<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064</id><updated>2012-02-17T01:58:43.346+01:00</updated><category term='O bólu ból'/><title type='text'>Bezmyślnik...</title><subtitle type='html'>Istota tandetnego grafomaństwa. Buahahahahaha...! *obłąkańczy śmiech* Samo zło!</subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>50</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-4329607352268750854</id><published>2011-12-30T21:44:00.002+01:00</published><updated>2011-12-30T21:56:08.343+01:00</updated><title type='text'>.</title><content type='html'>Pewnego razu dowiedziała się, że szczęka tak naprawdę składa się z dwóch kości połączonych jakimś tam spojeniem.&lt;br /&gt;W tej chwili miała okazję przekonać się, że to prawda. Patrzyła na swoje odbicie w lustrze oprawionym w białą ramę w jakieś faliste wzorki, ramę, której biel zresztą już dawno zatraciła się na rzecz beżu i szarości, i jakiś zwisających frędzli pajęczyn. Odbicie okalały odciski palców utrzymane w kolorystyce bladego moro, rozsiane w artystyczne plamy, kwiaty, koła czy coś, co przy pewnym świetle i pod pewnym kątem, mrużąc oczy, można by wziąć za potwora z Loch Ness.&lt;br /&gt;Prawa połowa szczęki odbicia zwisała pod kątem niemal prostym. Sięgnęła ręką i odkryła, że jej własna także.&lt;br /&gt;To było dziwne, patrzeć tak na własną twarz, na której połowie skóra zdaje się być z gumy do żucia, a uśmiech przypomina słynny wyszczerz kota z Cheshire - z tym subtelnym wyjątkiem, że ten kot cierpi na porażenie mięśni i silne upośledzenie umysłowe. Spróbowała połączyć szczęki; na próżno. Połówka na powrót oklapła jak półka na zawiasach.&lt;br /&gt;Rozpaczliwie dociskała ją do drugiej, w przerażeniu tocząc oczami po lustrze. Światło żarówki migotało zielonkawo. Rozdzielone zęby przywodziły na myśl przełamane pianino. Z gardła wydarł jej się zdławiony szloch, kiedy mimo wszystko połowa szczęki nie chciała wrócić do poziomu i tak sobie beztrosko dyndała, jak dziecko na huśtawce.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Swędzenie? Phi!&lt;br /&gt;Swędzi cię dupa. Jedziesz pociągiem i czeka cię jeszcze godzina drogi. A dupa swędzi i swędzi, jakby zagnieździło się tam stado robali. Swędzi strasznie. Zacznij gmerać sobie w tyłku, nie krępuj się.&lt;br /&gt;Swędzi cię w kroku. Stoisz w kolejce do kasy, a za tobą stoi dwóch młodych mężczyzn. Nieważne, może stać za tobą nawet zapyziały dziad z glutem zwisającym z nosa albo dziewczynka kupująca sobie lizaka. Krok swędzi bestialsko. Desperacko zaciskasz nogi, czując, że jeśli się zaraz nie podrapiesz, to zwariujesz. Śmiało, pogrzeb sobie palcem w kroku.&lt;br /&gt;Swędzą cię palce u stóp. Siedzisz na wykładzie, w grubych zimowych butach, działających jak piekarnik. Palce są tak nabrzmiałe, że pomimo zwyczajowego luzu ledwie się mieszczą, okrutnie boleśnie napierając na ściany obuwia. Rozpaczliwie zginasz je i prostujesz, tupiesz lekko, podrygujesz stopami - na próżno. Palce swędzą. Płoną. Ktoś zdziera ci z nich skórę papierem ściernym, podpalając lutownicą. Cały świat wiruje. Czujesz, że zaraz zwymiotujesz. Gdzieś wokół przepływa ważny wykład. Proszę, skup się na nim.&lt;br /&gt;Może wolisz jechać z takimi stopami autem? Możesz jechać. Wyprzedzać! Lawirować! Dawać gaz do dechy, ju-huu!&lt;br /&gt;Albo, o! Kładziesz się do łóżka, a palce swędzą pierwszą godzinę, drugą i trzecią. Idziesz następnego dnia do pracy albo szkoły. Jeśli chcesz, to miej i wtedy wolne. Dobranoc!&lt;br /&gt;Swędzą cię palce u rąk. Trzesz dłońmi o wnętrze ściśniętych ud, ale to tylko rozgrzewa i rozswędza, i wywołuje ten stawiający oczy zezem ból. Więc trzesz jeszcze mocniej, żeby zagłuszyć świąd bólem. A palce beztrosko swędzą sobie dalej. Marzysz o urżnięciu ich sobie nożem, żeby tak błogo chlusnęła krew, tak chłodna, orzeźwiająca. Ach...&lt;br /&gt;Swędzenie? Phi!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Zgwałciła go.&lt;br /&gt;Zgwałciłem ją, przysiągłby. Po krótkiej szamotaninie, pełnej prawie miażdżenia jej ust dłonią i brutalnego rozdzierania jej ubrania, wznosząc się na fali zwierzęcego podniecenia, szaleńczo dudniącego mu w skroniach, rozwarł jej nogi i wszedł w nią ze zniecierpliwionym sapnięciem. Odwróciła głowę. Poddała się. To go jeszcze bardziej nabuzowało. Dysząc, wzniósł się do kolejnego, bydlęcego pchnięcia.&lt;br /&gt;Wtedy powiedziała:&lt;br /&gt;- No, dalej. Rżnij.&lt;br /&gt;Więc pchnął.&lt;br /&gt;- Mam HIV-a. Wiesz, skąd? Od takiego jednego zasranego zboczeńca jak ty, wcześniej, no, śmiało, spierdol mi życie jeszcze bardziej.&lt;br /&gt;Nie uwierzył jej, ani na chwilę. Głupia, cwana zdzira, nabiera mnie.&lt;br /&gt;Pod wpływem jej monotonnego głosu, jakby rozprawiała o uprawie ryżu w chińskiej prowincji, jego penis mimowolnie zaczął się kurczyć.&lt;br /&gt;- Umrzesz - zasyczała jadowicie. Jej mały, blady cycek wystający z rozdarcia bluzki, zdawał się lśnić jak nawoskowane ciało trupa. - Będziesz pluł i rzygał krwią, schudniesz i ci zwiędnie fiut. Już tego nie zatrzymasz. - Zaśmiała się cicho bez cienia radości; jej oczy w półmroku pozostawały zimne i puste jak oczy jakiejś zasranej, nawiedzonej lalki. - Umrzesz, jak ścierwo. Po prostu zdechniesz.&lt;br /&gt;Jego fiut był już tak mały, że chyba mógłby pieprzyć się z dziurką od klucza. Jeszcze chwilę usiłować zgrywać twardziela - i coś w nim pękło.&lt;br /&gt;Spierdolił. Zgwałciła go.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-4329607352268750854?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/4329607352268750854/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=4329607352268750854' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/4329607352268750854'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/4329607352268750854'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2011/12/blog-post.html' title='.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-6557577928944362342</id><published>2011-09-12T23:02:00.003+02:00</published><updated>2011-09-12T23:15:37.953+02:00</updated><title type='text'>Smacznego!</title><content type='html'>Żarówka u sufitu powinna jarzyć się żółtawym światłem nadającym łazience  nieco upiorny wygląd celi. Szczoteczki do zębów pozamieniałyby się w  narzędzia tortur, kran - w przyczajonego potwora z cieknącą paszczą, a  migotliwe światło rzucałoby roztańczone cienie.&lt;br /&gt;Tymczasem żarówka za ładnym kinkietem ze wzorem kwiatuszków w rogach  świeciła jasno, a łazienka miała dosyć przytulny wygląd. Jeden z  ręczników wyszyto w pogodne kaczuszki.&lt;br /&gt;Zmarszczyła brwi. Pomiędzy nogami poczuła coś lepkiego.&lt;br /&gt;Sięgnęła ręką i gdy uniosła ją do oczu, palce pokrywała jej jakaś gęsta,  kleista maź przypominają kisiel o smaku kiwi albo monstrualne gluty.  Przerażona, pochyliła się, zadzierając koszulkę.&lt;br /&gt;Chwilę patrzyła, z oczami powiększającymi się wraz z narastającą zgrozą.  Po wewnętrznej stronie ud ciekła jej ta zgniłozielona masa,  przypominająca w dotyku pełznące ślimaki. Ledwie powstrzymując wymioty,  dźgnęła to palcem. Przesunęła dłoń wyżej, aż natrafiła na kępkę  sztywnych, sterczących włosów.&lt;br /&gt;Pociągnęła za nie dwoma palcami i poczuła, jak wysuwa się z niej wąskie  pasmo. Zaczęła je ciągnąć, oddychając coraz szybciej w narastającej  panice. Miała wrażenie, że wyciąga sobie z pochwy koński ogon; włosy  zdawały się nie mieć końca, ostre, kłujące, twarde, lśniące od szlamu  spływającego jej po nogach.