Kółeczka stukotały na szczelinach między kafelkami. Szeleściło mnóstwo opakowań chipsów, frytek, ciasteczek, płatków śniadaniowych, papierów toaletowych czy mrożonek ładowanych do wózków. Dudniły obijające się o siebie puszki. Dźwięczały przetaczające się butelki. Brzęczały strumienie przesypywanych pieniędzy, stopy tupały po posadzce, gromkie śmiechy buczały między regałami niczym podniecone bąki. Szmer rozmów przywodził na myśl szum oceanu. Czasami płacz dziecka rozdzierał powietrze jak krzyk ptaka.
W koszyku butelka wody co chwilę szukała bliższego kontaktu z paczką makaronu, czemu towarzyszyły namiętne szelesty. Ten też koszyk nieustannie obijał się o nogi, czemu towarzyszyła narastająca irytacja. Wreszcie, nieszczęsny koszyk zderzał się z innymi koszykami jakichś nadętych bufonów, którzy traktowali przejścia między regałami niczym swoiste pasy startowe i poruszali się jak otoczeni bańką ochronną tudzież niczym pługi. W efekcie droga do kas przypominała niezgrabny slalom.
Dziewczyna zatrzymała się przy półkach z kosmetykami. Jej uwagę przyciągnęły dezodoranty w kulce. Były... ładne - dziecinna myśl pojawiła się i znikła. Były przede wszystkim drogie i fajnie pachniały, jak przekonała się po chwili. Zamyśliła się, z cytrynowawym dezodorantem przy twarzy. W kieszeni dziesięć złoty, a to małe pieroństwo kosztowało trzynaście przecinek dziewięćdziesiąt dziewięć zł, czym wymyślający ceny zapewniali biednym jednogroszówkom pełne przygód podróże od szuflady kasy przez brudne łapy do kieszeni, z kieszeni przez łapy do szuflady, i tak w kółko.
W niezdecydowaniu wyciągnęła rękę, by odłożyć dezodorant, ale coś ją powstrzymało. Wbrew samej sobie, ale jej oczy już omiotły otoczenie i sufit. Nikt nie patrzył. Kamera... Nie widziała... Nie! Ręka poruszyła się jak wąż i zanim wzburzona krew uderzyła dziewczynie do głowy, palce już pociągnęły za suwak i kieszeń połknęła swoją ofiarę.
Nadal nikt nie zwracał nań uwagi. Martwe oko kamery przypominało puste ślepię rekina.
Dziewczynie było nieznośnie gorąco. Ale zaraz się uspokoiła. Przecież nie robiła tego pierwszy raz, ba, zakupy bez kradzieży to tak, jakby wyszła nago z domu. Stało się to już tak normalne, że uważała to za najbardziej właściwą rzecz na świecie.
Ze stoickim spokojem ruszyła do kasy. Luźna, wzbudzająca jej odrazę kurtka skutecznie zakrywała wszelkie wybrzuszenia. Dziewczyna skorzystała z kasy do bodajże pięciu produktów, bo w tych normalnych kolejki były niebotyczne. Patrząc tak na tych wszystkich ludzi, zachłannie ładujących zakupy do gigantycznych toreb pojemnością dorównujących workom z obrokiem, poczuła do nich coś w rodzaju dławiącej zazdrości. Wagony kiełbas, kilogramy chleba, tony słodyczy, całe hałdy owoców, hektolitry napojów - a połowę z tego wypieprzą do kosza albo będą wpierdalać na siłę, aż im wyskoczą żyły na tych tłustych, zalanych twarzach. Wodziła wzrokiem po zabawkach dla dzieci, kosmetykach, tuzinach jogurtów, i zasmuciła się. Zapłaciła, obdarzyła kasjerkę pełnym żałości uśmiechem, po czym smętnie powlokła się do wyjścia.
Ostre, jazgoczące wycie bramki magnetycznej werżnęło się jej w uszy. Potoczyła błędnie oczami, czując, jak całe jej ciało tężeje, jak miseczka galaretki, gdzie wsypano wór żelatyny. Nie mogła oddychać. Jej lędźwia chciały się skręcić od absurdalnego bólu. Spłoszona, cofnęła się. Podszedł do niej ochroniarz.
- Proszę się zatrzymać - usłyszała.
Miała wrażenie, że kark ma stary, zardzewiały i nienaoliwiony, i że jak obróci głowę, rozlegnie się ostre zgrzytanie zawiasów. Tak właściwie nawet nie widziała zbliżającego się mężczyzny - ot, rozmazana plam wśród wielu podobnych, kolorowych plam.
- Co tam pani ma? Jest paragon?
Świat jakby strzelił. Powróciła ostrość widzenia, dźwięk z całą mocą runął na uszy. Czuła na sobie wzrok wszystkich: kupujących, kasjerek. Widziała kątem oka, jak się wszyscy gapią...
Desperacko uchwyciła się tej deski ratunku, jaką było ostatnie pytanie.
- Zostawiłam... Ale tam może pani nie wyrzuciła... Już po niego idę - wyrzuciła z siebie na jednym wydechu.
Nie wiedziała, czy uda jej się uczynić choćby krok. Nogi miała niczym sparaliżowane, niczym ulepione z gówna, równie władne, co dwie dyndające ścierki. Intensywny, zbyt intensywny wzrok gapiów zdawał się zagęszczać powietrze i wydłużać przestrzeń, kiedy tak Dziewczyna kroczyła do kasy, która jak gdyby wcale się nie przybliżała. Paliła ją twarz, łzy kręciły się jej w oczach, ale najgorsze było to - łoskocząca w głowie jedna, natrętna myśl, szyderczo śmigająca po wnętrzu czaszki. Aresztują mnie, aresztują mnie, aresztują mnie...
