Nie potrafiła określić, czy to jakieś deja-vu, czy tylko figiel spłatany przez umysł, ale całe jej Ja - począwszy od pomalowanych na śliwkowy kolor paznokci palców u stóp, poprzez nogi porośnięte króciutkimi, sztywnymi włoskami, nieco wystające biodra, cycki podtrzymywane przez nieśmiertelny, różowy stanik w kurczaczki, aż do nieco ulizanych ciemnych włosów z przedziałkiem tak równiutkim, że choćby uczesanym z chirurgiczną precyzją - mówiło, że to kolejny raz. Uczucie zdawało się wibrować w mięśniach i rozlewać po ciele, jakby całe mrowisko dreptało jej tuż pod skórą, ni to kłując, ni to smerając.
Uczucie było w każdym razie diabelsko nieprzyjemne. Podniosła się jeszcze bardziej, do siadu, podciągając kołdrę.
Pokój był pusty. Otwarte drzwi tworzyły oślepiająco biały prostokąt światła, wyłaniającego z ciemności szare ściany i sylwetki różnych dupereli porozwalanych po podłodze.
Wiedziała, że to już kiedyś było. Idealnie powtarzając przeszłość, wykonała ten sam ruch, żeby podciągnąć nogi do piersi i jeszcze bardziej zasłonić się kołdrą, jakby te parę centymetrów pierza między dwoma warstwami szmat stanowiło jakąkolwiek przeszkodę. I doskonale pamiętała, jak wtedy pomyślała to samo co teraz - jak teraz pomyślała to samo co wtedy - "przed czym?"
Dreszcze z przeszłości przebiegły po jej plecach, te lodowate nóżki mrówek.
Nadchodził.
Tego nie wiedziała w przeszłości, wtedy było tylko przeczucie. Teraz to wiedziała, bo to było to. I lodowata łapa strachu ścisnęła ją za gardło, na chwilę pozbawiając oddechu.
Obróciła głową, aż zafurkotało. Nie zauważyła niczego, co nadawałoby się do obrony, zresztą - nawet dysponując morgensternem czy bazooką miała równie duże szanse, co miotacz ognia wobec fali tsunami. Było jej już gorąco z narastającego przerażenia. Ile miała czasu? Wyskoczyła z łóżka, wciąż kurczowo przyciskając kołdrę do piersi i potykając się o nią. Zmrużyła oczy przez światłem. Zamarła.
W bieli zaczął rysować się jakiś kształt, zarys sylwetki.
Z krtani wyrwał się jej tłumiony szloch i odrzuciła kołdrę, i rzuciła się ku wyjściu.
Światło ją oślepiło (dlaczego?), z wręcz jakimś hukiem. Widziała tylko biel pełną plam powidoków. Zatoczyła się jak pijana. Nagle, ze zgrozą uświadomiła sobie, że postać nabiera kształtów, rośnie, zbliża się... Z cichym okrzykiem odepchnęła się ręką od ściany i rzuciła w prawo, schodami w dół.
Liczyły parę stopni, a mimo to biegła i biegła, i biegła. Rozciągały się w nieskończoność. Zaryzykowała rzut okiem w tył - i wrzasnęła, bo to stało na szczycie schodów, zaledwie kilka schodków od niej. Złapała za poręcz, która drgnęła pod jej ręką jak wąż prężący się do skoku.
Wszystko falowało. Ściany wybrzuszały się. Poręcz wypuszczała pędy, pnące się po tych ścianach, wijące i chłoszczące powietrze. Czuła schody, jak zaczęły podrygiwać pod jej stopami. Wydało jej się, że czuje chłodny podmuch na plecach - zapiszczała histerycznie - po schodach przeszła fala, jakby ktoś strzepnął dywan - i już straciła równowagę - huk - głowa pulsowała jej tępym bólem, a krew z rozciętej brwi zalewała oko. Wszystko wokół ryczało, jak jakiś cyklon, ale mimo to usłyszała niespieszne szuranie z tyłu. Na oślep rzuciła się do ucieczki.
Korytarz skręcał się w klepsydry, zdeformowane trójkąty i kształty zbyt niedorobione, żeby dało się je w ogóle określić. Podłoga kłębiła się już tak jak kołdra podczas dzikiego seksu. Ona sama miała wrażenie, że biegnie na szczudłach, jej nogi wydłużają się, stają się pałąkowate, a ona pokraczna i pająkowata. Serce waliło jej młotem, a dudnienie krwi w skroniach nieomal zagłuszało otaczający ją wszechryk.
Po podłodze przemknęła fala, ścinając ją z nóg. Nagle zapadła cisza, jakby wsadziła głowę pod wodę.
Była w jakiejś komnacie. Pokoju. Pieprzyć to. Deski podłogi pokrywał kurz, a odległe, brudne ściany - zacieki i strzępy pajęczyn. Przetoczyła się na plecy.
