środa, 15 grudnia 2010

O upadku.

Olbrzymia hala rozbrzmiewała dźwiękiem muzyki płynącej z wielu głośników. Gdyby spojrzeć na nią z lotu ptaka, pełne towarów regały wyglądały jak pudełka zapałek, natomiast poruszający się ludzie - jak mrówki, którym w pewnych miejscach podkopano mrowisko. Gdzieniegdzie przemieszczał się czyszczący pojaździk, przywodzący na myśl kostkę cukru.
Kółeczka stukotały na szczelinach między kafelkami. Szeleściło mnóstwo opakowań chipsów, frytek, ciasteczek, płatków śniadaniowych, papierów toaletowych czy mrożonek ładowanych do wózków. Dudniły obijające się o siebie puszki. Dźwięczały przetaczające się butelki. Brzęczały strumienie przesypywanych pieniędzy, stopy tupały po posadzce, gromkie śmiechy buczały między regałami niczym podniecone bąki. Szmer rozmów przywodził na myśl szum oceanu. Czasami płacz dziecka rozdzierał powietrze jak krzyk ptaka.
W koszyku butelka wody co chwilę szukała bliższego kontaktu z paczką makaronu, czemu towarzyszyły namiętne szelesty. Ten też koszyk nieustannie obijał się o nogi, czemu towarzyszyła narastająca irytacja. Wreszcie, nieszczęsny koszyk zderzał się z innymi koszykami jakichś nadętych bufonów, którzy traktowali przejścia między regałami niczym swoiste pasy startowe i poruszali się jak otoczeni bańką ochronną tudzież niczym pługi. W efekcie droga do kas przypominała niezgrabny slalom.
Dziewczyna zatrzymała się przy półkach z kosmetykami. Jej uwagę przyciągnęły dezodoranty w kulce. Były... ładne - dziecinna myśl pojawiła się i znikła. Były przede wszystkim drogie i fajnie pachniały, jak przekonała się po chwili. Zamyśliła się, z cytrynowawym dezodorantem przy twarzy. W kieszeni dziesięć złoty, a to małe pieroństwo kosztowało trzynaście przecinek dziewięćdziesiąt dziewięć zł, czym wymyślający ceny zapewniali biednym jednogroszówkom pełne przygód podróże od szuflady kasy przez brudne łapy do kieszeni, z kieszeni przez łapy do szuflady, i tak w kółko.
W niezdecydowaniu wyciągnęła rękę, by odłożyć dezodorant, ale coś ją powstrzymało. Wbrew samej sobie, ale jej oczy już omiotły otoczenie i sufit. Nikt nie patrzył. Kamera... Nie widziała... Nie! Ręka poruszyła się jak wąż i zanim wzburzona krew uderzyła dziewczynie do głowy, palce już pociągnęły za suwak i kieszeń połknęła swoją ofiarę.
Nadal nikt nie zwracał nań uwagi. Martwe oko kamery przypominało puste ślepię rekina.
Dziewczynie było nieznośnie gorąco. Ale zaraz się uspokoiła. Przecież nie robiła tego pierwszy raz, ba, zakupy bez kradzieży to tak, jakby wyszła nago z domu. Stało się to już tak normalne, że uważała to za najbardziej właściwą rzecz na świecie.
Ze stoickim spokojem ruszyła do kasy. Luźna, wzbudzająca jej odrazę kurtka skutecznie zakrywała wszelkie wybrzuszenia. Dziewczyna skorzystała z kasy do bodajże pięciu produktów, bo w tych normalnych kolejki były niebotyczne. Patrząc tak na tych wszystkich ludzi, zachłannie ładujących zakupy do gigantycznych toreb pojemnością dorównujących workom z obrokiem, poczuła do nich coś w rodzaju dławiącej zazdrości. Wagony kiełbas, kilogramy chleba, tony słodyczy, całe hałdy owoców, hektolitry napojów - a połowę z tego wypieprzą do kosza albo będą wpierdalać na siłę, aż im wyskoczą żyły na tych tłustych, zalanych twarzach. Wodziła wzrokiem po zabawkach dla dzieci, kosmetykach, tuzinach jogurtów, i zasmuciła się. Zapłaciła, obdarzyła kasjerkę pełnym żałości uśmiechem, po czym smętnie powlokła się do wyjścia.
Ostre, jazgoczące wycie bramki magnetycznej werżnęło się jej w uszy. Potoczyła błędnie oczami, czując, jak całe jej ciało tężeje, jak miseczka galaretki, gdzie wsypano wór żelatyny. Nie mogła oddychać. Jej lędźwia chciały się skręcić od absurdalnego bólu. Spłoszona, cofnęła się. Podszedł do niej ochroniarz.
- Proszę się zatrzymać - usłyszała.
Miała wrażenie, że kark ma stary, zardzewiały i nienaoliwiony, i że jak obróci głowę, rozlegnie się ostre zgrzytanie zawiasów. Tak właściwie nawet nie widziała zbliżającego się mężczyzny - ot, rozmazana plam wśród wielu podobnych, kolorowych plam.
- Co tam pani ma? Jest paragon?
Świat jakby strzelił. Powróciła ostrość widzenia, dźwięk z całą mocą runął na uszy. Czuła na sobie wzrok wszystkich: kupujących, kasjerek. Widziała kątem oka, jak się wszyscy gapią...