&lt;br /&gt;Zaczęła się dusić. Czuła, jak włosy zatykają jej gardło i przesuwają się  w przełyku. Wrażenie było takie, jakby dławiła się spaghetti albo  ciągnącym się w nieskończoność roztopionym serem, z tym że zasysanymi  przez żołądek. Rzęziła. Histerycznie, szarpnięciami, wyjmowała kolejne  sznury włosów, trących jej pochwę do krwi. Załkała. Ręce miała ubabrana  mazią bryzgającą teraz jak trupie wody płodowe poprzedzające narodziny  zgniłego płodu. Włosy tkwiły w jej gardle ogromnym kłębem, jednocześnie  metrami wijąc się na zaszlamionej podłodze.&lt;br /&gt;W końcu ostatnia, upiorna kępa, z ledwie słyszalnym "plomp!" znikła jej z  gardła, odtykając je. Ze szlochem odrzuciła pasmo, jakby to był wąż.  Oszołomiona, wymacała za sobą ścianę, po czym ścisnęła głowę rękami.  Patrzyła na podłogę, która wyglądała tak, jak wyglądałaby podłoga u  rzeźnika, u którego przed zarżnięciem goli się konie, wymiotujące przy  tym w dzikim przerażeniu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Odkręciła kran i woda chlusnęła o dno wanny.&lt;br /&gt;Uniosła głowę. Na zewnątrz drzewa trwały w absolutnym bezruchu, jakby znudzone. Słońce dawało smętny, słaby poblask zza nieprzerwanej, jednolicie szarej pokrywy chmur. Gdyby pogoda potrafiła się lenić, zachowywałaby się właśnie tak.&lt;br /&gt;Stanęła przed lustrem. Szybko zebrała włosy na czubku głowy i związała je tą ohydną gumką, którą dostała na dzień dziewczyn. Dyndające brązowe, plastikowe pingwinki tonęły w gąszczu jej splątanych włosów.&lt;br /&gt;Powiodła wzorkiem po hordach buteleczek kosmetyków wyzierających ze wszelkich możliwych miejsc; oblegały półki nad wanną, parapet, czaiły się w każdym koszyku, tłoczyły się na umywalce, beztrosko podrygiwały i spadały z pralki, gdy ta była włączona i dygotała jak epileptyk. Łypały czujnie nawet znad kibla, przez co spuszczenie wody tak, żeby ich nie roztrącić, przypominało wkładanie ręki do gniazda szerszeni.&lt;br /&gt;Na chwilę zapatrzyła się w różowy dywanik kąpielowy. Bardzo chciałaby poznać jego twórcę. Wyraziłaby wtedy swoje zdanie na temat tych pedalskich słoników w słomkowych kapeluszach.&lt;br /&gt;Po chwili potrząsnęła głową i sięgnęła po jeden z niezliczonych kremów. Nałożyła grubą warstwę na dłonie i usta, przez co przypominała teraz tandetnego klauna.&lt;br /&gt;Powoli, niemal tanecznym krokiem podeszła do wanny. Woda rozbryzgiwała się o wąż prysznica. Ponownie się zagapiła; pojedyncze włosy falowały pośród malutkich fal i wirów.&lt;br /&gt;Coś poniżej jej piersi stęknęło z jakby udręką i wypełniony do granic możliwości brzuch przypomniał o sobie z całą bolesną mocą. Wyglądała, jakby podjęła decyzję.&lt;br /&gt;Pochyliła się, wzięła głęboki wdech po czym wpakowała sobie prawie całą dłoń do ust.&lt;br /&gt;Po bezowocnej chwili zmieniła rękę i doczekała się jakiegoś słabego targnięcia ciałem. Przycisnęła wolną dłonią brzuch, aż po paru konwulsyjnych ruchach z ust wyleciała jej kupka jedzenia.&lt;br /&gt;Odetchnęła. Opłukała ręce i usta, i uniosła głowę. Chwilę namyślała się, wodząc wzrokiem po niewzruszonych szeregach kosmetyków. A, zaczniemy od męskiego szamponu... Roztarła nieco w dłoniach, trochę spłukała i rozpoczęła od nowa.&lt;br /&gt;Łzy już napłynęły jej do oczu. Zakrztusiła się parę razy, lecz nic nie wyszło. Szybko obmyła ręce i sięgnęła po balsam po depilacji. Miał ohydny smak, palący w gardle, dzięki czemu zawsze się sprawdzał. Nawaliła go dosyć grubą warstwę. Przyjrzała się temu z pełnym powątpiewania wahaniem. Wiedziała, że to okrutna ilość, ale musi, po prostu musi, inaczej czuła, że zwariuje.&lt;br /&gt;Na powrót wsunęła cztery palce do gardła. Aż ją skręciło, a język zdawał się kurczyć. Nawet dotknęła środkowym palcem języczka, co powinno zaowocować sporym chluśnięciem, lecz jedyne, co się z niej wyrwało, to dziwne charczenie. Tłamsiła i gniotła brzuch, jakby chciała sięgnąć przezeń do kręgosłupa - na próżno.&lt;br /&gt;Zdyszana, zapłakana i zasmarkana, wyprostowała się. Poczuła ukłucie paniki. Żołądek, kipiący obiadem, trzema batonami, połową słoja czekoladowego kremu, pasztetem, całym opakowaniem gęstej śmietany, paroma łyżkami majonezu i puszką Coli sprawiał wrażenie, jakby rozłożono w nim parasol. Wysmarkała się i gorączkowo pomacała za balsamem ujędrniającym. Bezmyślnie nasmarowała nim też i usta, i znów zawisła nad wanną.&lt;br /&gt;Czuła, jak jedzenie mozolnie sunie w górę przełyku, lecz porcja, jaka się uwolniła, składała się z samego majonezu. Z jeszcze większym zacięciem zaczęła gmerać sobie w gardle - uciskała żołądek tak mocno, że niemal wyłamywała sobie palce - nic, więc zimna woda - znów nic - łzy leciały jej ciurkiem i mieszały się ze smarkami, i upragnioną falą rzygów, która pociekła jej też po ręce - poczuła smak majonezu i czekolady - szybko, szybko, ten żel pod prysznic, co się pieni w ustach... Mimowolnie wydała z siebie chrapliwy kwik, choćby zdzielono prętem świnię. Po przedramieniu spłynęło jej trochę brązowej masy z rozdrobnionymi orzeszkami.&lt;br /&gt;Wyprostowała się, dysząc. Brzuch bolał ją tak, że chyba musiała nabić sobie siniaki. Kąciki ust paliły. Gardło piekło, jakby wypiła kwas, a potem przebiegła na mrozie z dziesięć kilometrów. Opłukała twarz, wysmarkała się jeszcze raz, otarła oczy. Zobaczyła przelotnie swoje odbicie - twarz w plamach.&lt;br /&gt;Mydło. Krem do rąk. W pewnym momencie przestała na chwilę. Obserwowała rzygi kłębiące się przy odpływie. Pogryzione batony zmieszane z wiórkami marchewki. Resztki rozbryźniętego majonezu. Gdzieś w środku tego te wcześniej widziane włosy. Czerwone wstęgi.&lt;br /&gt;Kolejna fala częściowo popłynęła jej po ręce i znowu przerwała. Oczy powiększyły się jej ze strachu. Złapała miskę, z której wyrzuciła wyprane skarpetki, po czym zwymiotowała do niej. Tak, to nic z obiadu. To krew.&lt;br /&gt;Musiała się przerżnąć paznokciem. Albo podrażnione chemikaliami gardło w końcu zaczęło krwawić od tarcia. Przy każdym przełknięciu śliny czuła stawiające oczy zezem palenie. Zalękniona, opłukała miskę, a następnie nałożyła na dłonie jeszcze niestosowany do tego ziołowy szampon. Aż musiała przymknąć oczy, gdy poranione gardło zaskomlało w agonii. Ale tak, to było to! Jedzenie spłynęło zbawienną falą. Kiedy już ruszyło, chlustało wielkimi porcjami. Już nawet przestała obmywać z nich dłoń - ich obrzydliwy smak, w połączeniu z kwasem żołądkowym, skutecznie prowokował dalsze wymioty. Nie zważała na śluz ściekający jej aż z łokci ani na krew.&lt;br /&gt;Wyrzuciła z siebie ostatni, udręczony bełt. Kręgosłup strzelił jej głośno, obolały jak po wygrzmoceniu kijem. Ogarnęła wzrokiem zarzygane dno wanny wyglądające tak, jakby ktoś do niej srał po zjedzeniu gara kiszonej kapusty i przepiciu tego mlekiem. Z westchnieniem zaczęła wyławiać krupy wymiocin i wrzucać je do kibla. Grzebała przy odpływie, usiłując nie myśleć o resztkach jedzenia przyklejonych do kępek włosów. Na końcu umyła twarz i cuchnące ręce, rozlała w wannie płyn do kąpieli i wszystko dokładnie spłukała.&lt;br /&gt;Z lustra łypały na nią oczy tak opuchnięte, jakby obito jej twarz gorącym żelazkiem, a usta miała tak obrzmiałe, niczym po zassaniu odkurzaczem. Odetchnęła i wyszorowała zęby.&lt;br /&gt;Wcześniej było łatwiej. Ale zbyt przyzwyczajone gardło przestało reagować na wymuszanie. Poczekała, aż znikną plamy z twarzy, a gardło przestanie tak boleć, bo miała wtedy skrzekliwy głos owcy. Stanęła z dłonią na klamce. Obejrzała się, sprawdzając, czy wszystko po sobie sprzątnęła. Ach, plamy śluzu pod wanną. Starła je papierem. Przełknięcie śliny przypomniało jej o wszystkim i mimowolnie zadrżała. Jakie to było odrażające. Babrać się we własnych rzygach. Bała się, że dostanie od tego wszystkiego raka gardła.