wtorek, 8 lutego 2011

... Pamiętasz?

Jest wczesnozimowy, mroźny dzień.
Gałęziami drzew nie porusza najlżejszy wiatr. Pokrywający je cienką warstwą zmrożony śnieg przywodzi na myśl niezwykle ostre ząbki jakiegoś zwierzęcia. Świeci ostre słońce, w którego promieniach wszystko skrzy się i mieni, i niekiedy błyśnie oślepiająco. Niebo jest cukierkowo niebieskie; gdzieś bardzo daleko nad horyzontem są jakieś chmury, podobne do błąkających się owieczek.
Nad drzewami przelatuje ptak. Podlatuje na parapet, gdzie ląduje, trzepocząc skrzydłami. Śnieg jest zbyt twardy, żeby zatrzeszczeć pod jego pazurami. Ptak toczy bezmyślnym, ptasim okiem, po czym, łypnąwszy w okno, wzbija się w powietrze.
Gdzieś w górze trzeszczy cicho śnieg. Gdzieś w dole pies gramoli się z przedsionka, zaspany, patrząc na skute mrozem podwórko.
- Pobawmy się w doktola!
Łazienka wyłożona jest białymi kafelkami. Umywalka jest biała, wanna biała, toaleta biała, kaloryfer w dziwacznym kształcie kilkunastu liter U jednej nad drugą - biały, kabina prysznicowa biała, pralka biała, kinkiet biały. Białe, białe, białe, jak gabinet dentystyczny albo wnętrze białej trumny.
Dywanik kąpielowy jest błękitny w pomarańczowe rozgwiazdy.
Obok niego leży skłębiony, puszysty, zielony ręcznik z naszytym niedźwiadkiem. Od tego ręcznika do umywalki ciągnie się mniej więcej pas rozsypanych plastikowych, fosforyzująco żółtych strzykawek, zabawki-stetoskopy, a nawet pielęgniarska czapka. Gdzieś na uboczu pluszowy kotek wytrzeszcza swoje czarne ślepia będące guziczkami. Jest jeszcze mały, kolorowy kocyk w Kubusie Puchatki, jeden z takich, w jakich kołysze się niemowlęta.
Na kocyku leży na brzuchu naga, 4-letnia dziewczynka.
Ma nieco pucułowatą, roześmianą twarz i nieskazitelną, prawie że bialutką skórę. Wesoło majta nogami. Na jednej ze stóp wisi jej do połowy założona skarpetka w paski.
- W lekaza! - powtarza nagląco.
Jej o 3 lata starszy braciszek robi niechętną minę.
- Nudne...
Usta siostrzyczki wykrzywiają się w przepełnioną żalem podkówkę. Demonstracyjnie opuszcza nogi, krzyżuje ramiona i wtula między nie twarz. Braciszek sięga po jej rękę, ale jedynie gwałtownie potrząsa głową.
- Doktol!
Brat przewraca oczami i mówi ze znudzeniem:
- Noo, dobra, ale potem w moje...
Dziewczynka z ożywieniem podrywa głowę i rozpromienia się, choćby słońce wychynęło zza chmur.
- Dobla!
Gorliwie rozpłaszcza się na podłodze, zaciskając dłonie w piąstki. Brat ze znudzeniem tak ostentacyjnym, że nieomal kondensuje się ono wokół jego głowy na podobieństwo zgniłozielonej chmury, podnosi zabawkową strzykawkę, po czym udaje aplikację zastrzyku. Dziewczynka wydaje pisk udawanego bólu, jednak przeważa podekscytowany chichot.
Oczy brata błyskają drapieżnie.
- To teraz moje.
Siostrzyczka ma już zbyt dobry humor, żeby oponować. Kiedy jej brat kładzie się na plecach i czyni zapraszający gest, siada na nim okrakiem. Ot, kolejna zabawa, nie przestaje się uśmiechać promiennie. Czuje pod nogami miękką, ciepłą skórę, na której zostawia wilgotne ślady. Ręce brata błądzą po jej ramionkach, jasnych pleckach, zaciskają się na pośladkach. Dziewczynka trzyma w ręce jedną ze strzykawek i bez przekonania kłuje brata jej końcem w pierś.
Trwają tak, kołysani ruchami chłopca. Wreszcie dziewczynka, znudzona nicnierobieniem i milczeniem złazi z brata, bawi się jeszcze chwilę strzykawkami, po czym ubiera się. Chłopiec idzie w jej ślady i już za chwilę oboje wychodzą z łazienki jakby nigdy nic.
Ale przecież nie jest ci to obce.
Ptak nastrasza pióra, po czym, łypnąwszy w okno, wzbija się w powietrze. Przelatuje nad drzewami. Niebo jest cukierkowo niebieskie; gdzieś bardzo daleko nad horyzontem są jakieś chmury, podobne do błąkających się owieczek. Świeci ostre słońce, w którego promieniach wszystko skrzy się i mieni, i niekiedy błyśnie oślepiająco. Gałęziami drzew nie porusza najlżejszy wiatr. Pokrywający je cienką warstwą zmrożony śnieg przywodzi na myśl niezwykle ostre ząbki jakiegoś zwierzęcia.
To był wczesnozimowy, mroźny dzień.

