piątek, 4 marca 2011

Sytuacje.

Powietrze przeszył donośny klakson. Kierowca samochodu, wychyliwszy się przez okno, rzucił parę przekleństw, przecinkując kurwami, pod adresem dwóch rozchichotanych dziewczyn, które podczas zawziętej dyskusji o kosmetykach prawie wlazły mu pod koła. Światła zmieniły się i nowy sznur samochodów ruszył z rykiem.
- Patrz na mnie!
Na chodniku, przed kamienicą, przykucnęła na oko dwudziestoparoletnia kobieta. Zafarbowane na sztuczny blond włosy spięła w przylizany, koński ogon. Właśnie szamotała się z kurtką małego chłopczyka, stojącego przed nią z kciukiem w buzi.
- Kurwa! - warknęła kobieta.
- Al...- głos chłopca był zalękniony.
- Morda! Ty zasrana, popierdolona gnido! - Chłopczyk znów usiłował się odezwać; szarpnęła mocniej za kurtkę.- Stul pysk!
Jej twarz mogłaby przy sprzyjającym świetle ujść za ładną, jednak w tamtej chwili wykrzywiał ją wyraz takiej wściekłości, wręcz nienawiści, że przypominała jakąś upiorną maskę. Matka zdawała się stąpać na cieniutkiej linie chroniącej ją przed upadkiem w sam środek ślepej furii.
- Ma... - zaczął chłopczyk drżącym głosem.
- Zamknij mordę, szmato! Patrz na matkę! - Szarpnęła ponownie, aż straciłby równowagę, gdyby matka nie trzymała go za poły kurtki.
Twarz dziecka stężała. Przez chwilę trwało zupełnie nieruchomo, jak posąg, zupełnie jakby wcale go nie dotykano. I w przeciągu chwili, na podobieństwo zmieniających się świateł sygnalizacji, jego twarz przybrała straszny grymas:
- NIE!!!
Od tego ryku niczym dochodzącego z najgłębszych czeluści piekieł, z gardzieli jakiejś piekielnej bestii dźwigającej na łbie chyba tonowe rogi, przechodnie zatoczyli się jak pijani, zatykając uszy. Rozległ się rozdzierający pisk opon, a po nim ten osobliwy trzask wgniatanych blach i huk aut składających się jak harmonijki, i jazgot tłukącego się szkła, które usiało jezdnię groteskowymi rozetami.
Dziecko rosło. Sylwetką przypominało już wielkiego goryla zbudowanego podobnie do trójkąta z dwoma krzywymi nogami. Kurteczka pękła. Niebiesko-żółta czapeczka z pomponem gdzieś upadła. Chłopiec, z dziko wytrzeszczonymi oczami i obnażonymi zębami, ponownie ryknął, aż zadzwoniły szyby - i jedno kłapnięcie, i krew trysnęła z przerwanych tętnic, i bezgłowe ciało matki osunęło się w drgawkach na chodnik.

Chciałabym móc powiedzieć, że tak się wydarzyło.

W rzeczywistości matka chlasnęła swoje dziecko w twarz, aż się rozpłakało, wyjąc jak syrena przeciwmgielna. Paroma gniewnymi szarpnięciami zapięła kurteczkę, porwała rączkę chłopca, po czym pociągnęła go za sobą. Skręcili za róg i wtopili się w tłum.