&lt;br /&gt;Po czym, przybierając pogodny wyraz twarzy, wyszła z łazienki, by dwa dni później znów nażreć się jak świnia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Patrzyła z powątpiewaniem, jak dziewczynka wsypuje czubatą miskę płatków, po czym zaczyna je zachłannie jeść. Obejrzała opakowanie, po czym zaczerpnęła z środka garść. Pochyliła się, poddając je obserwacjom, jak naukowiec oglądający próbki pod mikroskopem.&lt;br /&gt;Na każdym z płatków był obrazek głowy jakiegoś zwierzątka: kota, psa, myszy, a nawet kretyńsko wyszczerzonej świni. Kątem oka spojrzała na dziewczynkę pałaszującą płatki. Smętnie zwiesiła głowę. Przecież oni wychowywali przyszłych morderców!&lt;br /&gt;No, bo, weźmy takie zwykłe płatki. Ze wzorkiem, dajmy na to, jakichś zakrętasów albo kwadracików. Ludzie nigdy nie ganiali za kwadratami albo spiralami po ulicach, nie dopadali ich i nie rozpruwali ich nożem, żeby potem wyżreć ich wnętrzności albo delektować się świeżym, jędrnym mózgiem. Nie, to za zwierzętami biegali, chcąc je obedrzeć ze skóry i zjeść. A tu co? Zamiast absolutnie neutralnych, nic nie znaczących płatków dają takie ze zwierzątkami. Je takie dziecko i podświadomie koduje, że bestialskie pochłanianie żyjątek, całymi stadami, nie jest niczym złym. A jeszcze spojrzeć, jak niektóre dzieciaki z ekstatycznym uśmiechem podtapiają płatki łyżką! A więc takie dziecko ma wpojone, że pożeranie to nic złego, wyjdzie na ulicę, zobaczy kotkę z młodymi i usta rozciągną mu się w groteskowym uśmiechu kota z Cheshire.&lt;br /&gt;Takie dziecko weźmie złapie kotkę, wsadzi jej w tyłek petardę, a następnie zatłucze ją kamieniem, śmiejąc się do rozpuku, a na koniec wsadzi kocięta do worka, zawiąże go sznurkiem z przywiązaną do niego cegłą i wrzuci je do rzeki.&lt;br /&gt;Dziewczynka odchyliła się w krześle, oblizując się z zadowoleniem, po czym beknęła donośnie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-6557577928944362342?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/6557577928944362342/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=6557577928944362342' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/6557577928944362342'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/6557577928944362342'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2011/09/czemu-nie.html' title='Smacznego!'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-4179193500209733919</id><published>2011-07-29T23:06:00.003+02:00</published><updated>2011-07-29T23:16:15.421+02:00</updated><title type='text'>Z (rz/ż)yci(a) wzięte.</title><content type='html'>Jadąc na rowerze, ujrzałam przy drodze maleńkiego, uroczego jeżyka zwiniętego w kłębek.&lt;br /&gt;Dwa metry dalej okazało się, że to kawałek dużego jeża.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;- Brodziłam sobie z siatką, wyławiając liście i te takie małe kutaśki spadające z drzew, kiedy nagle zauważyłam taką malutką biedroneczkę. Tak rozpaczliwie przebierała nóżkami, taka smutna w tej wodzie, że zgarnęłam ją siatką, po czym wzięłam na rękę. Dobrnęłam do brzegu - mężnie, przez te straszliwe fale i wiry w brodziku -, już chciałam ją na nim położyć, a ta co? Uratowałam jej życie, a ona zesrała mi się na rękę!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Wracałam do domu na rowerze przez deszcz.&lt;br /&gt;Parę razy wjechałam w coś, co stwarzało pozory niewinnie wyglądającej kałuży, a w rzeczywistości było dosyć głęboką dziurą, po wjechaniu na którą siodełko boleśnie usiłowało scalić się moją miednicą.&lt;br /&gt;Dwa razy przejechałam po mniej lub bardziej rozsmarowanych końskich gównach. Jechałam z przyklejonym do twarzy kretyńskim uśmiechem na widok mijających mnie aut, zastanawiając się, jak musi wyglądać ktoś z odbryzgami końskich bobków na gębie.&lt;br /&gt;Czułam, jak z każdym pociągnięciem pedałów na moim tyłku rozlewa się coraz większa, mokra plama, jakbym zlała się z pampersa.&lt;br /&gt;Po powrocie dowiedziałam się dzięki lustro, że to, co uważałam za ścieranie ręką błota z twarzy, okazało się rozsmarowywaniem go w bardziej regularne plamy, które to błoto (i niechybnie bobki) tworzyły na mojej twarzy deseń moro na tle sraczkowatego khaki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Pies był czarny, podobny do wilczura, ze spiczastymi uszami układającymi mu się w daszek, nadający mu nieco pedalski i kretyński wyraz pyska.&lt;br /&gt;Dziewczynka była malutka, podobna do lalki, z bujnymi blond lokami i pyzatymi policzkami, co upodabniało ją do jakiegoś tłustawego, głupawego cherubina.&lt;br /&gt;- Tomek! Gdzie jest Tomek? - zaszczebiotała dziewczynka.&lt;br /&gt;Pies natychmiast poderwał łeb i zaczął merdać ogonem, wyczekująco wpatrując się w dziewczynkę. Po chwili na powrót złożył łeb na łapach.&lt;br /&gt;- Tomek! Gdzie jest Tomek? - zagdakała dziewczynka.&lt;br /&gt;Pies natychmiast poderwał łeb i zaczął walić ogonem o podłogę, wyczekująco wpatrując się w dziewczynkę. Po chwili na powrót złożył łeb na łapach.&lt;br /&gt;- Tomek! Gdzie jest Tomek? - zachichotała dziewczynka.&lt;br /&gt;Pies natychmiast poderwał łeb i z gardła wydobyło się mu ucieszone skamlenie. Dudnił ogonem o podłogę. Po chwili na powrót złożył łeb na łapach.&lt;br /&gt;- Tomek! Gdzie jest Tomek? - zawołała z uciechą dziewczynka.&lt;br /&gt;Pies natychmiast poderwał łeb i zawzięcie tłukąc ogonem, zaczął się rozglądać. Po chwili na powrót złożył łeb na łapach.&lt;br /&gt;- Tomek! Gdzie jest Tomek? - wypiszczała z zachwytem dziewczynka.&lt;br /&gt;Pies natychmiast poderwał łeb i prawie że sam się zerwał, skamląc z utęsknieniem. Po chwili na powrót złożył łeb na łapach.&lt;br /&gt;- Tomek! - zaśmiała się dziewczynka.&lt;br /&gt;Pies natychmiast poderwał łeb, który po chwili na powrót złożył na swoich łapach.&lt;br /&gt;- Tomek! - zaświergotała dziewczynka.&lt;br /&gt;Pies natychmiast poderwał łeb, który po chwili na powrót złożył na swoich łapach.&lt;br /&gt;- Tomek!&lt;br /&gt;Pies natychmiast poderwał łeb, który po chwili na powrót złożył na swoich łapach.&lt;br /&gt;- Tomek!&lt;br /&gt;Pies natychmiast poderwał łeb, który po chwili na powrót złożył na swoich łapach.&lt;br /&gt;- Tomek! - Pies natychmiast poderwał łeb, który po chwili na powrót złożył na swoich łapach. - Tomek! Tomek!&lt;br /&gt;Pies natychmiast poderwał łeb, który po chwili na powrót złożył na swoich łapach.&lt;br /&gt;- Tomek! - Łeb w górę, w dół.- Tomek! - Łeb w górę, w dół. - Tomek! - Łeb w górę, w dół. - Tomek! - Łeb w górę,- Tomek! - w dół, w górę. - Tomek! - Łeb w górę, w dół. - Tomek! - Łeb w Tomek! - w górę, w górę. - Tomek! - w górę, w dół. - Tomek! Tomek! Tomek! - W górę, w górę, górę, w górę, w dół.&lt;br /&gt;Dziewczynka spojrzała z namysłem na psa.&lt;br /&gt;- Tomektomektomektomekgdzietomektomektomektomektomek!&lt;br /&gt;Pies poderwał łeb, poderwał łeb, poderwał łebpoderwał łebpoderwałpoderwałpoderwałłebłebłebłeb stęknęło zaskrobotały pazury pies zaskomlał - i eksplodował.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;- Ej, zaczekaj!&lt;br /&gt;Odwróciła się gwałtownie. Pulchna Hanka biegła ku niej, wymachując plikiem dokumentów.&lt;br /&gt;- Wiesz, że odrzucili wszystkie twoje oferty pracy? - wyrzuciła Hanka na wydechu. Dogoniła ją, nabierając tchu i posmutniała. - Fatalnie...&lt;br /&gt;- Mnie to mówisz? - odburknęła chłodno.