Miał dosyć długie, kręcone włosy i dziwnie za duże, migdałowate oczy. Był pozornie opalony; pozornie, bo z bliska można było dostrzec, że to całe kolonie piegów tworzyły na jego twarzy jedną wielką, brązową plamę.
Chłopiec żuł gumę do żucia, siedząc na parapecie i dyndając jedną nogą. Stukał przy tym przetartym, brązowym butem o kaloryfer.
Si przyglądała mu się zza szyby już od pewnego czasu. Nawet nie wiedziała, dlaczego. Tylko się rozglądał i co jakiś czas strzelał z gumy do żucia. O ile mogła ocenić, bez specjalnego zainteresowania, ale też bez znużenia.
W końcu zatrzymał na niej wzrok na dłużej i ześlizgnął się z parapetu. Odczuła jakiś dziwny niepokój. Przypomniał jej... coś.
Podszedł do drzwi, więc je otworzyła przed nim.
Widziała odbijające się w jego oczach ścianę przeszkloną ogromnymi oknami i nieruchomą taflę wody. Wszystko było tak... ciche, nieskazitelne, skąpane w tym mlecznym blasku, kiedy niebo jest jednolicie szare, ni to nie ma słońca, nie chmur i kiedy zdaje się promieniować, jak jarzący się ekran.
Chłopiec stał i patrzył. Si nie potrafiła określić, czy z podziwem, czy z pogardą.
- Czego szukasz? - zagaiła.
Rozchylił usta w zagadkowym uśmiechu i zauważyła szparę pomiędzy jego przednimi zębami. Dopiero po krępującej chwili skierował na nią beznamiętny wzrok. Ponownie naszło ją to nieprzyjemne uczucie.
- Lubię tę ciszę - powiedziała, chcąc zapełnić milczenie.- Jak jest tak pusto. Fajnie tak.
Nawet nie dał po sobie poznać, że ją słucha. Powrócił do wodzenia wzrokiem po wodzie, ławkach, kafelkach. Bezwstydnie prześlizgnął oczami po całym ciele Si. Kiedy znów na jego twarz wpełzł nieodgadnięty uśmiech, odkryła, że bynajmniej nie ma związku z wesołością; bardziej przypominał skurcz wywołany bólem brzucha. Zaczynała się denerwować coraz bardziej.
- Zgubiłeś się? - zatrajkotała już trochę nerwowo.
Znowu tylko spojrzenie - i nagle na powierzchnię jej świadomości przebiła się groteskowa myśl. On ma takie martwe oczy. Takie puste. Jak dwa guziki. To było tak upiorne, że nie mogła powstrzymać dreszczu, jaki ją przeszedł.
Nerwy napięły jej się tak, że prawie odczuła fizyczny ból. Chłopiec dalej żuł gumę, wodząc beznamiętnym wzrokiem. Zrobił balona, strzelił i żując, zerknął na Si.
Widziała, jak zbladł. Oczy rozszerzyły mu się i gwałtownie nabrał powietrza. Jednocześnie usłyszała niski, wzbierający jakby huk i krzyknęła cicho. Woda wystąpiła z brzegów.
To nie było tak, jakby wybuchła podwodna bomba albo wytrysnął gejzer. Nie bluznął żaden słup wody. Nie było nawet fali. Nawet nie rozstąpiła się jak przed Mojżeszem. Po prostu nagle wszędzie sięgała gdzieś do poziomu kostek i w błyskawicznym tempie zaczęła się wznosić. Si czuła, że jest ciepła, jak normalna woda w basenie - patrzyła, jak wspina się po jej nodze, nieruchoma jak lustro - widziała siebie, pochyloną, z twarzą wykrzywioną przerażeniem - i chłopca, który otworzył usta do krzyku.
Wrzask uderzył ją z siłą rozpędzonego nosorożca. Dosłownie wwiercał się w uszy i dzwonił zębami, i nie wiedziała, czy mózg nie wypłynie jej przez to uszami, a gałki oczne nie eksplodują. Sama zaczęła drzeć się jak opętana, woda sięgała już kolan, nieruchoma zero kręgów obłapiająca tak nieskazitelna nawet nie zauważyła, kiedy chłopiec przestał krzyczeć. Stał przed nią, zasmarkany, zapłakany, tak zrozpaczony, że aż oprzytomniała.
