W tej chwili miała okazję przekonać się, że to prawda. Patrzyła na swoje odbicie w lustrze oprawionym w białą ramę w jakieś faliste wzorki, ramę, której biel zresztą już dawno zatraciła się na rzecz beżu i szarości, i jakiś zwisających frędzli pajęczyn. Odbicie okalały odciski palców utrzymane w kolorystyce bladego moro, rozsiane w artystyczne plamy, kwiaty, koła czy coś, co przy pewnym świetle i pod pewnym kątem, mrużąc oczy, można by wziąć za potwora z Loch Ness.
Prawa połowa szczęki odbicia zwisała pod kątem niemal prostym. Sięgnęła ręką i odkryła, że jej własna także.
To było dziwne, patrzeć tak na własną twarz, na której połowie skóra zdaje się być z gumy do żucia, a uśmiech przypomina słynny wyszczerz kota z Cheshire - z tym subtelnym wyjątkiem, że ten kot cierpi na porażenie mięśni i silne upośledzenie umysłowe. Spróbowała połączyć szczęki; na próżno. Połówka na powrót oklapła jak półka na zawiasach.
Rozpaczliwie dociskała ją do drugiej, w przerażeniu tocząc oczami po lustrze. Światło żarówki migotało zielonkawo. Rozdzielone zęby przywodziły na myśl przełamane pianino. Z gardła wydarł jej się zdławiony szloch, kiedy mimo wszystko połowa szczęki nie chciała wrócić do poziomu i tak sobie beztrosko dyndała, jak dziecko na huśtawce.
***
Swędzenie? Phi!
Swędzi cię dupa. Jedziesz pociągiem i czeka cię jeszcze godzina drogi. A dupa swędzi i swędzi, jakby zagnieździło się tam stado robali. Swędzi strasznie. Zacznij gmerać sobie w tyłku, nie krępuj się.
Swędzi cię w kroku. Stoisz w kolejce do kasy, a za tobą stoi dwóch młodych mężczyzn. Nieważne, może stać za tobą nawet zapyziały dziad z glutem zwisającym z nosa albo dziewczynka kupująca sobie lizaka. Krok swędzi bestialsko. Desperacko zaciskasz nogi, czując, że jeśli się zaraz nie podrapiesz, to zwariujesz. Śmiało, pogrzeb sobie palcem w kroku.
Swędzą cię palce u stóp. Siedzisz na wykładzie, w grubych zimowych butach, działających jak piekarnik. Palce są tak nabrzmiałe, że pomimo zwyczajowego luzu ledwie się mieszczą, okrutnie boleśnie napierając na ściany obuwia. Rozpaczliwie zginasz je i prostujesz, tupiesz lekko, podrygujesz stopami - na próżno. Palce swędzą. Płoną. Ktoś zdziera ci z nich skórę papierem ściernym, podpalając lutownicą. Cały świat wiruje. Czujesz, że zaraz zwymiotujesz. Gdzieś wokół przepływa ważny wykład. Proszę, skup się na nim.
Może wolisz jechać z takimi stopami autem? Możesz jechać. Wyprzedzać! Lawirować! Dawać gaz do dechy, ju-huu!
Albo, o! Kładziesz się do łóżka, a palce swędzą pierwszą godzinę, drugą i trzecią. Idziesz następnego dnia do pracy albo szkoły. Jeśli chcesz, to miej i wtedy wolne. Dobranoc!
Swędzą cię palce u rąk. Trzesz dłońmi o wnętrze ściśniętych ud, ale to tylko rozgrzewa i rozswędza, i wywołuje ten stawiający oczy zezem ból. Więc trzesz jeszcze mocniej, żeby zagłuszyć świąd bólem. A palce beztrosko swędzą sobie dalej. Marzysz o urżnięciu ich sobie nożem, żeby tak błogo chlusnęła krew, tak chłodna, orzeźwiająca. Ach...
Swędzenie? Phi!
***
Zgwałciła go.
Zgwałciłem ją, przysiągłby. Po krótkiej szamotaninie, pełnej prawie miażdżenia jej ust dłonią i brutalnego rozdzierania jej ubrania, wznosząc się na fali zwierzęcego podniecenia, szaleńczo dudniącego mu w skroniach, rozwarł jej nogi i wszedł w nią ze zniecierpliwionym sapnięciem. Odwróciła głowę. Poddała się. To go jeszcze bardziej nabuzowało. Dysząc, wzniósł się do kolejnego, bydlęcego pchnięcia.
Wtedy powiedziała:
- No, dalej. Rżnij.
Więc pchnął.
- Mam HIV-a. Wiesz, skąd? Od takiego jednego zasranego zboczeńca jak ty, wcześniej, no, śmiało, spierdol mi życie jeszcze bardziej.
Nie uwierzył jej, ani na chwilę. Głupia, cwana zdzira, nabiera mnie.
Pod wpływem jej monotonnego głosu, jakby rozprawiała o uprawie ryżu w chińskiej prowincji, jego penis mimowolnie zaczął się kurczyć.
- Umrzesz - zasyczała jadowicie. Jej mały, blady cycek wystający z rozdarcia bluzki, zdawał się lśnić jak nawoskowane ciało trupa. - Będziesz pluł i rzygał krwią, schudniesz i ci zwiędnie fiut. Już tego nie zatrzymasz. - Zaśmiała się cicho bez cienia radości; jej oczy w półmroku pozostawały zimne i puste jak oczy jakiejś zasranej, nawiedzonej lalki. - Umrzesz, jak ścierwo. Po prostu zdechniesz.
Jego fiut był już tak mały, że chyba mógłby pieprzyć się z dziurką od klucza. Jeszcze chwilę usiłować zgrywać twardziela - i coś w nim pękło.
Spierdolił. Zgwałciła go.
2 komentarze:
Nareszcie jakiś post ;D Ostatni tekścik ciekawy, nie powiem. Piszesz coś w ogóle ostatnio, czy tylko na zdjęciach się artystycznie wyżywasz? :)
Buziaki!
Dorota
Cholera, skasował mi się komentarz :c
Niestety, studia mnie odmóżdżają i ciężko coś stworzyć, czasu też często brak... Ale czasami jakiś pomysł najdzie :)
A ze zdjęciami też ostatnio różnie bywa, właściwie to prawie wcale :c
Dziękować :D
Prześlij komentarz