&lt;br /&gt;Ogarniał ją przejmujący chłód. Dowiedziała się o tym przed chwilą, ale wtedy nie uderzyło ją to tak, jak teraz - tak jakby wypowiedzenie na głos tego faktu zatwierdziło jego istnienie. Miała wrażenie, że płyty chodnikowe pod jej stopami kolejno zaczynają się od siebie odrywać i spadać - bach...! - żeby, wirując z wolna, zginąć w czerni - bach...&lt;br /&gt;Szarpnęła się. Kołdra owijała ją ciasno niczym kaftan. Chciała się poruszyć, jednak czuła się, jakby była kontynentem - każda z rąk ważyła tyle, co góry, nogi zdawały się zagrzebane pod zwałami ziemi, a głowa przywalona tonami skał. Znowu szarpnęła się desperacko, ale jedynie mentalnie, bo jej zwaliście ciężkie ciało ani drgnęło. Zaczęła oddychać szybko, głośno, żeby usłyszała to mama i ją obudziła. Z całą mocą skupiła się na uchyleniu powieki, ale przypominało to próbę przetoczenia słonia gołymi rękami. Z jej krtani wydobył się bliżej nieokreślony jęk, podobny do bolesnego skamlenia.&lt;br /&gt;Pod powiekami przemykały jej obrazy. Nierówny chodnik poprzetykany wzburzonym morzem pod granatowo-czarnymi chmurami. Ciało było podobne do wora wypełnionego kartoflami, a mięśnie równie bezwładne, co ochłapy mięsa walające się w rzeźni. Do jej myśli zaczęła wkradać się panika. Oddech przyspieszył. Teraz dyszała już jak zarzynane zwierzę, czego dopełniały cienkie kwilenie i niekontrolowane piski.&lt;br /&gt;Wtedy nadeszła matczyna dłoń, i wyrwała ją ze snu.&lt;br /&gt;Z trudem rozwarła powieki, choćby złączone klejem. Poderwała się na łokieć, żeby uniknąć ponownego zatopienia się w śnie.&lt;br /&gt;- To podegares. - Wiedziała, że mama mówi o śnie. - Ciężko to przetłumaczyć na nasz język. Tak dosłownie to byłoby równanie pierwiastka kwadratowego.&lt;br /&gt;Taak... Coś mignęło w odmętach jej świadomości. Zanim podbiegła Hanka, myślała o sprzężeniach zwrotnych dodatnich. Że życie jest tak parszywe, że nieszczęścia się mnożą, powielają bez końca, pierwiastek, potęga...?&lt;br /&gt;- Już po wszystkim. - Matczyna dłoń dotknęła jej czoła.&lt;br /&gt;I po chwili znów leżała, w myślach szamocząc się z niewidzialnymi więzami, dysząc, pojękując i mentalnie kolebiąc się jak epileptyk. Kiedy udało jej się wyrwać zachłannym szponom snu, zmrużyła oczy przed słońcem. W łóżku była sama.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Spojrzał na nią. Siedziała na tym plastikowym, białym krześle, z podkulonymi do piersi nogami, bawiąc się ołówkiem. Patrzyła na niego a to przez wielkie okulary przeciwsłoneczne, a to unosiła je nieco, odgarniając nimi włosy z czoła.&lt;br /&gt;- Zrozum. Bo patrz, w całym wszechświecie są częstotliwości... - kontynuował rozentuzjazmowany, gestykulując z pasją. - I one odpowiadają za...&lt;br /&gt;- Ale po co?&lt;br /&gt;- Co "po co?" - zapytał, zbity z pantałyku.&lt;br /&gt;Uśmiechnęła się łagodnie.&lt;br /&gt;- Mnie w życiu chodzi głównie o to, żeby być szczęśliwą. Jest wystarczająco trudne, żeby jeszcze myśleć "o, to jest tak, bo częstotliwość", "a ciekawe, dlaczego on nie wpadł pod auto, czy myśl boska..."... Po co? - I znów ten łagodny, nieco zagadkowy uśmiech. Opuściła okulary. - Nie chcę, żeby takie coś zaśmiecało mi głowę.&lt;br /&gt;- Ale jak przeczytasz tę książkę... - zaczął.&lt;br /&gt;- To w nią nie uwierzę.&lt;br /&gt;- Nie? - zdziwił się.&lt;br /&gt;- Nie. Bo, widzisz - tu uniosła okulary i spojrzała na niego z ukosa, jakby z pobłażaniem - to fajnie wiedzieć, nie powiem, że i mnie to czasem nie kręci, jak to wszystko działa, ale pewnych rzeczy nie trzeba tłumaczyć. Na przykład, jest sobie piękno. I chodzi o to, żeby piękna nie mąciło mi myślenie o sile wszechświata i częstotliwościach. - Zdjęła okulary z głowy i zaczęła je sobie obracać w dłoniach - Dla mnie liczy się to, jak światło pięknie opływa rzeczy i ślizga się po nich. Jak szemrze woda. Jak merda ogonem pies. Jak pięknie pachnie świeży chleb albo jak pięknie pyszne są naleśniki.&lt;br /&gt;Wpatrywał się w nią, usiłując znaleźć jakiś kontrargument. Na powrót włożywszy okulary na głowę jak przepaskę, obdarzyła go promiennym uśmiechem.&lt;br /&gt;- Po co szufladkować. Przecież proste rzeczy są takie piękne.&lt;br /&gt;I był w niej taki spokój, że nie zapomniał tego do dziś.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-4179193500209733919?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/4179193500209733919/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=4179193500209733919' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/4179193500209733919'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/4179193500209733919'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2011/07/z-rzzycia-wziete.html' title='Z (rz/ż)yci(a) wzięte.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-8466272162241316450</id><published>2011-07-19T22:38:00.005+02:00</published><updated>2011-07-21T23:25:41.738+02:00</updated><title type='text'>O zakłamaniu.</title><content type='html'>Spójrzcie na tego pana. On jest taki smutny.&lt;br /&gt;Gdyby smutek istniał fizycznie, właśnie materializowałby się nad głową tego pana w postaci siwej, ciężkiej chmury. Spowijałby tego pana na podobieństwo rozwścieczonej, najeżonej kolcami bańki, warczącej i gotowej chapnąć każdego, kto podszedłby za blisko w zbyt pogodnym nastroju. Naturalnie, ten pan sam nie neguje cudzego szczęścia.&lt;br /&gt;Jest taki smutny.&lt;br /&gt;Nosi smutną, prostą, szarą koszulkę i do tego jeszcze smutniejsze spodnie w stanie tak opłakanym, jakby wpadły pod kombajn. Buty ma także smutne. Przetarte halówki, które już dawno temu zaczęły mówić i nawet zaczęły hodować sobie uszy. U jego boku zwykle wisi smutna torba, której ramię wiecznie pokrywają smętnie powiewające kępki psiej sierści. Czasami, kiedy ten smutny pan usiądzie, spod nogawki wychynie smutna, frotowa skarpetka; tej na prawej nodze coś musiało odgryźć spory kawałek.&lt;br /&gt;Ten pan ma takie smutne oczy.&lt;br /&gt;Ten smutny pan patrzy tymi smutnymi oczami na ludzi. Dzieci bawiące się w parku; trzymane za rączki przez rodziców; starszych ludzi wychodzących z psami, jedynymi towarzyszami nieudolnej starości; zakochanych, wlepiających w siebie pełen uwielbienia wzrok; roześmiane grupki. Ten smutny pan tymi smutnymi oczami śledzi także otoczenie. Fruwające motyle; gałęzie drzew szumiące na wietrze; słońce rzucające długie cienie albo zalewające wszystko tym magicznym, złotem światłem; wodę szemrzącą w strumieniu; samochody sunące jak mrówki; zwaliste wieżowce; poznaczone dziurami drogi.&lt;br /&gt;Niekiedy smutne oczy tego smutnego pana zwężają się. Na przykład, kiedy widzi mężczyzn ryjących się na chama w drzwiach przed kobietami. Kiedy mija stojące pod klatkami kilkuosobowe grupy, których jedynym zajęciem wydaje się palenie fajek w monstrualnych ilościach, miotanie bluzgów, kretyńskie rechotanie i bycie idiotami. Kiedy słyszy młodych - i nie tylko - i ich "oo, popatrzcie, jakie ma bufoniaste galoty, co to, ze śmietnika je wyciągnęłaś? Hahahahaha! Wypierdalaj stąd, wypłoszu, bo cię kto, co jeszcze wyrucha!", czemu towarzyszą gwizdy i bezlitosne, szydercze wybuchy śmiechy. Kiedy stoi w autobusie, trzymając się rurki i obserwując młodziutką dziewczynę siedzącą przy drzwiach i intensywnie żującą gumę do żucia. Dziewczyna ma pofarbowane na czarno włosy. Na przystanku wsiada starsza pani, której dłonie z drżeniem trzymające laskę pokryte są plamami wątrobowymi. Wątłe kosmyki siwych włosów muskają jej skórę pomarszczoną jak jabłko, które leżało miesiąc na słońcu. Dłonie dygoczą jej naprawdę wyraźnie - autobus zatłoczony - żująca gumę dziewczyna wprost gapi się na staruszkę - ruch szczęką - balon - zakłada jedną młodą nogę na drugą młodą nogę - ruch szczęką - unosi brwi, po jej ustach błąka się lekki, pokpiewający uśmieszek, jakby myślała "Pff! Bo jej ustąpię" - odwraca głowę - balon! - staruszka stoi.