- ...j! - wydusiła z siebie i porwała go za ramię.
Od zamkniętych drzwi dzieliły ich ze dwa metry. Jeden krok - i woda już sięgnęła jej koszulki. Kolejny rozpaczliwy, ciągnący się w nieskończoność sus - sięgała szyi. Głowa chłopca raz drygnęła ponad powierzchnią i zniknęła. Z krtani Si wyrwał się rozpaczliwy szloch. Następnie zachłysnęła się, kiedy pochłonęła ją woda.
Dopadła drzwi i czując się, jakby biegła przez kisiel, pchnęła je. Uszy wypełnił jej głuchy huk, a potem chlust, kiedy woda bluznęła na zewnątrz. Dziewczynę ścięło z nóg. Czuła się, jakby urodziła się ponownie, a w tej chwili naokoło niej chlustały wody porodowe.
Chłopiec żuł gumę do żucia, siedząc na parapecie i dyndając jedną nogą. Stukał przy tym przetartym, brązowym butem o kaloryfer. Chwilę przyglądała się mu z żywym zainteresowaniem, po czym podeszła.
- Cześć - zagaiła dziarsko.
Uśmiechnął się lekko, kącikiem ust. Dostrzegła, że jakby starał się skrupulatnie omijać kawałek przestrzeni, jaki zajmowała, więc odwzajemniła uśmiech, chcąc dodać mu otuchy.
Zaczęła coś tam opowiadać. Jak to lubi tu przychodzić, bo fajny klimat, fajne miejsce, fajne ludzie. Był małomówny, ale jej to nie przeszkadzało. Coś ją w nim intrygowało. Choć na nią nie patrzył, jedynie żując gumę, wiedziała, że chciwie chłonie jej słowa. Sprawiał sympatyczne wrażenie i w sumie chciałaby się czegoś o nim dowiedzieć.
W końcu na nią spojrzał i uśmiechnął się ponownie, jakby zakłopotany. Zbiło ją to nieco z tropu. Czy miała coś nie tak z twarzą? Ubrudziła się? Wizja monstrualnych rozmiarów plamy na bluzce albo oczu upodabniających ją do pandy momentalnie zbiła ją z pantałyku. Zerknęła w dół.
Jej włosy rosły.
Wiły się w jakiś dziwny, wręcz orgiastyczny sposób. Jak normalnie sięgały jej ramion, tak teraz sunęły gdzieś już w połowie pleców. Jak mogła tego nie poczuć? Z niedowierzaniem zanurzyła w nich dłoń. Takie grube, miękkie, sprężyste i...
- Przepszam - bąknął chłopiec.
Włosy poruszyły się. Czuła ich wężowe sploty prężące się jej pod palcami.
- Nie ciałem - trajkotał nerwowo.- Tak mam już.
Spojrzała na niego pytająco. Zamachał rękami niczym wiatrak, nie mogąc się wysłowić.
- No. Że wszystko...- Wbił w nią błagalne spojrzenie.
Włosy ciężką, wijącą się kaskadą spływały Si już po tyłku. Czuła, że zrozumiała.
- Rośnie?
Gorliwie przytaknął, ale jego entuzjazm od razu opadł, jakby ktoś spuścił z niego powietrze.
Si popatrzyła na niego chwilę, z namysłem, po czym odstąpiła o krok w tył. Włosy znieruchomiały. Jeszcze jeden krok - powoli zaczęły się zwijać, nie, kurczyć, cofać.
Krok do przodu i zatrzymały się, ale jakby czuwały. Wyczuwała ich delikatne drżenie, jak trącanie trzepoczącymi skrzydełkami maleńkich muszek. Jeszcze jeden do przodu i na powrót rozpoczęły swoją lubieżną wędrówkę w dół jej ciała. Si wybuchnęła gromkim śmiechem.
Chłopiec patrzył na nią z zakłopotaniem.
- Na serio wszystko rośnie? - wyparskała pomiędzy kolejnymi falami dzikiego chichotu.
Ostrożnie kiwnął głową.
- To może mi przy tobie biust urośnie! - zaśmiała się, po czym porwała go za rękę.
***
Gdyby istniało piekło, wyglądałoby tak, jak dzisiejsze chmury.
Niebo było niebieskie, tak, jak tylko niebieskie może być niebo. Choćby ktoś odpalił Painta i wybrał idealnie niebieski kolor. To niebo nie było błękitne, szare, sraczkowate - było opalizująco niebowate.