***

Czuła się świetnie.
Powinno jej lekko szumieć w głowie, wszystko wydawać się przyjazne, a obcasy stukać o chodnik. Tymczasem była w pełni trzeźwa, w wygodnych, wysokich trampkach i rozglądała się z ożywieniem. To był bardzo pogodny, ciepły wieczór. Było... po prostu ładnie. Lampy tak ładnie się paliły, niektóre szyldy tak ładnie zachęcały, ci nieliczni ludzie tak ładnie wyglądali, spacerując niespiesznie... Uwielbiała takie dni, takie chwile, kiedy dostrzega się to, co na ogół gdzieś umyka, niedostrzeżone w tym codziennym pędzie.
Szła dziarsko, przechodząc przez kolejne skrzyżowania. Otaczała ją taka miękka, przyjemna cisza, tylko niekiedy gdzieś przejechał samochód albo trzasnęły zamykane drzwi. Odetchnęła głęboko.
- Eej, pa-anienka!
Obejrzała się. W wejściu do kamienicy, którą prawie minęła, stało trzech chłopaków. Nawet gdyby stali w światle lamp, nie dostrzegłaby ich twarzy w cieniu kapturów.
- No choź! - I wybuchnęli śmiechem.
Poprawiła torbę na ramieniu i wydłużyła krok. No tak, zawsze te typki... Pocieszała się myślą, że tamci brzmieli na pijanych jak autobusy, więc w razie czego...
"W razie czego" nagle stało się czymś całkiem realnym, kiedy dobiegł ją tupot stóp za plecami. Bez namysłu puściła się biegiem.
Wystrzeliła na ulicę prosto pod koła jakiegoś starszego Opla. Gniewny klakson prawie ją ogłuszył, a reflektory chwilowo oślepiły. Uskoczyła sprzed maski, usiłując dostrzec cokolwiek przez ławice jasnych plam pulsujących jej przed oczami.
- Panienka! - usłyszała szydercze.
Z jej krtani wyrwał się niekontrolowany, piskliwy szloch. Powidoki znikły i odkryła z przerażeniem, że goniący ją znacznie zmniejszyli dystans. W panice pognała dalej.
Krew dudniła jej w skroniach, torba ciążyła niemiłosiernie, nawet buty zdawały się zmienić w ciężkie worki mąki. Gardło ją piekło. Wraz z kolejnymi haustami powietrza przełykała ślinę wraz z tym metalicznym posmakiem krwi. Nie mogła krzyczeć. Nawet o tym nie pomyślała. Cały umysł zdominowała jej jedna myśl: uciec.
Na łeb na szyję rzuciła się w uliczkę, którą kojarzyła - ale skąd? jak to? - wszystko takie... I zaraz wrzasnęła dziko. Gnały na nią cztery wielkie, czarne basiory.
Że w mieście...? - przemknęło jej przez głowę. W takich chwilach jakaś część świadomości zachowuje się jak narrator i patrzy na wszystko z boku, jeszcze umiejąc komentować.
Upadła. Skuliła się, już nieomal czując cztery szczęki zaciskające się na jej ciele i miotające nią niczym lalką, i szarpiące każda w inną stronę. Zamiast tego nadszedł podmuch wiatru, tupot łap, paniczne krzyki i przerażające warczenie. Wściekłe ujadanie jednego z psów ucichło i zastąpił je agonalny wrzask.
Zaryzykowała uniesienie głowy. Napastnicy miotali się z psami uczepionymi ich ciał, niczym groteskowe kukły w dłoniach epileptyka w trakcie napadu. Obok niej zachrzęścił żwir.
Stał nad nią ktoś okutany w ciemny płaszcz, w kapeluszu z rondem, milczący.

Chciałabym móc powiedzieć, że tak się wydarzyło.

W rzeczywistości potknęła się i wyrżnęła głową w coś twardego. Chwilę toczyła się po żwirze, zdzierając sobie skórę z rąk. Ogłuszona, poczuła, jak zaraz chwytają ją czyjeś ręce, obracają na plecy, jak...
Gwałcili ją tak długo, że szybko stłumione ciosami krzyki uwięzły jej w gardle. Posuwali ją ostro, brutalnie, sapiąc jak nosorożce, a ona płakała.

***

Gdzieś ratownicy walczyli o życie pewnego dwudziestolatka, reanimując go pośrodku ulicy.
Gdzieś ktoś balansował na stołku, z pętlą na szyi.
Gdzieś toczyła się śmiertelna walka nad rozciętym brzuchem rodzącej kobiety.
Gdzieś ktoś uciekał przed mordercą.
Gdzieś czworo puszystych, malutkich kociąt garnęło do siebie w plastikowym worku, do którego zaraz wlała się woda.
Gdzieś komuś spłonął dom.

Chciałabym móc powiedzieć, że wszystko to zakończyło się dobrze.

Dwudziestolatek przeżył, niedoszły samobójca ze łzami w oczach zdjął pętlę z szyi, zarówno dziecko, jak i matka przeżyły, morderca nie tylko nie dopadł ofiary, ale i został aresztowany, ktoś akurat znalazł kocięta, a pogorzelec otrzymał pomoc z każdego możliwego źródła, wiecie?

Bo cuda się zdarzają.
Spójrz na to, co masz pod nogami :)

***

"Przez tydzień posuwali się w milczeniu, rozmawiając jedynie o tym, jak zachować niezbędne środki ostrożności..." - czyli Paulo Coehlo vs. Agatka

2 komentarze:

Madzia pisze...

Kurka wodna, a serce mi do gardła podeszło, dziękuję, madmłazel...

Cuda się zdarzają, ale czasem tak trudno w nie uwierzyć...;)

Pisz dalej, podoba mi się Twój płód, chociaż wcale nie jest martwy:D

Dorota pisze...

*patrzy od nogi* Kapcie? Skarpetki? :PP

A serio, to fajny płód, taki... refleksyjny, no i ta sentencja Coelho - miodzio ;D