&lt;br /&gt;Niekiedy smutna twarz tego smutnego pana tężeje, a żyła na skroni zaczyna pulsować i palce u rąk zginać się, i prostować mimowolnie. Na przykład, kiedy napotyka na ulicy takie dziewczyny, jak tamte dwie. Zanosiły się pijackim śmiechem, a wionęło od nich wódą i tanim jabcokiem. Cycki o mało co nie wyskakiwały im ze staników, których ramiączka rozpoczęły nieuchronną wędrówkę w dół ramion. Biodra kołysałyby się ponętnie, gdyby nie fakt, że ich właścicielki nie tylko gubiły się w rozróżnianiu góry od dołu, ale też rąk od nóg. Dziewczyny tuliły się do chłopaków mniej nakurwionych od nich, ale wyraźnie spalonych. Męski dłonie chciwie błądziły po łatwych ciałach; usta łapczywie przysysały się do ust dziewcząt, w przerwach pomiędzy kolejnymi salwami śmiechu; cycki były tłamszone, dłonie błądziły pod bluzkami i wciskały się w spodnie. Czasami któraś z dziewczyn strzelała oczami, zawisała na aktualnym partnerze i wydawała z siebie jęk niewysłowionej rozkoszy, i sama zaczynała gmerać przy rozporku męskich spodni.&lt;br /&gt;Niekiedy szczęki tego smutnego pana zdają się zaciskać tak mocno, że można by dosłyszeć zgrzyt zębów. Na przykład, kiedy jedzie autobusem, do którego wsiada młoda, ciężarna kobieta. Wszystkie miejsca są zajęte przez starszych ludzi, którzy potrafią stać godzinami w kolejce, plotkując, ale w autobusie muszą usiąść na piętnaście minut. Wchodzi taka młoda przyszła matka i uśmiecha się z lekkim zakłopotaniem, prosząco, czy nie znalazłoby się dla niej jakieś miejsce. Wtedy odzywają się starzy. Padają wyzwiska: "dziwka, czy nie należało pomyśleć, zanim się zrobiło bachora? Teraz to takie młode, dziwkarstwo, daje dupy, za naszych czasów, a teraz chce siedzieć, a niech stoi! Myśli, że jak nosi bachora, to będzie siedzieć, a gówno! Jak możesz z takim brzuchem chodzić, no patrzcie, dziwka młoda, nie, to postoisz!" Złowieszczy szum narasta, głosy przybierają na sile - oczy kobiety zachodzą łzami - oczy starców zdają się zaraz wyskoczyć z orbit, pryska ślina, zaczynają przypominać rozsierdzone, zasuszone wilczury, drące się o ochłap.&lt;br /&gt;Niekiedy smutna twarz tego smutnego pana zmienia się w groteskową maskę nienawiści. Lubi przyjść do kościoła, żeby posłuchać dzwonów od wewnątrz. Dźwięk jest taki tubalny, wstrząsa ścianami, przenika ciało na wskroś. Najlepiej, jak kościół jest pusty. Ten smutny pan nie wierzy; o nie. Ten smutny pan wodzi swoimi smutnymi oczami po pysznych złoceniach, ornamentach, ołtarzach kipiących bogactwem. Ale zaraz rozlega się bicie dzwonów i ten smutny pan przymyka swoje smutne oczy, i smutna twarz tego smutnego pana wygładza się. I kiedy tak siedzi w kościele, czasami zerknie na spowiadających się. Padają na kolana w konfesjonałach przypominających wrota piekielne. Żarliwie wyrzucają swoje obrzydliwe grzechy, odrażająco pokorni, zakłamani; niektórzy przychodzą ze ściągami i z nich czytają grzechy; czasami dosłyszy jakiś pełen żałości, wręcz załamujący się szept "zrobiłem to a tamto", "żałuję bardzo", "proszę o przebaczenie!". Kapłan czyni znak krzyża, rozgrzesza, penitent zrywa się na równe nogi i gorliwie udaje się odmówić pokutę. Ten smutny pan z trudem powstrzymuje konwulsje, żeby nie podbiec do ołtarza, nie porwać pierwszego z brzegu bibelotu i nie huknąć nim w głowę zakłamanego pokutnika. Te wszystkie grzechy, całe lawiny grzechu, puste obietnice poprawy. Taki to przed spowiedzią wykurzy fajkę, wyspowiada się z tego, wyjdzie i zapali znowu. Jeszcze dziś schleje się jak dzika świnia, będzie się rżnął, zgwałci kogoś, okłamie, okradnie, zakatuje. Padnie przed sługą bożym, na wydechu wyrzuci z siebie potok słów, wypierdzianych formułek, krzyż i grzechów nie ma. Można na nowo zapełniać konto.&lt;br /&gt;Niekiedy ten smutny pan promienieje cichą furią. Starsi ludzie, którzy tępią alkohol i unoszą się swoim "ja nigdy nie piłem!". Rodzice i ich "bo tak", "bo nie" czy "nie pyskuj". Wszędobylscy hipokryci, dwulicowi plugawcy, zapluci oszuści.&lt;br /&gt;Ten pan jest taki smutny.&lt;br /&gt;Smutno przewraca kartki książki. Ze smutkiem wpatruje się w niebo. Ze smutkiem stawia kolejne kroki na nierównym chodniku. Smutno je, smutno siedzi, smutno wstaje, smutno wodzi palcem po grzbietach zakurzonych tomideł, smutno marzy.&lt;br /&gt;Ten pan jest taki smutny.&lt;br /&gt;Ten pan jest mordercą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;To był ładny dzień.&lt;br /&gt;Węgiel powoli dogasał; rzadkie, lekkie podmuchy wiatru na chwilę rozżarzały jego bryłki, by zaraz na powrót pochłonęła je ciemność. W ciepłym, letnim powietrzu rozbrzmiewały odległe cykady i natrętne bzyczenie komarów. Ćmy niezdarnie trzepotały przy oknach, w których paliło się światło.&lt;br /&gt;- P... olej!&lt;br /&gt;Rozległy się śmiechy i niewprawna już ręka niezgrabnie sięgnęła po flaszkę, i zaczęła rozlewać wódkę do kieliszków, a także naokoło nich. Po drodze strąciła ze stołu karton soku, co zostało przyjęte chóralnym, radosnym "ups!". Czyjaś rozochocona noga dodatkowo kopnęła karton, oblewając parę innych nóg sokiem.&lt;br /&gt;Światło padające zza szyb wyłaniało z ciemności twarze w stanie mniejszego lub większego błogostanu. Zatańczyło na krawędziach kieliszków, które przytknięto do ust - siup! - i odłożono z powrotem. Gwar rozmów wybuchnął na nowo. Tak właściwie określenie "rozmowy" było sporo naciągane - przy stole toczyło się kilkanaście równoległych, a nawet prostopadłych monologów, co jakiś czas przybierających na głośności, kiedy inne monologi zaczynały wybijać się ponad rozmowę.&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;... Atie... A-tieczystwa nasze swabooodnaje, druż-ż...żby narooodaw nadiożnyj opłaat...&lt;/span&gt; - zaintonował niski, damski głos, co wywołało kolejną salwę pijackiego rechotu. Jego właścicielka była tak drobna, że można by ją podnieść jedną ręką, a talię porównać do rolki srajtaśmy. W tej chwili jej zazwyczaj dziewczęcy, melodyjny głos brzmiał jak ukradziony zarośniętemu rumcajsowi. - &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Pusc at pabiedy...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Jej twarz rozświetlał błogi uśmiech. Sennie dyrygowała sobie do rytmu, kołysząc się. Włosy opadły jej na twarz. Zatoczyła się mocniej, na ramię kolegi.&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;... k wiedjot... k pobiedie... k pabiedie wiedjot...!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Śmiechy gruchnęły o ściany na podobieństwo palpy z karabinu. Lena z niesmakiem ściągnęła usta i skrzyżowała ręce na piersi. Spojrzała na zamknięte drzwi, jakby wyrządziły jej jakąś specjalną krzywdę. Kiedy rozległ się brzęk tłuczonego szkła, szczęka zaczęła jej lekko drgać.&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Skwoź graazy sijało na-am sołnce swabooody...!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;- Ja tego nie wytrzymam! - wybuchnęła Lena.&lt;br /&gt;Karolina spojrzała na nią. Już od pewnego czasu zastanawiała się, kiedy to w końcu nastąpi. Sama dziwiła się swojemu stoickiemu spokojowi, że do tej pory jeszcze nie wstała i nie huknęła Leny przez łeb za jej ostentacyjne wzdychanie, patrzenie w stronę drzwi, potupywanie, wiercenie się na swojej tłustawej dupie, gimnastykowanie ramion na piersi, znowu wzdychanie, prychanie i marszczenie nosa, jakby któryś z niepijących, którzy uciekli do środka przed komarami i zimnem, zesrał się na środek pokoju.