Stało w progu, czarne, milczące i tak złe, że samo to zło zdawało się kondensować nad tego głową jako czarna chmura.
Zaczęła wrzeszczeć, tak głośno, żeby zagłuszyć cały swój strach, swoje myśli, zedrzeć sobie gardło, wypluć swoje wnętrzności, zacząć się wić orać paznokciami twarz wszystko byleby nie patrzeć na to nie być tu nie widzieć nie słyszeć nie czuć o mamo proszę ja nie chcę pomóż ucieczka desperacko potoczyła oczami - ściana - ściana - ściana - sufit - z fotograficzną dokładnością odnotowała siatkę pęknięć na suficie w jednym z rogów, wstrząsnął nią dreszcz, a z oczu polały się strumienie łez nie błagam nie.
- - zawyła dziko.
Wiedziała, że to był już koniec, jednak nie umiała powstrzymać łez. Kształt zaczął zanikać, rozwiewać się i nie minęła chwila, jak nie zostało już nic. Wybuchnęła jeszcze bardziej rzewnym płaczem, ulgi.
Siedziała w fotelu, czytając książkę. Obok ojciec leżał na kanapie z laptopem na brzuchu, zawzięcie wystukując coś na klawiaturze. W pewnym momencie rozległo się jakby dzikie "biioong!". Wychyliła się z fotela, sięgając ponad ramieniem ojca do klawiszy i wcisnęła kombinację alt, control i delete.
- Jakiś błąd - stwierdziła.
I faktycznie, pojawił się komunikat o wystąpieniu błędu. Ojciec kliknął "ok".
Po chwili znów rozległ się ten dźwięk i machinalnie, nie odrywając wzroku od książki, powtórzyła czynność. Okienko znikło.
BIIOONG - to zahuczało jej w głowie, tak głośne, że zdawało się wypełniać cały świat. Zauważyła komunikat o błędzie przed sobą.
Alt + ctrl + del - pomyślała. Pojawiły się prostokąty z "ok" i "anuluj", więc wcisnęła "ok", i okienko rozpłynęło się. Lecz zaraz znów przed nią zawisło.
- O - powiedziała na głos. Jej ręka jakby sama się uniosła i wdusiła niewidzialne klawisze zawieszone w powietrzu. Komunikat zafalował i także znikł.
Poczuła pierwsze ukłucie strachu. Na powierzchnię jej świadomości wypłynęła pewna myśl, tak jak z toni wynurzają się zwłoki topielca. Nie, nie może być.
BIIOONG! - to zadygotały szyby w oknach, a wazony popękały z ogłuszającym trzaskiem. Odłamki gruchnęły o ściany, rozbijając się w pył. W jednym momencie wyskoczyło kilkadziesiąt komunikatów opatrzonych ogromnym "Error". Otoczyło ją morze iksów. Krzyknęła. Zaczęła rozpaczliwie wduszać przycisk "ok", jednak okienek ciągle przybywało, aż zaczęła się dusić. Rozejrzała się za "anuluj" - dwa razy "ok" obok siebie, jako jedyne opcje, połyskiwały szyderczo.
BIIOONG! - to eksplozja dźwięku. Następnie cały wszechświat jakby zwinął się w pięść i wstrzymał oddech. Krzyknęła.
Obróciła się z trudem, jak gdyby poruszała się w gotowanym kleju. Drzwi od toalety naprzeciwko zadygotały. I następnie, jakby jakaś olbrzymia siła usiłowała je wypchnąć, stęknęły żałośnie. Ze zgrozą patrzyła, jak od framugi po ścianie rozpełza się siatka drobnych pęknięć. Drewno zatrzeszczało, po czym zajęczało przeraźliwie. Jeszcze jedno udręczone stęknięcie i czas, i dźwięk jakby powróciły. Klamka razem z zamkiem wystrzeliła, przeleciała przez pokój z dzikim wiizgiem i zadzwoniła o ścianę, odłupując jej kawałek.
Stało w progu, oblane ze wszystkich stron rażąco białym światłem.
Wrzasnęła.
Stała pośrodku gruzów. Wiatr zawiewał jej brudne, zlepione włosy na twarz. Na kamieniach leżał komputer. Podeszła do niego, po czym z wahaniem włączyła monitor. Maszyna sapnęła, monitor mignął raz i zgasł.
Osunęła się na ziemię i zapłakała z ulgą. To już koniec.
***
Obudziła się w środku nocy, zlana potem i owinięta kołdrą tak ciasno, jak mumia bandażem. Miała wrażenie, że w brzuchu kłębią jej się żywe węże, usiłujące przebić się przez skórę na wolność. Chwyciła brzeg kołdry w zęby, usiłując stłumić wzbierający jej w gardle jęk bólu.