Nie docierało do niej, co w ogóle robiła. Była bliska utraty przytomności albo histerii. Sięgając po paragon, drugą ręką oparła się o kawałek blatu przed kasą. Skąd w jej dłoni znalazł się nieszczęsny dezodorant? Nie wiedziała. Stuk odstawianego łupu usłyszano chyba w kosmosie. Wszyscy się gapili, może na nią, nie na ręce? Kasjerce zasłaniała kasa, Dziewczyna swoim ciałem ochroniarzowi. Odwróciła się. Myśli miała mętne.
Podała paragon.
- Najpierw plecak - zawyrokował ochroniarz, po czym dodał uspokajająco:- Jeśli nic się nie stanie, to najwidoczniej jakiś błąd. Potem przejdzie pani...
Przeszedł z jej plecakiem. Nic.
Z jego oczu można było czytać jak z książki. "Jak nie plecak, to masz coś gdzieś w kieszeni" - mówiły te oczy . "Nie wymigasz się. Koniec zabawy, złotko." Siląc się na opanowanie, przeszła przez bramkę.
Nic.
- Widocznie jakiś błąd...
Ale przez krótką chwilę te oczy, w tej poznaczonej pierwszymi zmarszczkami przestrzeni między wąsem a gęstymi brwiami, wyrażały co innego. Jakiś... zawód?, jak drapieżcy, któremu właśnie ofiara umknęła spomiędzy szponów. Mrugnięcie i stał przed nią reflektujący się mężczyzna:
- Proszę wybaczyć to wszystko, ktoś może wózkiem przejechał i zapikało, ale numer, ale panią nabawiliśmy stracha, najmocniej przepraszam - trajkotał, a jego słowa niezrozumiale przepływały jej przez uszy.
Jedynie skinęła głową i uśmiechnęła się krótko, bez wesołości. Nerwy wciąż miała boleśnie napięte. Wzięła z powrotem plecak i na odrętwiałych nogach ruszyła do wyjścia.
Dopiero na zewnątrz wypuściła powietrze i uświadomiła sobie, że cały czas je wstrzymywała. Następnie zaczerpnęła jego haust tak duży, że zawirowało jej w głowie. Udało się! Nie zatrzymywała się, ze strachu, że ktoś dostrzeże dezodorant (jakim cudem nikt nie zauważył?) i ją dogonią, i... i...
Nawet nie chciała o tym myśleć. Jak by zareagowali rodzice? Gdyby ją aresztowano? Wnętrzności skręciły jej się z przeogromnego wstydu. Tak blisko...! Zaczęły przechodzić ją dreszcze i o mało co się nie rozpłakała. Brzydziła się siebie. Dopiero z innej perspektywy dostrzegła oznakę swojego upodlenia. Co ja najlepszego robiłam?!
Wiedziała, że już tak nie postąpi. Za duże ryzyko. A jeśli znów powinie jej się noga? Tu miała fuksa, ba, to graniczyło z cudem. Nadal nie mogła w to uwierzyć.
Mijając targ, patrzyła na tych wszystkich ludzi i odczuła silniejszą niż kiedykolwiek zawiść. Grube baby, mające w tych zwalistych dupach o co najmniej osiemdziesiąt kilo za dużo, przymierzały obszerne futra, rozmiarami do złudzenia upodabniające je do gór lodowych. Babiszony świergotały przy tym kretyńsko, pindrząc się i poprawiając fikuśne bransolety i swoje starannie pokręcone włosy. Usta miały pomalowane oczojebnie czerwoną szminką, przez co usta te przypominały obrzydliwy, nabrzmiały, rozjechany srom albo dwa płaty surowej wołowiny. Widziała oczami wyobraźni te usta kłapiące, zamykające się z mlaskiem, wraz z sześćdziesięciodziewięcioma podbródkami, po których ściekał tłuszcz. Babusom towarzyszyli zburaczali, grubi faceci o pieczarkowatych od fajek nosach i pobrużdżonych twarzach, i paluchach jak salami, i brzuchach tak ogromnych, że idąc szczać, musieli gmerać pod tymi zwałami sadła, unosząc je. Pasowali idealnie do telewizora, piwa w jednej, a grubej kaszany w drugiej dłoni i zapuszczenia korzeni w sfatygowany fotel.
Nie oceniała po wyglądzie. Ale w tej chwili mierziło ją w tych ludziach wszystko.
Szła dalej. Zwiesiła głowę. Najzwyczajniej w świecie się bała.
... I już nie będzie więcej kradła. Nigdy.
Następnego dnia, po otwarciu lodówki, skąd pomachał jej pomarszczony, stary seler, musztarda i jedno jajko chlipiące z samotności, na zakupach nakradła tyle, ile zmieściło jej się do kieszeń i ile zdążyła w ramach przyzwoitości wcisnąć do torby.
***
Raz, jadąc pociągiem, usłyszałam pewną poradę uśmiechniętej dziewczyny, dla załamanego faceta. Porada ta, wypowiedziana pełnym współczucia, acz stanowczym głosem, zapadła mi w pamięć jak rozpalony do czerwoności nóż zagłębia się w ciepłe masło:
W każdym związku powinno zostawić się awaryjne 20%, na wyłączność, żeby w razie czego mieć do czego wrócić...
Och, jakże słusznie.