&lt;br /&gt;- Brzmi dosyć zabawnie - stwierdziła Karolina z namysłem.&lt;br /&gt;Lena rzuciła jej piorunujące spojrzenie zdolne wgnieść w ścianę.&lt;br /&gt;- To... - reszta jej słów utonęła w wyjątkowo głośnym crescendo "&lt;span style="font-style: italic;"&gt;rieszaaAaaAajem sudbu pakalieeeEEEeEeenij...!&lt;/span&gt;", przetykanym strzępkami kolęd po angielsku wyrzucanych z męskiej krtani.&lt;br /&gt;Lena wstała i zaczęła kursować w tę i z powrotem po pokoju. Jej włosy zdawały się wręcz elektryzować.&lt;br /&gt;- Co za rozbestwiona hołota!&lt;br /&gt;Karolina ściągnęła brwi.&lt;br /&gt;- Ale, Lena, przecież to było wiadome, że będą pić.&lt;br /&gt;- Ale to... - Lena z wściekłością machnęła ręką ku drzwiom. - To jest obrzydliwe!&lt;br /&gt;Pozostali trzeźwi, w liczbie dwojga, obserwowali je z niemym zainteresowaniem.&lt;br /&gt;- Ty kiedykolwiek piłaś? - zaciekawiła się Karolina.&lt;br /&gt;Odraza, jaka malowała się na twarzy Leny, wystarczyła za odpowiedź.&lt;br /&gt;- No to co oceniasz?&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;... Znamia sawietskaje, znamia narodnaje...!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;- Ona jest kompletnie pijaniusieńka! - warknęła Lena.&lt;br /&gt;- Ale kto jej broni? Przecież nikogo nie zgwałci i nie umrze.&lt;br /&gt;- Ona ma chłopaka! - już prawie ryknęła Lena.&lt;br /&gt;- Polecisz mu powiedzieć, że jak przestała rozróżniać górę od dołu, to się otarła o jakiegoś gościa? - zapytała Karolina chłodno.&lt;br /&gt;- Ale to nie pierwszy raz! - &lt;span style="font-style: italic;"&gt;... Zachwatczikow podłyyych...!&lt;/span&gt; - Co się przecież działo na urodzinach Tomka... Każdy o tym wie...&lt;br /&gt;- A co się działo? - ożywiła się Karolina.&lt;br /&gt;- Po-olewamy!&lt;br /&gt;Na zewnątrz zaświergotały dziewczęcy piski i męskie "u... ważżaj!", kiedy zaskrzypiało i zabrzęczało, jakby ktoś, wstając, podważył stół.&lt;br /&gt;- Nie mnie o tym mówić - burknęła Lena.&lt;br /&gt;- Co się działo? - Karolina zwróciła się do Ali.&lt;br /&gt;Ala bąknęła coś tam, że to też nie jej sprawa.&lt;br /&gt;- Hej! &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Sojuz nieruszymyj...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;- Ale to co, stało się coś bardzo złego?&lt;br /&gt;- No, nie... - odparła Ala niechętnie, w ogniu spojrzenia Leny.&lt;br /&gt;- No, to w czym problem? Zwłaszcza, że przecież ponoć każdy o tym wie. To i ja się dowiem.&lt;br /&gt;- Kogo to obchodzi, co się działo na czyichś urodzinach - fuknęła Lena.&lt;br /&gt;Zapadła ciężka cisza. Chwilę przysłuchiwali się paru przecinającym się śpiewom i brzdąkaniu gitary. Lena najwyraźniej na chwilę pogodziła się ze swoim żałosnym położeniem, bo zaczęła:&lt;br /&gt;- A wiecie, jak byłam na urodzinach Sary...&lt;br /&gt;- A kogo to obchodzi, co się działo na czyichś urodzinach - powiedziała Karolina z przymilnym uśmiechem.&lt;br /&gt;Gdyby spojrzenie było namacalne, Lena zasztyletowałaby swoim Karolinę.&lt;br /&gt;Nagle drzwi otwarły się z trzaskiem i wpadła przez nie drobniutka Kinia, mrugając zawzięcie oczami. Na widok reszty towarzyszy na jej usta wpełzł uśmiech tak szeroki, jak wsadziła sobie banana w poprzek ust.&lt;br /&gt;- &lt;span style="font-style: italic;"&gt;Maji tawariszcze...!&lt;/span&gt; - zawołała radośnie.&lt;br /&gt;Czyjaś uśmiechnięta głowa zajrzała do środka, a za nią wsunęła się ręka i łagodnie, acz stanowczo pociągnęła Kinię za sobą. Karolina wyszczerzyła zęby.&lt;br /&gt;Lena wyglądała, jakby trafił ją piorun. Uniosła dłoń do piersi, dysząc ciężko. Kiedy w końcu jej oczy nie były już tak wybałuszone jak u ściśniętej żaby i odzyskała głos, krzyknęła:&lt;br /&gt;- Idę stąd! Ja tego nie wytrzymam! Co za pijacy!&lt;br /&gt;Karolina wreszcie straciła cierpliwość.&lt;br /&gt;- A ty jak będziesz kiedyś pić, to co, kurwa, myślisz, będziesz się zachowywać?&lt;br /&gt;Lena poruszyła ustami.&lt;br /&gt;- Kiedyś!&lt;br /&gt;- Oczywiście. Myślisz, że nadal będziesz taka elokwentna, ułożona i wypierdzianie ę i ą?&lt;br /&gt;- Na pewno nie będę taka - wycedziła Lena.&lt;br /&gt;Karolina uśmiechnęła się wzgardliwie. Wstała i chwyciła kurtkę.&lt;br /&gt;- Wiesz co? - Obejrzała się na nią, z ręką na klamce. - To powodzenia. Aha. I... - Przez jej twarz przemknął lekki uśmiech. - Weź się opierdol.&lt;br /&gt;I wyszła, wdeptując w rozlaną plamę soku. Powitały ją ucieszone okrzyki i poklepywanie po plecach, jak stęsknione szczenięta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Chłonął wzrokiem jej postać.&lt;br /&gt;Była taka piękna...! Te zmysłowe, jakby nabiegłe krwią usta, te gęste, ciemne włosy, ta mleczna, nieskazitelna skóra... Takie drobne, smagłe ciało, takie delikatne dłonie... Ciało tak wiotkie, że zdawałoby się, że pęknie przy mocniejszym uścisku... A zarazem ten lekki, nieco szelmowski uśmiech i pełne pożądania spojrzenie.&lt;br /&gt;Ostrożnie, jakby bojąc się, że ta piękna, krucha istota się rozsypie, ujął w dłonie jej twarz. Chwilę patrzył w te zielonkawe oczy - pożądanie już niemal sprawiało mu ból - pełne ufności, po czym złożył delikatny pocałunek na tych kuszących ustach.&lt;br /&gt;Nieśmiało się mu oddała. Delikatna dłoń niepewnie rozpoczęła wędrówkę po jego ciele. Po chwili musnął językiem jej wargi, drżąc z poskramianej żądzy; z wahaniem rozchyliła wargi. Wniknął w głąb jej ust.&lt;br /&gt;Jego język natrafił na coś. Było jakby... szkliste.&lt;br /&gt;Gwałtownie się cofnął. Nadal stała przed nim ta piękna, blada istota, nadal wpatrzona w niego. Powoli opuściła rękę. Postąpił jeszcze o krok do tyłu. Krew ryczała mu w żyłach.&lt;br /&gt;Z tych zmysłowych, jakby nabiegłych krwią ust wychynęła gałka oczna. Łypnęła na niego, po czym zaczęła się z wolna obracać, sondując otoczenie. Zmysłowe wargi wykrzywił lekki uśmiech. Delikatne dłonie sięgnęły ku niemu.&lt;br /&gt;Jego krzyk jeszcze długo odbijał się od ścian.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-8466272162241316450?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/8466272162241316450/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=8466272162241316450' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/8466272162241316450'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/8466272162241316450'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2011/07/o-zakamaniu.html' title='O zakłamaniu.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-7483485243884217926</id><published>2011-07-14T23:09:00.004+02:00</published><updated>2011-07-15T21:56:41.187+02:00</updated><title type='text'>Myślenie powinno być zakazane.</title><content type='html'>Chłopiec żuł gumę do żucia.&lt;br /&gt;Miał dosyć długie, kręcone włosy i dziwnie za duże, migdałowate oczy. Był pozornie opalony; pozornie, bo z bliska można było dostrzec, że to całe kolonie piegów tworzyły na jego twarzy jedną wielką, brązową plamę.&lt;br /&gt;Chłopiec żuł gumę do żucia, siedząc na parapecie i dyndając jedną nogą. Stukał przy tym przetartym, brązowym butem o kaloryfer.&lt;br /&gt;Si przyglądała mu się zza szyby już od pewnego czasu. Nawet nie wiedziała, dlaczego. Tylko się rozglądał i co jakiś czas strzelał z gumy do żucia. O ile mogła ocenić, bez specjalnego zainteresowania, ale też bez znużenia.&lt;br /&gt;W końcu zatrzymał na niej wzrok na dłużej i ześlizgnął się z parapetu. Odczuła jakiś dziwny niepokój. Przypomniał jej... coś.