Gdyby smutek istniał fizycznie, właśnie materializowałby się nad głową tego pana w postaci siwej, ciężkiej chmury. Spowijałby tego pana na podobieństwo rozwścieczonej, najeżonej kolcami bańki, warczącej i gotowej chapnąć każdego, kto podszedłby za blisko w zbyt pogodnym nastroju. Naturalnie, ten pan sam nie neguje cudzego szczęścia.
Jest taki smutny.
Nosi smutną, prostą, szarą koszulkę i do tego jeszcze smutniejsze spodnie w stanie tak opłakanym, jakby wpadły pod kombajn. Buty ma także smutne. Przetarte halówki, które już dawno temu zaczęły mówić i nawet zaczęły hodować sobie uszy. U jego boku zwykle wisi smutna torba, której ramię wiecznie pokrywają smętnie powiewające kępki psiej sierści. Czasami, kiedy ten smutny pan usiądzie, spod nogawki wychynie smutna, frotowa skarpetka; tej na prawej nodze coś musiało odgryźć spory kawałek.
Ten pan ma takie smutne oczy.
Ten smutny pan patrzy tymi smutnymi oczami na ludzi. Dzieci bawiące się w parku; trzymane za rączki przez rodziców; starszych ludzi wychodzących z psami, jedynymi towarzyszami nieudolnej starości; zakochanych, wlepiających w siebie pełen uwielbienia wzrok; roześmiane grupki. Ten smutny pan tymi smutnymi oczami śledzi także otoczenie. Fruwające motyle; gałęzie drzew szumiące na wietrze; słońce rzucające długie cienie albo zalewające wszystko tym magicznym, złotem światłem; wodę szemrzącą w strumieniu; samochody sunące jak mrówki; zwaliste wieżowce; poznaczone dziurami drogi.
Niekiedy smutne oczy tego smutnego pana zwężają się. Na przykład, kiedy widzi mężczyzn ryjących się na chama w drzwiach przed kobietami. Kiedy mija stojące pod klatkami kilkuosobowe grupy, których jedynym zajęciem wydaje się palenie fajek w monstrualnych ilościach, miotanie bluzgów, kretyńskie rechotanie i bycie idiotami. Kiedy słyszy młodych - i nie tylko - i ich "oo, popatrzcie, jakie ma bufoniaste galoty, co to, ze śmietnika je wyciągnęłaś? Hahahahaha! Wypierdalaj stąd, wypłoszu, bo cię kto, co jeszcze wyrucha!", czemu towarzyszą gwizdy i bezlitosne, szydercze wybuchy śmiechy. Kiedy stoi w autobusie, trzymając się rurki i obserwując młodziutką dziewczynę siedzącą przy drzwiach i intensywnie żującą gumę do żucia. Dziewczyna ma pofarbowane na czarno włosy. Na przystanku wsiada starsza pani, której dłonie z drżeniem trzymające laskę pokryte są plamami wątrobowymi. Wątłe kosmyki siwych włosów muskają jej skórę pomarszczoną jak jabłko, które leżało miesiąc na słońcu. Dłonie dygoczą jej naprawdę wyraźnie - autobus zatłoczony - żująca gumę dziewczyna wprost gapi się na staruszkę - ruch szczęką - balon - zakłada jedną młodą nogę na drugą młodą nogę - ruch szczęką - unosi brwi, po jej ustach błąka się lekki, pokpiewający uśmieszek, jakby myślała "Pff! Bo jej ustąpię" - odwraca głowę - balon! - staruszka stoi.
Niekiedy smutna twarz tego smutnego pana tężeje, a żyła na skroni zaczyna pulsować i palce u rąk zginać się, i prostować mimowolnie. Na przykład, kiedy napotyka na ulicy takie dziewczyny, jak tamte dwie. Zanosiły się pijackim śmiechem, a wionęło od nich wódą i tanim jabcokiem. Cycki o mało co nie wyskakiwały im ze staników, których ramiączka rozpoczęły nieuchronną wędrówkę w dół ramion. Biodra kołysałyby się ponętnie, gdyby nie fakt, że ich właścicielki nie tylko gubiły się w rozróżnianiu góry od dołu, ale też rąk od nóg. Dziewczyny tuliły się do chłopaków mniej nakurwionych od nich, ale wyraźnie spalonych. Męski dłonie chciwie błądziły po łatwych ciałach; usta łapczywie przysysały się do ust dziewcząt, w przerwach pomiędzy kolejnymi salwami śmiechu; cycki były tłamszone, dłonie błądziły pod bluzkami i wciskały się w spodnie. Czasami któraś z dziewczyn strzelała oczami, zawisała na aktualnym partnerze i wydawała z siebie jęk niewysłowionej rozkoszy, i sama zaczynała gmerać przy rozporku męskich spodni.
Niekiedy szczęki tego smutnego pana zdają się zaciskać tak mocno, że można by dosłyszeć zgrzyt zębów. Na przykład, kiedy jedzie autobusem, do którego wsiada młoda, ciężarna kobieta. Wszystkie miejsca są zajęte przez starszych ludzi, którzy potrafią stać godzinami w kolejce, plotkując, ale w autobusie muszą usiąść na piętnaście minut. Wchodzi taka młoda przyszła matka i uśmiecha się z lekkim zakłopotaniem, prosząco, czy nie znalazłoby się dla niej jakieś miejsce. Wtedy odzywają się starzy. Padają wyzwiska: "dziwka, czy nie należało pomyśleć, zanim się zrobiło bachora? Teraz to takie młode, dziwkarstwo, daje dupy, za naszych czasów, a teraz chce siedzieć, a niech stoi! Myśli, że jak nosi bachora, to będzie siedzieć, a gówno! Jak możesz z takim brzuchem chodzić, no patrzcie, dziwka młoda, nie, to postoisz!" Złowieszczy szum narasta, głosy przybierają na sile - oczy kobiety zachodzą łzami - oczy starców zdają się zaraz wyskoczyć z orbit, pryska ślina, zaczynają przypominać rozsierdzone, zasuszone wilczury, drące się o ochłap.
Niekiedy smutna twarz tego smutnego pana zmienia się w groteskową maskę nienawiści. Lubi przyjść do kościoła, żeby posłuchać dzwonów od wewnątrz. Dźwięk jest taki tubalny, wstrząsa ścianami, przenika ciało na wskroś. Najlepiej, jak kościół jest pusty. Ten smutny pan nie wierzy; o nie. Ten smutny pan wodzi swoimi smutnymi oczami po pysznych złoceniach, ornamentach, ołtarzach kipiących bogactwem. Ale zaraz rozlega się bicie dzwonów i ten smutny pan przymyka swoje smutne oczy, i smutna twarz tego smutnego pana wygładza się. I kiedy tak siedzi w kościele, czasami zerknie na spowiadających się. Padają na kolana w konfesjonałach przypominających wrota piekielne. Żarliwie wyrzucają swoje obrzydliwe grzechy, odrażająco pokorni, zakłamani; niektórzy przychodzą ze ściągami i z nich czytają grzechy; czasami dosłyszy jakiś pełen żałości, wręcz załamujący się szept "zrobiłem to a tamto", "żałuję bardzo", "proszę o przebaczenie!". Kapłan czyni znak krzyża, rozgrzesza, penitent zrywa się na równe nogi i gorliwie udaje się odmówić pokutę. Ten smutny pan z trudem powstrzymuje konwulsje, żeby nie podbiec do ołtarza, nie porwać pierwszego z brzegu bibelotu i nie huknąć nim w głowę zakłamanego pokutnika. Te wszystkie grzechy, całe lawiny grzechu, puste obietnice poprawy. Taki to przed spowiedzią wykurzy fajkę, wyspowiada się z tego, wyjdzie i zapali znowu. Jeszcze dziś schleje się jak dzika świnia, będzie się rżnął, zgwałci kogoś, okłamie, okradnie, zakatuje. Padnie przed sługą bożym, na wydechu wyrzuci z siebie potok słów, wypierdzianych formułek, krzyż i grzechów nie ma. Można na nowo zapełniać konto.
Niekiedy ten smutny pan promienieje cichą furią. Starsi ludzie, którzy tępią alkohol i unoszą się swoim "ja nigdy nie piłem!". Rodzice i ich "bo tak", "bo nie" czy "nie pyskuj". Wszędobylscy hipokryci, dwulicowi plugawcy, zapluci oszuści.
Ten pan jest taki smutny.
Smutno przewraca kartki książki. Ze smutkiem wpatruje się w niebo. Ze smutkiem stawia kolejne kroki na nierównym chodniku. Smutno je, smutno siedzi, smutno wstaje, smutno wodzi palcem po grzbietach zakurzonych tomideł, smutno marzy.
Ten pan jest taki smutny.
Ten pan jest mordercą.
***
To był ładny dzień.
Węgiel powoli dogasał; rzadkie, lekkie podmuchy wiatru na chwilę rozżarzały jego bryłki, by zaraz na powrót pochłonęła je ciemność. W ciepłym, letnim powietrzu rozbrzmiewały odległe cykady i natrętne bzyczenie komarów. Ćmy niezdarnie trzepotały przy oknach, w których paliło się światło.
- P... olej!
Rozległy się śmiechy i niewprawna już ręka niezgrabnie sięgnęła po flaszkę, i zaczęła rozlewać wódkę do kieliszków, a także naokoło nich. Po drodze strąciła ze stołu karton soku, co zostało przyjęte chóralnym, radosnym "ups!". Czyjaś rozochocona noga dodatkowo kopnęła karton, oblewając parę innych nóg sokiem.
Światło padające zza szyb wyłaniało z ciemności twarze w stanie mniejszego lub większego błogostanu. Zatańczyło na krawędziach kieliszków, które przytknięto do ust - siup! - i odłożono z powrotem. Gwar rozmów wybuchnął na nowo. Tak właściwie określenie "rozmowy" było sporo naciągane - przy stole toczyło się kilkanaście równoległych, a nawet prostopadłych monologów, co jakiś czas przybierających na głośności, kiedy inne monologi zaczynały wybijać się ponad rozmowę.
- ... Atie... A-tieczystwa nasze swabooodnaje, druż-ż...żby narooodaw nadiożnyj opłaat... - zaintonował niski, damski głos, co wywołało kolejną salwę pijackiego rechotu. Jego właścicielka była tak drobna, że można by ją podnieść jedną ręką, a talię porównać do rolki srajtaśmy. W tej chwili jej zazwyczaj dziewczęcy, melodyjny głos brzmiał jak ukradziony zarośniętemu rumcajsowi. - Pusc at pabiedy...
Jej twarz rozświetlał błogi uśmiech. Sennie dyrygowała sobie do rytmu, kołysząc się. Włosy opadły jej na twarz. Zatoczyła się mocniej, na ramię kolegi.
- ... k wiedjot... k pobiedie... k pabiedie wiedjot...!
Śmiechy gruchnęły o ściany na podobieństwo palpy z karabinu. Lena z niesmakiem ściągnęła usta i skrzyżowała ręce na piersi. Spojrzała na zamknięte drzwi, jakby wyrządziły jej jakąś specjalną krzywdę. Kiedy rozległ się brzęk tłuczonego szkła, szczęka zaczęła jej lekko drgać.
- Skwoź graazy sijało na-am sołnce swabooody...!
- Ja tego nie wytrzymam! - wybuchnęła Lena.
Karolina spojrzała na nią. Już od pewnego czasu zastanawiała się, kiedy to w końcu nastąpi. Sama dziwiła się swojemu stoickiemu spokojowi, że do tej pory jeszcze nie wstała i nie huknęła Leny przez łeb za jej ostentacyjne wzdychanie, patrzenie w stronę drzwi, potupywanie, wiercenie się na swojej tłustawej dupie, gimnastykowanie ramion na piersi, znowu wzdychanie, prychanie i marszczenie nosa, jakby któryś z niepijących, którzy uciekli do środka przed komarami i zimnem, zesrał się na środek pokoju.
- Brzmi dosyć zabawnie - stwierdziła Karolina z namysłem.
Lena rzuciła jej piorunujące spojrzenie zdolne wgnieść w ścianę.
- To... - reszta jej słów utonęła w wyjątkowo głośnym crescendo "rieszaaAaaAajem sudbu pakalieeeEEEeEeenij...!", przetykanym strzępkami kolęd po angielsku wyrzucanych z męskiej krtani.
Lena wstała i zaczęła kursować w tę i z powrotem po pokoju. Jej włosy zdawały się wręcz elektryzować.
- Co za rozbestwiona hołota!
Karolina ściągnęła brwi.
- Ale, Lena, przecież to było wiadome, że będą pić.
- Ale to... - Lena z wściekłością machnęła ręką ku drzwiom. - To jest obrzydliwe!
Pozostali trzeźwi, w liczbie dwojga, obserwowali je z niemym zainteresowaniem.
- Ty kiedykolwiek piłaś? - zaciekawiła się Karolina.
Odraza, jaka malowała się na twarzy Leny, wystarczyła za odpowiedź.
- No to co oceniasz?
- ... Znamia sawietskaje, znamia narodnaje...!
- Ona jest kompletnie pijaniusieńka! - warknęła Lena.
- Ale kto jej broni? Przecież nikogo nie zgwałci i nie umrze.
- Ona ma chłopaka! - już prawie ryknęła Lena.
- Polecisz mu powiedzieć, że jak przestała rozróżniać górę od dołu, to się otarła o jakiegoś gościa? - zapytała Karolina chłodno.
- Ale to nie pierwszy raz! - ... Zachwatczikow podłyyych...! - Co się przecież działo na urodzinach Tomka... Każdy o tym wie...
- A co się działo? - ożywiła się Karolina.
- Po-olewamy!
Na zewnątrz zaświergotały dziewczęcy piski i męskie "u... ważżaj!", kiedy zaskrzypiało i zabrzęczało, jakby ktoś, wstając, podważył stół.
- Nie mnie o tym mówić - burknęła Lena.
- Co się działo? - Karolina zwróciła się do Ali.
Ala bąknęła coś tam, że to też nie jej sprawa.
- Hej! Sojuz nieruszymyj...
- Ale to co, stało się coś bardzo złego?
- No, nie... - odparła Ala niechętnie, w ogniu spojrzenia Leny.
- No, to w czym problem? Zwłaszcza, że przecież ponoć każdy o tym wie. To i ja się dowiem.
- Kogo to obchodzi, co się działo na czyichś urodzinach - fuknęła Lena.
Zapadła ciężka cisza. Chwilę przysłuchiwali się paru przecinającym się śpiewom i brzdąkaniu gitary. Lena najwyraźniej na chwilę pogodziła się ze swoim żałosnym położeniem, bo zaczęła:
- A wiecie, jak byłam na urodzinach Sary...
- A kogo to obchodzi, co się działo na czyichś urodzinach - powiedziała Karolina z przymilnym uśmiechem.
Gdyby spojrzenie było namacalne, Lena zasztyletowałaby swoim Karolinę.
Nagle drzwi otwarły się z trzaskiem i wpadła przez nie drobniutka Kinia, mrugając zawzięcie oczami. Na widok reszty towarzyszy na jej usta wpełzł uśmiech tak szeroki, jak wsadziła sobie banana w poprzek ust.
- Maji tawariszcze...! - zawołała radośnie.
Czyjaś uśmiechnięta głowa zajrzała do środka, a za nią wsunęła się ręka i łagodnie, acz stanowczo pociągnęła Kinię za sobą. Karolina wyszczerzyła zęby.
Lena wyglądała, jakby trafił ją piorun. Uniosła dłoń do piersi, dysząc ciężko. Kiedy w końcu jej oczy nie były już tak wybałuszone jak u ściśniętej żaby i odzyskała głos, krzyknęła:
- Idę stąd! Ja tego nie wytrzymam! Co za pijacy!
Karolina wreszcie straciła cierpliwość.
- A ty jak będziesz kiedyś pić, to co, kurwa, myślisz, będziesz się zachowywać?
Lena poruszyła ustami.
- Kiedyś!
- Oczywiście. Myślisz, że nadal będziesz taka elokwentna, ułożona i wypierdzianie ę i ą?
- Na pewno nie będę taka - wycedziła Lena.
Karolina uśmiechnęła się wzgardliwie. Wstała i chwyciła kurtkę.
- Wiesz co? - Obejrzała się na nią, z ręką na klamce. - To powodzenia. Aha. I... - Przez jej twarz przemknął lekki uśmiech. - Weź się opierdol.
I wyszła, wdeptując w rozlaną plamę soku. Powitały ją ucieszone okrzyki i poklepywanie po plecach, jak stęsknione szczenięta.
***
Chłonął wzrokiem jej postać.
Była taka piękna...! Te zmysłowe, jakby nabiegłe krwią usta, te gęste, ciemne włosy, ta mleczna, nieskazitelna skóra... Takie drobne, smagłe ciało, takie delikatne dłonie... Ciało tak wiotkie, że zdawałoby się, że pęknie przy mocniejszym uścisku... A zarazem ten lekki, nieco szelmowski uśmiech i pełne pożądania spojrzenie.
Ostrożnie, jakby bojąc się, że ta piękna, krucha istota się rozsypie, ujął w dłonie jej twarz. Chwilę patrzył w te zielonkawe oczy - pożądanie już niemal sprawiało mu ból - pełne ufności, po czym złożył delikatny pocałunek na tych kuszących ustach.
Nieśmiało się mu oddała. Delikatna dłoń niepewnie rozpoczęła wędrówkę po jego ciele. Po chwili musnął językiem jej wargi, drżąc z poskramianej żądzy; z wahaniem rozchyliła wargi. Wniknął w głąb jej ust.
Jego język natrafił na coś. Było jakby... szkliste.
Gwałtownie się cofnął. Nadal stała przed nim ta piękna, blada istota, nadal wpatrzona w niego. Powoli opuściła rękę. Postąpił jeszcze o krok do tyłu. Krew ryczała mu w żyłach.
Z tych zmysłowych, jakby nabiegłych krwią ust wychynęła gałka oczna. Łypnęła na niego, po czym zaczęła się z wolna obracać, sondując otoczenie. Zmysłowe wargi wykrzywił lekki uśmiech. Delikatne dłonie sięgnęły ku niemu.
Jego krzyk jeszcze długo odbijał się od ścian.
0 komentarze:
Prześlij komentarz