Desperacko uchwyciła się tej deski ratunku, jaką było ostatnie pytanie.
- Zostawiłam... Ale tam może pani nie wyrzuciła... Już po niego idę - wyrzuciła z siebie na jednym wydechu.
Nie wiedziała, czy uda jej się uczynić choćby krok. Nogi miała niczym sparaliżowane, niczym ulepione z gówna, równie władne, co dwie dyndające ścierki. Intensywny, zbyt intensywny wzrok gapiów zdawał się zagęszczać powietrze i wydłużać przestrzeń, kiedy tak Dziewczyna kroczyła do kasy, która jak gdyby wcale się nie przybliżała. Paliła ją twarz, łzy kręciły się jej w oczach, ale najgorsze było to - łoskocząca w głowie jedna, natrętna myśl, szyderczo śmigająca po wnętrzu czaszki. Aresztują mnie, aresztują mnie, aresztują mnie...
Nie docierało do niej, co w ogóle robiła. Była bliska utraty przytomności albo histerii. Sięgając po paragon, drugą ręką oparła się o kawałek blatu przed kasą. Skąd w jej dłoni znalazł się nieszczęsny dezodorant? Nie wiedziała. Stuk odstawianego łupu usłyszano chyba w kosmosie. Wszyscy się gapili, może na nią, nie na ręce? Kasjerce zasłaniała kasa, Dziewczyna swoim ciałem ochroniarzowi. Odwróciła się. Myśli miała mętne.
Podała paragon.
- Najpierw plecak - zawyrokował ochroniarz, po czym dodał uspokajająco:- Jeśli nic się nie stanie, to najwidoczniej jakiś błąd. Potem przejdzie pani...
Przeszedł z jej plecakiem. Nic.
Z jego oczu można było czytać jak z książki. "Jak nie plecak, to masz coś gdzieś w kieszeni" - mówiły te oczy . "Nie wymigasz się. Koniec zabawy, złotko." Siląc się na opanowanie, przeszła przez bramkę.
Nic.
- Widocznie jakiś błąd...
Ale przez krótką chwilę te oczy, w tej poznaczonej pierwszymi zmarszczkami przestrzeni między wąsem a gęstymi brwiami, wyrażały co innego. Jakiś... zawód?, jak drapieżcy, któremu właśnie ofiara umknęła spomiędzy szponów. Mrugnięcie i stał przed nią reflektujący się mężczyzna:
- Proszę wybaczyć to wszystko, ktoś może wózkiem przejechał i zapikało, ale numer, ale panią nabawiliśmy stracha, najmocniej przepraszam - trajkotał, a jego słowa niezrozumiale przepływały jej przez uszy.
Jedynie skinęła głową i uśmiechnęła się krótko, bez wesołości. Nerwy wciąż miała boleśnie napięte. Wzięła z powrotem plecak i na odrętwiałych nogach ruszyła do wyjścia.
Dopiero na zewnątrz wypuściła powietrze i uświadomiła sobie, że cały czas je wstrzymywała. Następnie zaczerpnęła jego haust tak duży, że zawirowało jej w głowie. Udało się! Nie zatrzymywała się, ze strachu, że ktoś dostrzeże dezodorant (jakim cudem nikt nie zauważył?) i ją dogonią, i... i...
Nawet nie chciała o tym myśleć. Jak by zareagowali rodzice? Gdyby ją aresztowano? Wnętrzności skręciły jej się z przeogromnego wstydu. Tak blisko...! Zaczęły przechodzić ją dreszcze i o mało co się nie rozpłakała. Brzydziła się siebie. Dopiero z innej perspektywy dostrzegła oznakę swojego upodlenia. Co ja najlepszego robiłam?!
Wiedziała, że już tak nie postąpi. Za duże ryzyko. A jeśli znów powinie jej się noga? Tu miała fuksa, ba, to graniczyło z cudem. Nadal nie mogła w to uwierzyć.
Mijając targ, patrzyła na tych wszystkich ludzi i odczuła silniejszą niż kiedykolwiek zawiść. Grube baby, mające w tych zwalistych dupach o co najmniej osiemdziesiąt kilo za dużo, przymierzały obszerne futra, rozmiarami do złudzenia upodabniające je do gór lodowych. Babiszony świergotały przy tym kretyńsko, pindrząc się i poprawiając fikuśne bransolety i swoje starannie pokręcone włosy. Usta miały pomalowane oczojebnie czerwoną szminką, przez co usta te przypominały obrzydliwy, nabrzmiały, rozjechany srom albo dwa płaty surowej wołowiny. Widziała oczami wyobraźni te usta kłapiące, zamykające się z mlaskiem, wraz z sześćdziesięciodziewięcioma podbródkami, po których ściekał tłuszcz. Babusom towarzyszyli zburaczali, grubi faceci o pieczarkowatych od fajek nosach i pobrużdżonych twarzach, i paluchach jak salami, i brzuchach tak ogromnych, że idąc szczać, musieli gmerać pod tymi zwałami sadła, unosząc je. Pasowali idealnie do telewizora, piwa w jednej, a grubej kaszany w drugiej dłoni i zapuszczenia korzeni w sfatygowany fotel.
Nie oceniała po wyglądzie. Ale w tej chwili mierziło ją w tych ludziach wszystko.
Szła dalej. Zwiesiła głowę. Najzwyczajniej w świecie się bała.
... I już nie będzie więcej kradła. Nigdy.