&lt;br /&gt;Podszedł do drzwi, więc je otworzyła przed nim.&lt;br /&gt;Widziała odbijające się w jego oczach ścianę przeszkloną ogromnymi oknami i nieruchomą taflę wody. Wszystko było tak... ciche, nieskazitelne, skąpane w tym mlecznym blasku, kiedy niebo jest jednolicie szare, ni to nie ma słońca, nie chmur i kiedy zdaje się promieniować, jak jarzący się ekran.&lt;br /&gt;Chłopiec stał i patrzył. Si nie potrafiła określić, czy z podziwem, czy z pogardą.&lt;br /&gt;- Czego szukasz? - zagaiła.&lt;br /&gt;Rozchylił usta w zagadkowym uśmiechu i zauważyła szparę pomiędzy jego przednimi zębami. Dopiero po krępującej chwili skierował na nią beznamiętny wzrok. Ponownie naszło ją to nieprzyjemne uczucie.&lt;br /&gt;- Lubię tę ciszę - powiedziała, chcąc zapełnić milczenie.- Jak jest tak pusto. Fajnie tak.&lt;br /&gt;Nawet nie dał po sobie poznać, że ją słucha. Powrócił do wodzenia wzrokiem po wodzie, ławkach, kafelkach. Bezwstydnie prześlizgnął oczami po całym ciele Si. Kiedy znów na jego twarz wpełzł nieodgadnięty uśmiech, odkryła, że bynajmniej nie ma związku z wesołością; bardziej przypominał skurcz wywołany bólem brzucha. Zaczynała się denerwować coraz bardziej.&lt;br /&gt;- Zgubiłeś się? - zatrajkotała już trochę nerwowo.&lt;br /&gt;Znowu tylko spojrzenie - i nagle na powierzchnię jej świadomości przebiła się groteskowa myśl. On ma takie martwe oczy. Takie puste. Jak dwa guziki. To było tak upiorne, że nie mogła powstrzymać dreszczu, jaki ją przeszedł.&lt;br /&gt;Nerwy napięły jej się tak, że prawie odczuła fizyczny ból. Chłopiec dalej żuł gumę, wodząc beznamiętnym wzrokiem. Zrobił balona, strzelił i żując, zerknął na Si.&lt;br /&gt;Widziała, jak zbladł. Oczy rozszerzyły mu się i gwałtownie nabrał powietrza. Jednocześnie usłyszała niski, wzbierający jakby huk i krzyknęła cicho. Woda wystąpiła z brzegów.&lt;br /&gt;To nie było tak, jakby wybuchła podwodna bomba albo wytrysnął gejzer. Nie bluznął żaden słup wody. Nie było nawet fali. Nawet nie rozstąpiła się jak przed Mojżeszem. Po prostu nagle wszędzie sięgała gdzieś do poziomu kostek i w błyskawicznym tempie zaczęła się wznosić. Si czuła, że jest ciepła, jak normalna woda w basenie - patrzyła, jak wspina się po jej nodze, nieruchoma jak lustro - widziała siebie, pochyloną, z twarzą wykrzywioną przerażeniem - i chłopca, który otworzył usta do krzyku.&lt;br /&gt;Wrzask uderzył ją z siłą rozpędzonego nosorożca. Dosłownie wwiercał się w uszy i dzwonił zębami, i nie wiedziała, czy mózg nie wypłynie jej przez to uszami, a gałki oczne nie eksplodują. Sama zaczęła drzeć się jak opętana, woda sięgała już kolan, nieruchoma zero kręgów obłapiająca tak nieskazitelna nawet nie zauważyła, kiedy chłopiec przestał krzyczeć. Stał przed nią, zasmarkany, zapłakany, tak zrozpaczony, że aż oprzytomniała.&lt;br /&gt;- ...j! - wydusiła z siebie i porwała go za ramię.&lt;br /&gt;Od zamkniętych drzwi dzieliły ich ze dwa metry. Jeden krok - i woda już sięgnęła jej koszulki. Kolejny rozpaczliwy, ciągnący się w nieskończoność sus - sięgała szyi. Głowa chłopca raz drygnęła ponad powierzchnią i zniknęła. Z krtani Si wyrwał się rozpaczliwy szloch. Następnie zachłysnęła się, kiedy pochłonęła ją woda.&lt;br /&gt;Dopadła drzwi i czując się, jakby biegła przez kisiel, pchnęła je. Uszy wypełnił jej głuchy huk, a potem chlust, kiedy woda bluznęła na zewnątrz. Dziewczynę ścięło z nóg. Czuła się, jakby urodziła się ponownie, a w tej chwili naokoło niej chlustały wody porodowe.&lt;br /&gt;Chłopiec żuł gumę do żucia, siedząc na parapecie i dyndając jedną nogą. Stukał przy tym przetartym, brązowym butem o kaloryfer. Chwilę przyglądała się mu z żywym zainteresowaniem, po czym podeszła.&lt;br /&gt;- Cześć - zagaiła dziarsko.&lt;br /&gt;Uśmiechnął się lekko, kącikiem ust. Dostrzegła, że jakby starał się skrupulatnie omijać kawałek przestrzeni, jaki zajmowała, więc odwzajemniła uśmiech, chcąc dodać mu otuchy.&lt;br /&gt;Zaczęła coś tam opowiadać. Jak to lubi tu przychodzić, bo fajny klimat, fajne miejsce, fajne ludzie. Był małomówny, ale jej to nie przeszkadzało. Coś ją w nim intrygowało. Choć na nią nie patrzył, jedynie żując gumę, wiedziała, że chciwie chłonie jej słowa. Sprawiał sympatyczne wrażenie i w sumie chciałaby się czegoś o nim dowiedzieć.&lt;br /&gt;W końcu na nią spojrzał i uśmiechnął się ponownie, jakby zakłopotany. Zbiło ją to nieco z tropu. Czy miała coś nie tak z twarzą? Ubrudziła się? Wizja monstrualnych rozmiarów plamy na bluzce albo oczu upodabniających ją do pandy momentalnie zbiła ją z pantałyku. Zerknęła w dół.&lt;br /&gt;Jej włosy rosły.&lt;br /&gt;Wiły się w jakiś dziwny, wręcz orgiastyczny sposób. Jak normalnie sięgały jej ramion, tak teraz sunęły gdzieś już w połowie pleców. Jak mogła tego nie poczuć? Z niedowierzaniem zanurzyła w nich dłoń. Takie grube, miękkie, sprężyste i...&lt;br /&gt;- Przepszam - bąknął chłopiec.&lt;br /&gt;Włosy poruszyły się. Czuła ich wężowe sploty prężące się jej pod palcami.&lt;br /&gt;- Nie ciałem - trajkotał nerwowo.- Tak mam już.&lt;br /&gt;Spojrzała na niego pytająco. Zamachał rękami niczym wiatrak, nie mogąc się wysłowić.&lt;br /&gt;- No. Że wszystko...- Wbił w nią błagalne spojrzenie.&lt;br /&gt;Włosy ciężką, wijącą się kaskadą spływały Si już po tyłku. Czuła, że zrozumiała.&lt;br /&gt;- Rośnie?&lt;br /&gt;Gorliwie przytaknął, ale jego entuzjazm od razu opadł, jakby ktoś spuścił z niego powietrze.&lt;br /&gt;Si popatrzyła na niego chwilę, z namysłem, po czym odstąpiła o krok w tył. Włosy znieruchomiały. Jeszcze jeden krok - powoli zaczęły się zwijać, nie, kurczyć, cofać.&lt;br /&gt;Krok do przodu i zatrzymały się, ale jakby czuwały. Wyczuwała ich delikatne drżenie, jak trącanie trzepoczącymi skrzydełkami maleńkich muszek. Jeszcze jeden do przodu i na powrót rozpoczęły swoją lubieżną wędrówkę w dół jej ciała. Si wybuchnęła gromkim śmiechem.&lt;br /&gt;Chłopiec patrzył na nią z zakłopotaniem.&lt;br /&gt;- Na serio wszystko rośnie? - wyparskała pomiędzy kolejnymi falami dzikiego chichotu.&lt;br /&gt;Ostrożnie kiwnął głową.&lt;br /&gt;- To może mi przy tobie biust urośnie! - zaśmiała się, po czym porwała go za rękę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Gdyby istniało piekło, wyglądałoby tak, jak dzisiejsze chmury.&lt;br /&gt;Niebo było niebieskie, tak, jak tylko niebieskie może być niebo. Choćby ktoś odpalił Painta i wybrał idealnie niebieski kolor. To niebo nie było błękitne, szare, sraczkowate - było opalizująco niebowate.&lt;br /&gt;Na tle tego nieba przemknęło stado ptaków.&lt;br /&gt;Tam, tam na niebie zawisły chmury. Dosłownie sprawiały wrażenie, jakby jakieś monstrualne, cyklopiczne, nieziemskie łańcuchy z drżeniem utrzymywały je w górze. Były zwaliste, zdające się ciągle piętrzyć ponad sobą, jak atomowy grzyb. Jak pyły buchające z wulkanu. Jak eksplozja.&lt;br /&gt;Milczały. Wisiały ciężko. W sumie to można by pomyśleć, że buczą cicho. Wszystko było w w miarę w porządku, gdyby nie ich kolor. Wyglądały, jakby od środka rozświetlał je jakiś piekielny blask. Taki kolor miał ogień, pożoga, krwawy zachód słońca.&lt;br /&gt;Milczały, gotowe runąć w dół. Rozrastały się, potężniały. Czarne sylwetki ptaków na ich tle wyglądały jak mrówki, w których mrowisko wetknięto kij.&lt;br /&gt;Taki kolor miało piekło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;- Coś ty powiedział?&lt;br /&gt;Kerg spojrzał groźnie na stojącego przed nim kurdupla, któremu dawał na oko góra dwanaście lat. Niedorostek był trochę gruby, miał szparę pomiędzy zębami, a aktualnie jeszcze mokre koła od potu pod pachami i brudne od trawy kolana.