piątek, 3 grudnia 2010

Jak huk...

Umarł.
Dowiedziała się o tym w sumie nie znienacka. Wszystko na to wskazywało. Wylew, wieści o piątym stopniu, pobyt w szpitalu. Śmierć miała być kwestią czasu.
Umarł.
Kiedy to ostatnio go widziała? Jakieś 8 lat temu, jak była szczerbatym brzdącem o szczebiotliwym głosie i kompleksach wielkości sporego domu, tak ogromnych, że zdawały się wyciekać jej uszami i nosem, i pełznąć po ziemie jak oślizgłe macki. W sumie to pozostały, ale stały się takim składanym domkiem z tektury. Widziała go te 8 lat temu, ale to był taki raz, wcześniejsze wspomnienia były mgliste, jak oglądane na ekranie śnieżącego telewizora.
Umarł.
Wieść zaparła w płucach dech z siłą mocnego ciosu w splot. Mimo wszystko, że był jej obcy, poza faktem, że był jej wujkiem, wieść chwytała rzeczywistość, zaciskała pięść i wyrzucała tę rzeczywistość zmiętoloną i odrealnioną.
Umarł.
Śmierć to zawsze najgorsza wieść. Nawet nie śmierć bezosobowa, podawana w setkach tysięcy. Chyba że jest to przekaz zawracający w głowie swoją monstrualnością, że każdej sekundy umiera na świecie człowiek, czy coś w tym stylu. No ale jest chwila refleksji - ale brak zagrożenia sprawia, że refleksja przyspiesza bicie serca, po czym odpływa, zanika, migocze i znika...
Umarł.
Śmierć osobowa, określona, bliższa jest najgorsza.
Umarł.
Otępienie zelżało, wieść stała się faktem, wycięty fragment układanki życia stał się fragmentem uzupełniającym.
W dzień pogrzebu odwiedziła swoją chorującą babcię. Pukając do drzwi, zadumała się, dlaczego w obecnych czasach tak wstydliwe jest używanie określeń "babcia", "dziadek", "mama". Dowodzi słabości? Otrzepując czapkę ze śniegu, w przedsionku, myślała dalej. Tak łatwe jest mówienie per Kutas tudzież Dziwka, a tak trudno nazwać matkę "mamą". Szacunek pełną dupą.
W kuchni, w miarę jak parowała herbata i śnieg na włosach, parowało też zamyślenie i do uszu dotarły słowa babci:
- Jak ja im współczuję...
Zrobiła współczującą minę. Też współczuła. Tamci mieli z wujkiem dużo bliższe relacje. W ostatnich dniach prawie że nie opiekowali się nawet schorowaną babcią, bo całą uwagę poświęcili konającemu wujkowi, któremu już nie można było pomóc.
- ... Wymarzną na tym cmentarzu, że głowa boli - ciągnęła babcia.- Widziałaś, jak się Jula ubrała? Butki takie jak skarpetki, sukieneczka o, o, o taka krótka! - Zaznaczyła dłonią kreskę w połowie swojego uda.- I z gołą głową...
Choćby znów uszło z niej powietrze. Wpatrywała się w usta babci, a dzwonienie w uszach zagłuszało słowa tamtej. Oczekiwała żalu po śmierci. Bo nawet jak się kogoś nie lubi, to śmierć jest koszmarna i porusza. Wiedziała, że babcia zazdrości uwagi, jaką poświęcono wujkowi, zamiast jej, także cierpiącej, ale...
Wlepiła wzrok w kubek herbaty. Zamieszała łyżeczką i patrzyła na wiry na powierzchni ciemnoczerwonego płynu, a narzekania babci odnośnie pogrzebu kicały wokół jej głowy jak szyderczo rechoczące króliczki. Herbata wirowała - jak życie.
Para ulatywała do góry - jak ulatuje życie.

***

Pstryk.
Zmrużył oczy przed pomarańczowym, ale jednak ostrym światłem przykurzonej żarówki. Blask wyłonił z ciemności piwnicę zagraconą tak, jak tylko piwnice potrafią być. Zardzewiałe rurki, stare rowery, pokryte skorupą cementu balie, popękane plastikowe miski, porozsypywane śrubki - wszystko to tworzyło smutną, przesiąkniętą martwością i bezużytecznością mozaikę. Pośrodku przejścia szkło potłuczonych słoików błyszczało niczym groteskowe rozety.
Ostrożnie zszedł po schodach. Wymacał za starymi drzwiami kolejny włącznik i z pomieszczenia z boilerem padł prostokąt światła.
Tu z kolei pełno było starych zabawek, komiksów i parę zasuszonych żab. Strzepnął pajęczynę z włosów i roztrącił stopą zaśniedziałe widelce. Już miał podejść do zakurzonego boilera, gdy jego wzrok przyciągnęła leżąca w kącie książka. Była bardzo zwyczajna, w granatowej, miękkiej okładce. Podniósł ją.
Przerzucił pierwsze strony.
I zamarł tak, ze wzrokiem wbitym w tekst.
Po chwili wymacał za sobą ścianę i nie odrywając oczu od książki, usiadł. Gdyby ktoś go teraz widział, ujrzałby młodego chłopaka, tak intensywnie wczytującego się w tekst, że wyglądał, jakby chciał zjeść go oczami. Pochłaniał, pożerał kolejne litery, mrowiące mu się przed oczami. Przez głowę przelatywało mu błyskotliwe buczenie, ciężki szelest, mokre człapanie, spazmatyczne świszczenie. Pochylił się nad książką, aby nie uronić ani przecinka.
Strony przewracały się coraz szybciej. Na skroniach zaczęły pulsować żyły, ramiona się przyginać, skóra na twarzy stawać się coraz bardziej napięta... Oddech przyspieszył, palce wygłodniale przewracały coraz bardziej zniszczone, wyblakłe kartki.
Po włosach popełzły pierwsze siwe pasma, jak ospałe węże. Kręgosłup starczo wyginał się w upiorne C, a łopatki wystawały jak dyszle wozu. Teraz twarz chłopaka przypominała łeb wynędzniałego sępa. Dolna warga mu obwisła, palce powykręcały się na podobieństwo sękatych gałązek, zaciskając się kurczowo na książce, jakby zamierzały przez nią przeniknąć.
Rechot, buczenie, skrzek, zgrzyt, szum, huk, szelest, świst, szepty, życie, doświadczenia, doświadczenia, doświadczenia, krzyk, krzyk, krzyk...
- ! - Chłopak otworzył usta, ale krzyk był zbyt głośny, zbyt mocny, aby zdołał go z siebie wydobyć.
- ! - odpowiedziało echo złośliwie.
- ! - Chłopak zadygotał.
- ! - zarechotało echo.
Chłopak zarzucił głową w przód, jak polujący wąż, po czym wgryzł się w książkę i wyszarpnął z niej spory kawał.
- - to dźwięki cichły, jeden po drugim, wycofując się z podkulonymi ogonami.
Minął chyba miliard lat, zanim chłopak wstał. Włosy miał młodzieńczo brązowe, plecy mocne i proste, dłonie zręczne, jak dawniej.
Posiadający wiedzę całego świata przestarzec z rozpaczą spojrzał na świat zza jego młodych, bystrych oczu.

***

A na koniec mini-rozluźnionko:
Patrzcie, jakaż to ładna nogawka spodni!
*z tłumu, błagalnie* A czy mogę obejrzeć nogawkę koszulki?


0 komentarze: