poniedziałek, 12 września 2011

Smacznego!

Żarówka u sufitu powinna jarzyć się żółtawym światłem nadającym łazience nieco upiorny wygląd celi. Szczoteczki do zębów pozamieniałyby się w narzędzia tortur, kran - w przyczajonego potwora z cieknącą paszczą, a migotliwe światło rzucałoby roztańczone cienie.
Tymczasem żarówka za ładnym kinkietem ze wzorem kwiatuszków w rogach świeciła jasno, a łazienka miała dosyć przytulny wygląd. Jeden z ręczników wyszyto w pogodne kaczuszki.
Zmarszczyła brwi. Pomiędzy nogami poczuła coś lepkiego.
Sięgnęła ręką i gdy uniosła ją do oczu, palce pokrywała jej jakaś gęsta, kleista maź przypominają kisiel o smaku kiwi albo monstrualne gluty. Przerażona, pochyliła się, zadzierając koszulkę.
Chwilę patrzyła, z oczami powiększającymi się wraz z narastającą zgrozą. Po wewnętrznej stronie ud ciekła jej ta zgniłozielona masa, przypominająca w dotyku pełznące ślimaki. Ledwie powstrzymując wymioty, dźgnęła to palcem. Przesunęła dłoń wyżej, aż natrafiła na kępkę sztywnych, sterczących włosów.
Pociągnęła za nie dwoma palcami i poczuła, jak wysuwa się z niej wąskie pasmo. Zaczęła je ciągnąć, oddychając coraz szybciej w narastającej panice. Miała wrażenie, że wyciąga sobie z pochwy koński ogon; włosy zdawały się nie mieć końca, ostre, kłujące, twarde, lśniące od szlamu spływającego jej po nogach.
Zaczęła się dusić. Czuła, jak włosy zatykają jej gardło i przesuwają się w przełyku. Wrażenie było takie, jakby dławiła się spaghetti albo ciągnącym się w nieskończoność roztopionym serem, z tym że zasysanymi przez żołądek. Rzęziła. Histerycznie, szarpnięciami, wyjmowała kolejne sznury włosów, trących jej pochwę do krwi. Załkała. Ręce miała ubabrana mazią bryzgającą teraz jak trupie wody płodowe poprzedzające narodziny zgniłego płodu. Włosy tkwiły w jej gardle ogromnym kłębem, jednocześnie metrami wijąc się na zaszlamionej podłodze.
W końcu ostatnia, upiorna kępa, z ledwie słyszalnym "plomp!" znikła jej z gardła, odtykając je. Ze szlochem odrzuciła pasmo, jakby to był wąż. Oszołomiona, wymacała za sobą ścianę, po czym ścisnęła głowę rękami. Patrzyła na podłogę, która wyglądała tak, jak wyglądałaby podłoga u rzeźnika, u którego przed zarżnięciem goli się konie, wymiotujące przy tym w dzikim przerażeniu.

***

Odkręciła kran i woda chlusnęła o dno wanny.
Uniosła głowę. Na zewnątrz drzewa trwały w absolutnym bezruchu, jakby znudzone. Słońce dawało smętny, słaby poblask zza nieprzerwanej, jednolicie szarej pokrywy chmur. Gdyby pogoda potrafiła się lenić, zachowywałaby się właśnie tak.
Stanęła przed lustrem. Szybko zebrała włosy na czubku głowy i związała je tą ohydną gumką, którą dostała na dzień dziewczyn. Dyndające brązowe, plastikowe pingwinki tonęły w gąszczu jej splątanych włosów.
Powiodła wzorkiem po hordach buteleczek kosmetyków wyzierających ze wszelkich możliwych miejsc; oblegały półki nad wanną, parapet, czaiły się w każdym koszyku, tłoczyły się na umywalce, beztrosko podrygiwały i spadały z pralki, gdy ta była włączona i dygotała jak epileptyk. Łypały czujnie nawet znad kibla, przez co spuszczenie wody tak, żeby ich nie roztrącić, przypominało wkładanie ręki do gniazda szerszeni.
Na chwilę zapatrzyła się w różowy dywanik kąpielowy. Bardzo chciałaby poznać jego twórcę. Wyraziłaby wtedy swoje zdanie na temat tych pedalskich słoników w słomkowych kapeluszach.
Po chwili potrząsnęła głową i sięgnęła po jeden z niezliczonych kremów. Nałożyła grubą warstwę na dłonie i usta, przez co przypominała teraz tandetnego klauna.
Powoli, niemal tanecznym krokiem podeszła do wanny. Woda rozbryzgiwała się o wąż prysznica. Ponownie się zagapiła; pojedyncze włosy falowały pośród malutkich fal i wirów.
Coś poniżej jej piersi stęknęło z jakby udręką i wypełniony do granic możliwości brzuch przypomniał o sobie z całą bolesną mocą. Wyglądała, jakby podjęła decyzję.
Pochyliła się, wzięła głęboki wdech po czym wpakowała sobie prawie całą dłoń do ust.
Po bezowocnej chwili zmieniła rękę i doczekała się jakiegoś słabego targnięcia ciałem. Przycisnęła wolną dłonią brzuch, aż po paru konwulsyjnych ruchach z ust wyleciała jej kupka jedzenia.
Odetchnęła. Opłukała ręce i usta, i uniosła głowę. Chwilę namyślała się, wodząc wzrokiem po niewzruszonych szeregach kosmetyków. A, zaczniemy od męskiego szamponu... Roztarła nieco w dłoniach, trochę spłukała i rozpoczęła od nowa.
Łzy już napłynęły jej do oczu. Zakrztusiła się parę razy, lecz nic nie wyszło. Szybko obmyła ręce i sięgnęła po balsam po depilacji. Miał ohydny smak, palący w gardle, dzięki czemu zawsze się sprawdzał. Nawaliła go dosyć grubą warstwę. Przyjrzała się temu z pełnym powątpiewania wahaniem. Wiedziała, że to okrutna ilość, ale musi, po prostu musi, inaczej czuła, że zwariuje.
Na powrót wsunęła cztery palce do gardła. Aż ją skręciło, a język zdawał się kurczyć. Nawet dotknęła środkowym palcem języczka, co powinno zaowocować sporym chluśnięciem, lecz jedyne, co się z niej wyrwało, to dziwne charczenie. Tłamsiła i gniotła brzuch, jakby chciała sięgnąć przezeń do kręgosłupa - na próżno.
Zdyszana, zapłakana i zasmarkana, wyprostowała się. Poczuła ukłucie paniki. Żołądek, kipiący obiadem, trzema batonami, połową słoja czekoladowego kremu, pasztetem, całym opakowaniem gęstej śmietany, paroma łyżkami majonezu i puszką Coli sprawiał wrażenie, jakby rozłożono w nim parasol. Wysmarkała się i gorączkowo pomacała za balsamem ujędrniającym. Bezmyślnie nasmarowała nim też i usta, i znów zawisła nad wanną.
Czuła, jak jedzenie mozolnie sunie w górę przełyku, lecz porcja, jaka się uwolniła, składała się z samego majonezu. Z jeszcze większym zacięciem zaczęła gmerać sobie w gardle - uciskała żołądek tak mocno, że niemal wyłamywała sobie palce - nic, więc zimna woda - znów nic - łzy leciały jej ciurkiem i mieszały się ze smarkami, i upragnioną falą rzygów, która pociekła jej też po ręce - poczuła smak majonezu i czekolady - szybko, szybko, ten żel pod prysznic, co się pieni w ustach... Mimowolnie wydała z siebie chrapliwy kwik, choćby zdzielono prętem świnię. Po przedramieniu spłynęło jej trochę brązowej masy z rozdrobnionymi orzeszkami.
Wyprostowała się, dysząc. Brzuch bolał ją tak, że chyba musiała nabić sobie siniaki. Kąciki ust paliły. Gardło piekło, jakby wypiła kwas, a potem przebiegła na mrozie z dziesięć kilometrów. Opłukała twarz, wysmarkała się jeszcze raz, otarła oczy. Zobaczyła przelotnie swoje odbicie - twarz w plamach.
Mydło. Krem do rąk. W pewnym momencie przestała na chwilę. Obserwowała rzygi kłębiące się przy odpływie. Pogryzione batony zmieszane z wiórkami marchewki. Resztki rozbryźniętego majonezu. Gdzieś w środku tego te wcześniej widziane włosy. Czerwone wstęgi.
Kolejna fala częściowo popłynęła jej po ręce i znowu przerwała. Oczy powiększyły się jej ze strachu. Złapała miskę, z której wyrzuciła wyprane skarpetki, po czym zwymiotowała do niej. Tak, to nic z obiadu. To krew.
Musiała się przerżnąć paznokciem. Albo podrażnione chemikaliami gardło w końcu zaczęło krwawić od tarcia. Przy każdym przełknięciu śliny czuła stawiające oczy zezem palenie. Zalękniona, opłukała miskę, a następnie nałożyła na dłonie jeszcze niestosowany do tego ziołowy szampon. Aż musiała przymknąć oczy, gdy poranione gardło zaskomlało w agonii. Ale tak, to było to! Jedzenie spłynęło zbawienną falą. Kiedy już ruszyło, chlustało wielkimi porcjami. Już nawet przestała obmywać z nich dłoń - ich obrzydliwy smak, w połączeniu z kwasem żołądkowym, skutecznie prowokował dalsze wymioty. Nie zważała na śluz ściekający jej aż z łokci ani na krew.
Wyrzuciła z siebie ostatni, udręczony bełt. Kręgosłup strzelił jej głośno, obolały jak po wygrzmoceniu kijem. Ogarnęła wzrokiem zarzygane dno wanny wyglądające tak, jakby ktoś do niej srał po zjedzeniu gara kiszonej kapusty i przepiciu tego mlekiem. Z westchnieniem zaczęła wyławiać krupy wymiocin i wrzucać je do kibla. Grzebała przy odpływie, usiłując nie myśleć o resztkach jedzenia przyklejonych do kępek włosów. Na końcu umyła twarz i cuchnące ręce, rozlała w wannie płyn do kąpieli i wszystko dokładnie spłukała.
Z lustra łypały na nią oczy tak opuchnięte, jakby obito jej twarz gorącym żelazkiem, a usta miała tak obrzmiałe, niczym po zassaniu odkurzaczem. Odetchnęła i wyszorowała zęby.
Wcześniej było łatwiej. Ale zbyt przyzwyczajone gardło przestało reagować na wymuszanie. Poczekała, aż znikną plamy z twarzy, a gardło przestanie tak boleć, bo miała wtedy skrzekliwy głos owcy. Stanęła z dłonią na klamce. Obejrzała się, sprawdzając, czy wszystko po sobie sprzątnęła. Ach, plamy śluzu pod wanną. Starła je papierem. Przełknięcie śliny przypomniało jej o wszystkim i mimowolnie zadrżała. Jakie to było odrażające. Babrać się we własnych rzygach. Bała się, że dostanie od tego wszystkiego raka gardła.
Po czym, przybierając pogodny wyraz twarzy, wyszła z łazienki, by dwa dni później znów nażreć się jak świnia.