Ale był jeszcze inny, słotno jesienny, kiedy to deszcz bębni o szyby, nieustannie, nieubłaganie jak płynący czas. Stało się przed lustrem, szczotkując zęby, podczas gdy chłopiec pluskał się w wannie.
- A ja mam siuroka! - wykrzyknął tryumfalnie.
Spojrzało się na niego w lustrze, po czym odpowiedziało, opryskując je pastą do zębów:
- A esz.
Chłopiec wstał i wyprostował się dumnie, wypinając bardziej brzuch niż wątłą jeszcze pierś. Obserwowało się go w lustrze odbicie jego zapienionego ciałka, spod której to piany ledwie było widać powód jego dumy.
- Spójrz! Mam!
- Ja też. - Wypluło się pastę i przepłukało usta.
- Wcale nie!
- Jak nie? Mam! Ale zwiniętego.
Chłopiec zaczął chichotać i na powrót usiadł, rozchlapując tym trochę wody poza wannę. Zawsze się bawiło z nim, jak to nazywaliście, w Muliego i Buliego. Było się Mulim, byliście detektywami i skakaliście po dachach.
Było się Mulim, miało się zwiniętego siuroka i przez to nie można było sikać na stojąco. Nie myślało się o tym, że za parę lat będzie się nosić uwierający fiszbinami stanik.

Kolejny dzień emanował gorącem. Żar lał się z nieba. To był jeden z tych dni, kiedy słońce przywodzi na myśl sadzone jajko gotowe zsunąć się po niebie, powietrze faluje od żaru, a asfalt niemalże klei się do podeszew.
Ubranie także kleiło się do ciała, więc się je zrzucało i biegało nago po podwórku. Rozbrzmiewały chichoty, latały wiaderka, a wśród trawy wił się jadowicie zielony wąż ogrodowy.
Nie dostrzegało się spojrzeń sąsiadów, kiedy patrzyli na twoją gołą, podrygującą przy każdym podskoku dupę, tak jak samemu nie dostrzegało się przyrodzenia chłopca.

To, jaki był tamten dzień, nie ma większego znaczenia.
Znaczenie ma fakt, że dziewczyna płynęła, a dopływając do końca długości basenu, została złapana za cycka przez jakiegoś chłopaka.
Pamiętasz jej wrzask, jakby wybuchła wrzawa w klatce pełnej kolorowych, jazgotliwych ptaków, i bryzgi piany, i furię, z jaką wcisnęła napastnika pod wodę. I własne obrzydzenie, i odrazę względem chłopaka. No bo jak tak mógł?

I zgrozę, jaka cię ogarnia, ilekroć usłyszysz o przypadkach kazirodztwa.

***


Uprawię ekshibicjonizm umysłu:
Osobliwe -
dla wielu - nie wiem do końca, dlaczego - jestem godna podziwu za swój pozornie niezachwiany upór w walce z chorobami
przecież ludzkie granice (np. cierpienia) są bardzo elastyczne
dla innych jestem jakimś wzorem do naśladowania
dla innych jestem po prostu normalna

Aż w oczach jeszcze innych jestem jednostką skazaną na zagładę, tylko dlatego, że czytam książki
"będę ślepa i garbata, i umrę młodo, i jestem leniem, i powinno się mnie wytępić, jestem jednostką wadliwą"

Sama nie panimaju.

2 komentarze:

Dorota pisze...

Moja droga, Twoje wizje mnie rozbrajają, czterolatka z siedmiolatkiem, toż to nawet mój chory umysł przerasta :P

A kazirodztwo mnie jakoś nigdy aż tak nie ruszało, jeśli chodziło np o kuzynostwo. Nawet brata z siostrą da się przeżyć (nie mam brata, może to dlatego... :P). Jak ktoś chce, jego sprawa. Co innego, jak do tego dochodzi różnica pokoleń, wtedy.... no. Massakra.

Agata pisze...

Sama siebie zdumiewam :d

Ja się czuję jakoś nieswojo na myśl o... z bratem... nie. Ale racja, jak się słyszy, że kuzyni ze sobą czy cóś to nie brzmi to strasznie. Jednak jako siostra - nie... :d