Ten ból brzucha czuła jako -2x^2 - 2x + 4.
Lun zamieszała łyżeczką i patrzyła chwilę na wysepkę piany wirującą na morzu kakao. Następnie uniosła wzrok, obserwując brata krzątającego się przy blacie. Nie - nie krzątającego się, to określenie dla bab w kraciastych fartuchach. Raczej się miotał. Krojenie chleba było dla niego procesem niezwykle zaawansowanym, więc z wyrazem nabożnego skupienia na twarzy walił bochenkiem o deskę, chcąc przepchnąć tkwiący w połowie jego grubości nóż na drugą stronę.
Lun zachowała milczenie, dopóki nóż nie huknął o deskę do krojenia, a bochenek wyskoczył w powietrze jak wielka ryba, bryzgając chmurą okruchów i uderzył o ziemię:
- Zachowujesz się jak ciota.
Odwarknął coś pod nosem. Ostatnio miał stale muchy w nosie. Ze znużeniem znowu zamieszała łyżką.
Wodziła wzrokiem za Hurzbem, jak z namaszczeniem posmarował kromkę twarożkiem. Następnie przygotował sobie herbatę, jak zwykle znacząc blat brązowymi okręgami spod dna kubka. Z rozmachem otworzył szafkę i wyjął talerz.
Lun, siląc się na spokój, ugryzła bułkę z masłem orzechowym. Wręcz namacalnie czuła zawistne spojrzenie Hurzba wwiercające się to w nią, to w bułkę.
- Kurwa! - wybuchnął, z hukiem stawiając talerz na stole.
- Zamknij się.- Spojrzała na niego krzywo.
- Wkurwia mnie to już - warknął. - Ciągle muszę takie gówno jeść, a ty...- Bezsilnie machnął ręką i wlepił w bułkę spojrzenie pełne żądzy mordu, jakby to pieczywo wyrządziło mu jakąś osobistą przykrość.- Czemu mam taki zjebany brzuch?
Lun westchnęła.
- Człowieku. Weź się uspokój.
Przechodziła ostatnio przez to co dzień. Człowiekowi, który zawsze miał końskie zdrowie, nagle coś zaczęło się dziać z trawieniem. Panika, lament, płacz - żaden logiczny czy nawet nielogiczny argument nie był w stanie przebić się przez kokon zaślepienia i strachu Hurzba. Na nic powtarzanie, że to nic poważnego, że minie, że dieta, że inne pierdolniki, nie -
- Jak mam się uspokoić, jak może ja mam raka w żołądku!
- Tak, od razu dwa.
- Nie śmiej się, skąd wiesz!
- To idź do szpitala.- Lun hardo odwzajemniała jego rozwścieczone spojrzenie.
- Ale ja wiem, skąd to mam!
- Taak, wiem. - Wywróciła oczami. Nie omieszkał jej tego przypominać średnio dwa razy dziennie.- No to musisz się teraz wyleczyć i będzie dobrze.
- Nic mi nie pomaga!
Hurzb dyszał jak rozjuszony nosorożec. Usiadł tak ciężko, jakby chciał wgnieść sobą taboret w podłogę. Jego twarz przypominała jakąś upiorną maskę.
- Dlaczego nie zaczniesz od tego, że to coś błahego - zauważyła po raz nie wiadomo który.- Ale nie - ty masz raka. Ty chyba chciałbyś go mieć. Przynajmniej byś wiedział, co ci. Jesteś powalony.
Powróciła do swojej bułki. Po chwili spostrzegła, że Hurzb ani drgnął. Zwiesił głowę, gapiąc się na swój brzuch. Lun poczuła pierwsze ukłucie złości.
- Jak będziesz się tak nad tym skupiał, to nigdy ci to nie przejdzie. Weź się zajmij czym innym.
Nie chodziło o to, że miała to wszystko w dupie. Wręcz przeciwnie, doskonale rozumiała, jak się musiał czuć; swoje przeszła. Ale to histeryzowanie wytrącało ją z równowagi.
- Jak? - odburknął - No, jak?! - Uniosła brwi.- A jeśli mam dziurę w jelitach i wszystko przez nią wypływa, i się gromadzi, i w końcu mi brzuch pęknie?
Zamrugała. Hipotetyczny rak mógł się przy tym schować.
- No tak - powiedziała grobowym głosem.- Masz dziurę w jelitach.
- A skąd wiesz, że nie? - zaperzył się.
- Dziurę to ty masz tu - tu przyłożyła palec do skroni - i ci przez nią mózg wycieka. Człowieku, cholera, posłuchaj sam siebie! Dziura, no ja cię nie mogę!
