Los podchodzi do pierwszego z brzegu Pijaka)

Lubisz pić?

PIJAK

J-aaa? W żżysiu...

LOS

Absolutnie nic?

PIJAK (czkając)

Aassoutnie...

LOS (zwracając się do Przypadku)

Niech już nigdy więcej nie weźmie do ust niczego do picia, nawet wody.
(do Pijaka, z uśmiechem)

Bardzo dobrze.
(Pijak łapie się za gardło, zaczynając rzęzić i się krztusić. Jego twarz szarzeje, skóra się kurczy, opinając na kościach jak za mały lateksowy strój na ciele. Pijak upada na ziemię, gdzie zaczyna się wić, dygocząc, zmniejsza się stopniowo, zasycha, aż zwija się w kłębek. Przypomina czarnobylsko zmutowany embrion z przetłuszczonymi włosami na głowie. Ostatnie tchnienie - i osypuje się w pył. Los podchodzi do Dziwki)

Lubisz dawać?

DZIWKA (strzela balonem z gumy do żucia i cały czas okręca sobie wokół palca pasmo swoich pofarbowanych na czarno włosów)

Że co? Nie rozumiem...

LOS

Nigdy nie dajesz?
(Dziwka pogrąża się w myślach, nie omieszkając zalotnie zatrzepotać rzęsami i wydąć wargi. Bezmyślnie przesuwa tipsowatą dłonią po swoich udach ciasno opiętych lateksem. Po chwili kręci głową)

Już nigdy nie da dupy, a także nikogo niczym nie obdaruje, n i c z y m.

DZIWKA (rozdzierająco)

Nieeeee!
(łapie się za włosy, oczy prawie chcą wyjść jej z orbit. Po chwili zaczyna przesuwać palcami po twarzy, mocno, gwałtownie, jakby chciała zedrzeć sobie z niej skórę)

Nie, błagam, nie! Już nigdy... Ja...
(makijaż Dziwki przybiera nową postać: czarne strużki na policzkach i wokół oczu, nadając twarzy Dziwki wygląd pandy. Otwarte we wrzasku usta przypominają tunel diabelskiej kolejki wiodący do samego piekła)

Zmienię... się... Błaaagaam... Ja nie... Nie... Nie... Chciałam... Nie mogę...
(wciska dłonie między uda, wytrzeszczając błagalnie oczy. Skula się)

Ja...
(unosi głowę. Twarz Dziwki stała się poorana zmarszczkami, a cycki, całe pozbawione jędrności i młodzieńczości ciało usiłuje obwisnąć mimo opinającego je stroju. Los podchodzi do Zboczeńca)

LOS

Lubisz brać?

ZBOCZENIEC (wciąga tabakę, zaczyna parskać, oczy mu łzawieją. Dopiero po chwili odpowiada powabnym głosem)

Bóg dał, to biorę!

LOS (do Przypadku)

Już nigdy więcej nie pojebaczy, nigdy mu nie stanie, nigdy więcej...
(Zboczeniec wydaje z siebie bliżej nieokreślony dźwięk, ni to ryk, ni to pisk)

Też nie zaćpa...
(Zboczeniec uderza się w twarz otwartą dłonią, jakby to była packa na muchy)

Nigdy niczego już nie dostanie.

ZBOCZENIEC (zagląda sobie do spodni i z gardła wyrywa mu się przeciągły jęk)

Usechł...
(toczy błędnie oczami po wnętrzu wagonu, traci równowagę. Ze stęknięciem, trzymając się za krocze, zwala się na podłogę. Twarz ma zsiniałą. Los przestępuje nad ciałem Zboczeńca i podchodzi do Palacza)

LOS

Lubisz palić?

PALACZ

Nie.
(gdy Los otwiera usta, dodaje szybko)

Ale muszę.
(Los unosi brwi, po czym kiwa głową Przypadkowi)

LOS

Zapalisz?
(Palacz wyraźnie się waha, lecz ręka sama mu się unosi i sięga do Losa. Przypadkowi materializuje się w rękach miotacz płomieni)

Pozwolisz, że pojaramy.
(z miotacza rzyga strumień ognia. Palacz przez chwilę trwa w tym piekle, podobny do groteskowego stracha na wróble. Dopiero po chwili nadchodzi jego agonalny krzyk. Trzepocząc rękami jak ptak, zaczyna biegać, wpadając na Pasażerów, przez co płomień przeskakuje po nich jak po suchych polanach. Los wymownie zerka na Przypadek. Przypadek przytakuje i kieruje miotacz w stronę początku pociągu)

Życie.

(Rozlega się ogłuszający, błękitny wiiizg! i ogniste piekło przewala się przez pociąg. Dociera do lokomotywy, która chwilę skwierczy w jego bezlitosnym, żarłocznym żarze. Wygina się metal, topnieje, deformuje jak rzucony w ognisko plastik. Siła wybuchu w piecu rozrywa całą lokomotywę, która otwiera się niczym żelazna stokrotka)




Wytrwały wędrowcze, który aż jeśli w ogóle tu zabrnąłeś: właśnie otrzymałeś ode mnie mnóstwo czołobitnych pokłonów.


3 komentarze:

Dorota pisze...

Dawno mnie tu nie było... ;)
Dramacik jest genialny jak dla mnie. I tyle, nic więcej pisać nie muszę :)
No, może tyle, że za bardzo Cię ciągnie do opisów, by korzystać z takiej formy, bo didaskalia to 50% tekstu. Ale jest miodzio :) Jeszcze mi do tego leciał soundtrack z Requiem for a dream, który właśnie na nowo odkryłam dzięki temu że mi przypomniałaś ostatnio... także - klimat pierwsza klasa ;D

Pzdr ;*

Agata pisze...

Wieem, moje zboczenie, to miał być taki maślany dramat, czyli dramat-nie-do-końca :D
Dziękować ":)

Requiem For A Dream przeuwielbiam, jak go znalazł w necie, to byłam bliska łez wzruszenia :D Ostatnio wyczaiłam, że są świetne soundtracki z... Króla Lwa ;D

Dorota pisze...

a z Króla Lwa są przegenialne soundtracki, jak jak i z innych bajek Disney'a, np. Mulan :)