Następnego dnia, po otwarciu lodówki, skąd pomachał jej pomarszczony, stary seler, musztarda i jedno jajko chlipiące z samotności, na zakupach nakradła tyle, ile zmieściło jej się do kieszeń i ile zdążyła w ramach przyzwoitości wcisnąć do torby.

***

Raz, jadąc pociągiem, usłyszałam pewną poradę uśmiechniętej dziewczyny, dla załamanego faceta. Porada ta, wypowiedziana pełnym współczucia, acz stanowczym głosem, zapadła mi w pamięć jak rozpalony do czerwoności nóż zagłębia się w ciepłe masło:
W każdym związku powinno zostawić się awaryjne 20%, na wyłączność, żeby w razie czego mieć do czego wrócić...
Och, jakże słusznie.

piątek, 3 grudnia 2010

Jak huk...

Umarł.
Dowiedziała się o tym w sumie nie znienacka. Wszystko na to wskazywało. Wylew, wieści o piątym stopniu, pobyt w szpitalu. Śmierć miała być kwestią czasu.
Umarł.
Kiedy to ostatnio go widziała? Jakieś 8 lat temu, jak była szczerbatym brzdącem o szczebiotliwym głosie i kompleksach wielkości sporego domu, tak ogromnych, że zdawały się wyciekać jej uszami i nosem, i pełznąć po ziemie jak oślizgłe macki. W sumie to pozostały, ale stały się takim składanym domkiem z tektury. Widziała go te 8 lat temu, ale to był taki raz, wcześniejsze wspomnienia były mgliste, jak oglądane na ekranie śnieżącego telewizora.
Umarł.
Wieść zaparła w płucach dech z siłą mocnego ciosu w splot. Mimo wszystko, że był jej obcy, poza faktem, że był jej wujkiem, wieść chwytała rzeczywistość, zaciskała pięść i wyrzucała tę rzeczywistość zmiętoloną i odrealnioną.
Umarł.
Śmierć to zawsze najgorsza wieść. Nawet nie śmierć bezosobowa, podawana w setkach tysięcy. Chyba że jest to przekaz zawracający w głowie swoją monstrualnością, że każdej sekundy umiera na świecie człowiek, czy coś w tym stylu. No ale jest chwila refleksji - ale brak zagrożenia sprawia, że refleksja przyspiesza bicie serca, po czym odpływa, zanika, migocze i znika...
Umarł.
Śmierć osobowa, określona, bliższa jest najgorsza.
Umarł.
Otępienie zelżało, wieść stała się faktem, wycięty fragment układanki życia stał się fragmentem uzupełniającym.
W dzień pogrzebu odwiedziła swoją chorującą babcię. Pukając do drzwi, zadumała się, dlaczego w obecnych czasach tak wstydliwe jest używanie określeń "babcia", "dziadek", "mama". Dowodzi słabości? Otrzepując czapkę ze śniegu, w przedsionku, myślała dalej. Tak łatwe jest mówienie per Kutas tudzież Dziwka, a tak trudno nazwać matkę "mamą". Szacunek pełną dupą.
W kuchni, w miarę jak parowała herbata i śnieg na włosach, parowało też zamyślenie i do uszu dotarły słowa babci:
- Jak ja im współczuję...
Zrobiła współczującą minę. Też współczuła. Tamci mieli z wujkiem dużo bliższe relacje. W ostatnich dniach prawie że nie opiekowali się nawet schorowaną babcią, bo całą uwagę poświęcili konającemu wujkowi, któremu już nie można było pomóc.
- ... Wymarzną na tym cmentarzu, że głowa boli - ciągnęła babcia.- Widziałaś, jak się Jula ubrała? Butki takie jak skarpetki, sukieneczka o, o, o taka krótka! - Zaznaczyła dłonią kreskę w połowie swojego uda.- I z gołą głową...
Choćby znów uszło z niej powietrze. Wpatrywała się w usta babci, a dzwonienie w uszach zagłuszało słowa tamtej. Oczekiwała żalu po śmierci. Bo nawet jak się kogoś nie lubi, to śmierć jest koszmarna i porusza. Wiedziała, że babcia zazdrości uwagi, jaką poświęcono wujkowi, zamiast jej, także cierpiącej, ale...
Wlepiła wzrok w kubek herbaty. Zamieszała łyżeczką i patrzyła na wiry na powierzchni ciemnoczerwonego płynu, a narzekania babci odnośnie pogrzebu kicały wokół jej głowy jak szyderczo rechoczące króliczki. Herbata wirowała - jak życie.
Para ulatywała do góry - jak ulatuje życie.

***

Pstryk.
Zmrużył oczy przed pomarańczowym, ale jednak ostrym światłem przykurzonej żarówki. Blask wyłonił z ciemności piwnicę zagraconą tak, jak tylko piwnice potrafią być. Zardzewiałe rurki, stare rowery, pokryte skorupą cementu balie, popękane plastikowe miski, porozsypywane śrubki - wszystko to tworzyło smutną, przesiąkniętą martwością i bezużytecznością mozaikę. Pośrodku przejścia szkło potłuczonych słoików błyszczało niczym groteskowe rozety.
Ostrożnie zszedł po schodach. Wymacał za starymi drzwiami kolejny włącznik i z pomieszczenia z boilerem padł prostokąt światła.
Tu z kolei pełno było starych zabawek, komiksów i parę zasuszonych żab. Strzepnął pajęczynę z włosów i roztrącił stopą zaśniedziałe widelce. Już miał podejść do zakurzonego boilera, gdy jego wzrok przyciągnęła leżąca w kącie książka. Była bardzo zwyczajna, w granatowej, miękkiej okładce. Podniósł ją.
Przerzucił pierwsze strony.
I zamarł tak, ze wzrokiem wbitym w tekst.
Po chwili wymacał za sobą ścianę i nie odrywając oczu od książki, usiadł. Gdyby ktoś go teraz widział, ujrzałby młodego chłopaka, tak intensywnie wczytującego się w tekst, że wyglądał, jakby chciał zjeść go oczami. Pochłaniał, pożerał kolejne litery, mrowiące mu się przed oczami. Przez głowę przelatywało mu błyskotliwe buczenie, ciężki szelest, mokre człapanie, spazmatyczne świszczenie. Pochylił się nad książką, aby nie uronić ani przecinka.
Strony przewracały się coraz szybciej. Na skroniach zaczęły pulsować żyły, ramiona się przyginać, skóra na twarzy stawać się coraz bardziej napięta... Oddech przyspieszył, palce wygłodniale przewracały coraz bardziej zniszczone, wyblakłe kartki.
Po włosach popełzły pierwsze siwe pasma, jak ospałe węże. Kręgosłup starczo wyginał się w upiorne C, a łopatki wystawały jak dyszle wozu. Teraz twarz chłopaka przypominała łeb wynędzniałego sępa. Dolna warga mu obwisła, palce powykręcały się na podobieństwo sękatych gałązek, zaciskając się kurczowo na książce, jakby zamierzały przez nią przeniknąć.
Rechot, buczenie, skrzek, zgrzyt, szum, huk, szelest, świst, szepty, życie, doświadczenia, doświadczenia, doświadczenia, krzyk, krzyk, krzyk...
- ! - Chłopak otworzył usta, ale krzyk był zbyt głośny, zbyt mocny, aby zdołał go z siebie wydobyć.
- ! - odpowiedziało echo złośliwie.
- ! - Chłopak zadygotał.
- ! - zarechotało echo.
Chłopak zarzucił głową w przód, jak polujący wąż, po czym wgryzł się w książkę i wyszarpnął z niej spory kawał.
- - to dźwięki cichły, jeden po drugim, wycofując się z podkulonymi ogonami.
Minął chyba miliard lat, zanim chłopak wstał. Włosy miał młodzieńczo brązowe, plecy mocne i proste, dłonie zręczne, jak dawniej.
Posiadający wiedzę całego świata przestarzec z rozpaczą spojrzał na świat zza jego młodych, bystrych oczu.

***

A na koniec mini-rozluźnionko:
Patrzcie, jakaż to ładna nogawka spodni!
*z tłumu, błagalnie* A czy mogę obejrzeć nogawkę koszulki?