I zajęła się śniadaniem. W myślach zaczęła liczyć, usiłując się opanować. Wzburzenie huczało jej w skroniach. Czuła się jak wersalka, której przedstawiono ideę zostania czajnikiem. Nie wierzyła, że to, co słyszała, miało miejsce naprawdę.
- Gówno się znasz - stwierdził Hurzb.
Kolejna minuta upłynęła w ciszy. Lun kątem oka obserwowała brata, jak jadł kromkę, z miną, jakby żuł żwirek z kuwety. W pewnym momencie przycisnął sobie dłoń do piersi i...
- Kurdę, boli mnie to serce.
- Może to nerwoból - odparła automatycznie.
- Czytałem na jednym forum o takim jednym gościu, co miał podobnie, też mu było duszno i potem umarł.
- Aha.- Lun z kamienną twarzą patrzyła w ścianę.- Szybko umarł?
- Nie no, gdzieś po miesiącu.
- Spoko.
Następne słowa Hurzba sprawiły, że rozpyliła kakao na ścianę i zaczęła się krztusić.
- Wiesz co, a jeśli ja mam dziurę w płucach?
Lun kaszlała szaleńczo. Kiedy zdołała się nieco uspokoić, z czerwoną twarzą i łzami cieknącymi jej z oczu, wystękała:
- Dziurę... w płucach...?
- No - ciągnął Hurzb z narastającym lękiem.- I jak mi się jeszcze zerwie serce i wypadnie przez tę dziurę do żołądka, i się spali w tym kwasie...
Patrzyła na niego z niedowierzaniem. Po chwili wybuchnęła spazmatycznym śmiechem, aż się popłakała i rozbolał ją brzuch. Widząc jednak, że Hurzb ani drgnął, parsknęła:
- Sobie chyba ze mnie jądra robisz.
Niezachwianie uparty wyraz twarzy Hurzba świadczył jednak o czymś innym. Oniemiała, Lun usiłowała odzyskać głos.
- To jest możliwe. To by tłumaczyło nacisk i duszność, i ten ból - mówił przestraszony Hurzb.- Boże, wszystko przez ten pieprzony żołądek...
Wcale już nie przypominał młodego faceta, który tłukł bochenkiem chleba o deskę. Jak gdyby uszło z niego powietrze; zszarzał na twarzy i zwiotczał.
- Człowieku - wychrypiała wreszcie Lun.- Ty tępa pało. Jak... Co... - Dziko potrząsnęła głową. - Ty w to nie wierzysz. Nie...- Złapała się za włosy i wrzasnęła:- To brzmi jak scenariusz do jakiegoś tandetnego science-fiction! To też na forum wyczytałeś?
Patrzył na nią z uporem. On w to wierzył. Widziała strach czający się w jego oczach. Uśmiechnęła się, licząc, że on odwzajemni gest i się roześmieje, i ją wyśmieje, że dała się tak nabrać, i zacznie na powrót choćby biadolić o wyimaginowanym raku.
Zrywające się serce. Dziury. Nie. To jakiś kiepski żart.
Nie. Znów przycisnął dłoń do piersi, jakby wsłuchując się w jakiś wewnętrzny rytm.
Serce dyndało na postrzępionej tętnicy, niekiedy wstrząsane jakimś spazmem. Był to smętny widok: obracało się z wolna, jak kurek na dachu, ociekające jakąś mazią, całe zwiotczałe i jakby bezsilne. Każdemu ruchowi akompaniowało przeraźliwe skrzypienie.
Oko obserwatora podąża w dół. Buchają kłęby jakichś zielonkawych oparów, które rozwiewają się z wolna i ukazuje się ogromna rana, której brzegi zieją mięsem. Widać w niej ryczące zwały cieczy, furiacko kłębiące się i walące o brzegi.
Serce dygocze. Nagle rozlega się upiorny trzask i tętnica pęka - wrzask dzikiego przerażenia wstrząsa ścianami, a potem jest już tylko donośny plusk i ten chlupoczący odgłos ssania, jak przy wyjmowaniu z błocka nogi zanurzonej w nim do połowy. Pojedyncze bąbelki znikają z powierzchni i skłębiona ciecz szaleje dalej, jakby nigdy nic.
Lun potrząsnęła głową, usiłując opędzić się do nachodzących ją myśli.
Poczuła się, jakby ktoś jej umarł.
Wniosek: powinnam zacząć cierpieć na bezsenność. Tak będzie bezpieczniej dla społeczeństwa.
2 komentarze:
Coś takiego Ci się śniło, czy co? Cóż, jeśli tak, to chyba przebiło mój sen o oczekiwaniu na przeszczep serca, albo innych ciekawych rzeczach xD Wniosek: podświadomość gupia jest czasem :P
Dorota :)
... Szejm on mi, ale tak :d Myślę, że Freud miałby wiele do powiedzenia na temat naszych snów :d
Prześlij komentarz