Na tle tego nieba przemknęło stado ptaków.
Tam, tam na niebie zawisły chmury. Dosłownie sprawiały wrażenie, jakby jakieś monstrualne, cyklopiczne, nieziemskie łańcuchy z drżeniem utrzymywały je w górze. Były zwaliste, zdające się ciągle piętrzyć ponad sobą, jak atomowy grzyb. Jak pyły buchające z wulkanu. Jak eksplozja.
Milczały. Wisiały ciężko. W sumie to można by pomyśleć, że buczą cicho. Wszystko było w w miarę w porządku, gdyby nie ich kolor. Wyglądały, jakby od środka rozświetlał je jakiś piekielny blask. Taki kolor miał ogień, pożoga, krwawy zachód słońca.
Milczały, gotowe runąć w dół. Rozrastały się, potężniały. Czarne sylwetki ptaków na ich tle wyglądały jak mrówki, w których mrowisko wetknięto kij.
Taki kolor miało piekło.
***
- Coś ty powiedział?
Kerg spojrzał groźnie na stojącego przed nim kurdupla, któremu dawał na oko góra dwanaście lat. Niedorostek był trochę gruby, miał szparę pomiędzy zębami, a aktualnie jeszcze mokre koła od potu pod pachami i brudne od trawy kolana.
- Że stąd idźcie - powtórzył śmiało tamten.- Chcemy grać.
I jakby wcześniej nie popierał tego stosownym przykładem, po raz kolejny wskazał na bandę obdartych chłopaczków za sobą, którzy podszczypywali, poszturchiwali i podśmiewali się między sobą. Jeden z nich, z upiornie równym przedziałkiem na głowie i w koszulce upieprzonej czymś, co wyglądało jak ptasie gówno, trzymał pod pachą piłkę.
- Koleś - odparł Kerg z wyższością.- Mam to w dupie.
- Do dupy to ty sobie możesz wsadzić swojego - kurdupel zripostował bez cienia lęku - i się wydupczyć.
Siedząca na kolanach Kerga Ine była gotowa stąd iść, bo po co tacy gówniarze mają się na nich gapić? Było dużo o wiele lepszych, bardziej przytulnych miejsc niż boisko. Poza tym jej Kerg był bardzo sympatycznym człowiekiem, nie licząc chwil, kiedy coś go wytrącało z równowagi, co miało miejsce właśnie teraz. W takich momentach mimowolnie napinał mięśnie, które skakały mu pod skórą jak ziarnka suchego grochu na kijku, a szczęka zaczynała lekko drżeć.
Kompani małego tłuściocha zagwizdali z podziwem, i zarechotali w dzikiej uciesze.
- Dobrze - warknął Kerg. Można by prawie odczuć, jak temperatura powietrza, mimo okrutnie smażącego słońca, spadła o parę stopni. Spojrzał z powagą na Ine:- Poczekaj chwilkę.
Ześlizgnęła się z Niego. Kerg wstał - olbrzymi, nabrzmiały i pulsujący. Wśród niedorostków podniosły się pełne zgrozy okrzyki. Oczy chłopca powiększyły się jak spodki. Ruszył z kopyta, butami ryjąc żłobki w ziemi, jednak Kerg już go dopadł.
Jego kutas zaświszczał w powietrzu i załomotał po głowie, i ramionach chłopca. Kerg był bezlitosny. Okładał niemiłosiernie, wywijając swoim kutasem jak pejczem. Chłopiec w jakiejś panice sięgnął nawet po swojego - nie zdążył - chlast!, kutas rypnął go w rękę, aż młokos zawył z bólu. Skulił się i osłaniając głowę, i miotając bluzgi, zaczął uciekać jeszcze szybciej. Kerg gonił go, dalej grzmocąc kutasem. W końcu zadał ostatni, potężny cios przez nerki, aż z krtani chłopca wydał się niedookreślony, babski pisk i pozwolił tamtemu zwiać. Zdyszany, ale i Prężniejący z dumy, wrócił do Ine.
- Jesteś wspaniały - powiedziała z oczami błyszczącymi podziwem.
Po czym wskoczyła na niego, oplatając go nogami, a on schował swój oręż do pochwy.
0 komentarze:
Prześlij komentarz