***

Patrzyła z powątpiewaniem, jak dziewczynka wsypuje czubatą miskę płatków, po czym zaczyna je zachłannie jeść. Obejrzała opakowanie, po czym zaczerpnęła z środka garść. Pochyliła się, poddając je obserwacjom, jak naukowiec oglądający próbki pod mikroskopem.
Na każdym z płatków był obrazek głowy jakiegoś zwierzątka: kota, psa, myszy, a nawet kretyńsko wyszczerzonej świni. Kątem oka spojrzała na dziewczynkę pałaszującą płatki. Smętnie zwiesiła głowę. Przecież oni wychowywali przyszłych morderców!
No, bo, weźmy takie zwykłe płatki. Ze wzorkiem, dajmy na to, jakichś zakrętasów albo kwadracików. Ludzie nigdy nie ganiali za kwadratami albo spiralami po ulicach, nie dopadali ich i nie rozpruwali ich nożem, żeby potem wyżreć ich wnętrzności albo delektować się świeżym, jędrnym mózgiem. Nie, to za zwierzętami biegali, chcąc je obedrzeć ze skóry i zjeść. A tu co? Zamiast absolutnie neutralnych, nic nie znaczących płatków dają takie ze zwierzątkami. Je takie dziecko i podświadomie koduje, że bestialskie pochłanianie żyjątek, całymi stadami, nie jest niczym złym. A jeszcze spojrzeć, jak niektóre dzieciaki z ekstatycznym uśmiechem podtapiają płatki łyżką! A więc takie dziecko ma wpojone, że pożeranie to nic złego, wyjdzie na ulicę, zobaczy kotkę z młodymi i usta rozciągną mu się w groteskowym uśmiechu kota z Cheshire.
Takie dziecko weźmie złapie kotkę, wsadzi jej w tyłek petardę, a następnie zatłucze ją kamieniem, śmiejąc się do rozpuku, a na koniec wsadzi kocięta do worka, zawiąże go sznurkiem z przywiązaną do niego cegłą i wrzuci je do rzeki.
Dziewczynka odchyliła się w krześle, oblizując się z zadowoleniem, po czym beknęła donośnie.

2 komentarze:

xyz pisze...

Bueeeee, cóż za obrzydliwie ciekawy kawałek tekstu :P Co Ci się w tej główce rodzi, kobito... :D

Dorota

Agata pisze...

Hm, taka próbka, czy potrafię napisać coś tak obrzydliwego, żeby mnie samą odrzucało :d A tak bardziej serio, natchnęło mnie po spotkaniu ze znajomą, która okrutnie potruła się jakimś odchudzającym syfem...