&lt;br /&gt;- Że stąd idźcie - powtórzył śmiało tamten.- Chcemy grać.&lt;br /&gt;I jakby wcześniej nie popierał tego stosownym przykładem, po raz kolejny wskazał na bandę obdartych chłopaczków za sobą, którzy podszczypywali, poszturchiwali i podśmiewali się między sobą. Jeden z nich, z upiornie równym przedziałkiem na głowie i w koszulce upieprzonej czymś, co wyglądało jak ptasie gówno, trzymał pod pachą piłkę.&lt;br /&gt;- Koleś - odparł Kerg z wyższością.- Mam to w dupie.&lt;br /&gt;- Do dupy to ty sobie możesz wsadzić swojego - kurdupel zripostował bez cienia lęku - i się wydupczyć.&lt;br /&gt;Siedząca na kolanach Kerga Ine była gotowa stąd iść, bo po co tacy gówniarze mają się na nich gapić? Było dużo o wiele lepszych, bardziej przytulnych miejsc niż boisko. Poza tym jej Kerg był bardzo sympatycznym człowiekiem, nie licząc chwil, kiedy coś go wytrącało z równowagi, co miało miejsce właśnie teraz. W takich momentach mimowolnie napinał mięśnie, które skakały mu pod skórą jak ziarnka suchego grochu na kijku, a szczęka zaczynała lekko drżeć.&lt;br /&gt;Kompani małego tłuściocha zagwizdali z podziwem, i zarechotali w dzikiej uciesze.&lt;br /&gt;- Dobrze - warknął Kerg. Można by prawie odczuć, jak temperatura powietrza, mimo okrutnie smażącego słońca, spadła o parę stopni. Spojrzał z powagą na Ine:- Poczekaj chwilkę.&lt;br /&gt;Ześlizgnęła się z Niego. Kerg wstał - olbrzymi, nabrzmiały i pulsujący. Wśród niedorostków podniosły się pełne zgrozy okrzyki. Oczy chłopca powiększyły się jak spodki. Ruszył z kopyta, butami ryjąc żłobki w ziemi, jednak Kerg już go dopadł.&lt;br /&gt;Jego kutas zaświszczał w powietrzu i załomotał po głowie, i ramionach chłopca. Kerg był bezlitosny. Okładał niemiłosiernie, wywijając swoim kutasem jak pejczem. Chłopiec w jakiejś panice sięgnął nawet po swojego - nie zdążył - chlast!, kutas rypnął go w rękę, aż młokos zawył z bólu. Skulił się i osłaniając głowę, i miotając bluzgi, zaczął uciekać jeszcze szybciej. Kerg gonił go, dalej grzmocąc kutasem. W końcu zadał ostatni, potężny cios przez nerki, aż z krtani chłopca wydał się niedookreślony, babski pisk i pozwolił tamtemu zwiać. Zdyszany, ale i Prężniejący z dumy, wrócił do Ine.&lt;br /&gt;- Jesteś wspaniały - powiedziała z oczami błyszczącymi podziwem.&lt;br /&gt;Po czym wskoczyła na niego, oplatając go nogami, a on schował swój oręż do pochwy.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-7483485243884217926?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/7483485243884217926/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=7483485243884217926' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/7483485243884217926'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/7483485243884217926'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2011/07/myslenie-powinno-byc-zakazane.html' title='Myślenie powinno być zakazane.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-3809385947177589199</id><published>2011-06-03T23:15:00.002+02:00</published><updated>2011-06-03T23:19:41.809+02:00</updated><title type='text'>Sennie.</title><content type='html'>Czuła, że to już kiedyś było.&lt;br /&gt;Nie potrafiła określić, czy to jakieś deja-vu, czy tylko figiel spłatany przez umysł, ale całe jej Ja - począwszy od pomalowanych na śliwkowy kolor paznokci palców u stóp, poprzez nogi porośnięte króciutkimi, sztywnymi włoskami, nieco wystające biodra, cycki podtrzymywane przez nieśmiertelny, różowy stanik w kurczaczki, aż do nieco ulizanych ciemnych włosów z przedziałkiem tak równiutkim, że choćby uczesanym z chirurgiczną precyzją - mówiło, że to kolejny raz. Uczucie zdawało się wibrować w mięśniach i rozlewać po ciele, jakby całe mrowisko dreptało jej tuż pod skórą, ni to kłując, ni to smerając.&lt;br /&gt;Uczucie było w każdym razie diabelsko nieprzyjemne. Podniosła się jeszcze bardziej, do siadu, podciągając kołdrę.&lt;br /&gt;Pokój był pusty. Otwarte drzwi tworzyły oślepiająco biały prostokąt światła, wyłaniającego z ciemności szare ściany i sylwetki różnych dupereli porozwalanych po podłodze.&lt;br /&gt;Wiedziała, że to już kiedyś było. Idealnie powtarzając przeszłość, wykonała ten sam ruch, żeby podciągnąć nogi do piersi i jeszcze bardziej zasłonić się kołdrą, jakby te parę centymetrów pierza między dwoma warstwami szmat stanowiło jakąkolwiek przeszkodę. I doskonale pamiętała, jak wtedy pomyślała to samo co teraz - jak teraz pomyślała to samo co wtedy - "przed czym?"&lt;br /&gt;Dreszcze z przeszłości przebiegły po jej plecach, te lodowate nóżki mrówek.&lt;br /&gt;Nadchodził.&lt;br /&gt;Tego nie wiedziała w przeszłości, wtedy było tylko przeczucie. Teraz to wiedziała, bo to było to. I lodowata łapa strachu ścisnęła ją za gardło, na chwilę pozbawiając oddechu.&lt;br /&gt;Obróciła głową, aż zafurkotało. Nie zauważyła niczego, co nadawałoby się do obrony, zresztą - nawet dysponując morgensternem czy bazooką miała równie duże szanse, co miotacz ognia wobec fali tsunami. Było jej już gorąco z narastającego przerażenia. Ile miała czasu? Wyskoczyła z łóżka, wciąż kurczowo przyciskając kołdrę do piersi i potykając się o nią. Zmrużyła oczy przez światłem. Zamarła.&lt;br /&gt;W bieli zaczął rysować się jakiś kształt, zarys sylwetki.&lt;br /&gt;Z krtani wyrwał się jej tłumiony szloch i odrzuciła kołdrę, i rzuciła się ku wyjściu.&lt;br /&gt;Światło ją oślepiło (dlaczego?), z wręcz jakimś hukiem. Widziała tylko biel pełną plam powidoków. Zatoczyła się jak pijana. Nagle, ze zgrozą uświadomiła sobie, że postać nabiera kształtów, rośnie, zbliża się... Z cichym okrzykiem odepchnęła się ręką od ściany i rzuciła w prawo, schodami w dół.&lt;br /&gt;Liczyły parę stopni, a mimo to biegła i biegła, i biegła. Rozciągały się w nieskończoność. Zaryzykowała rzut okiem w tył - i wrzasnęła, bo to stało na szczycie schodów, zaledwie kilka schodków od niej. Złapała za poręcz, która drgnęła pod jej ręką jak wąż prężący się do skoku.&lt;br /&gt;Wszystko falowało. Ściany wybrzuszały się. Poręcz wypuszczała pędy, pnące się po tych ścianach, wijące i chłoszczące powietrze. Czuła schody, jak zaczęły podrygiwać pod jej stopami. Wydało jej się, że czuje chłodny podmuch na plecach - zapiszczała histerycznie - po schodach przeszła fala, jakby ktoś strzepnął dywan - i już straciła równowagę - huk - głowa pulsowała jej tępym bólem, a krew z rozciętej brwi zalewała oko. Wszystko wokół ryczało, jak jakiś cyklon, ale mimo to usłyszała niespieszne szuranie z tyłu. Na oślep rzuciła się do ucieczki.&lt;br /&gt;Korytarz skręcał się w klepsydry, zdeformowane trójkąty i kształty zbyt niedorobione, żeby dało się je w ogóle określić. Podłoga kłębiła się już tak jak kołdra podczas dzikiego seksu. Ona sama miała wrażenie, że biegnie na szczudłach, jej nogi wydłużają się, stają się pałąkowate, a ona pokraczna i pająkowata. Serce waliło jej młotem, a dudnienie krwi w skroniach nieomal zagłuszało otaczający ją wszechryk.&lt;br /&gt;Po podłodze przemknęła fala, ścinając ją z nóg. Nagle zapadła cisza, jakby wsadziła głowę pod wodę.&lt;br /&gt;Była w jakiejś komnacie. Pokoju. Pieprzyć to. Deski podłogi pokrywał kurz, a odległe, brudne ściany - zacieki i strzępy pajęczyn. Przetoczyła się na plecy.&lt;br /&gt;Stało w progu, czarne, milczące i tak złe, że samo to zło zdawało się kondensować nad tego głową jako czarna chmura.&lt;br /&gt;Zaczęła wrzeszczeć, tak głośno, żeby zagłuszyć cały swój strach, swoje myśli, zedrzeć sobie gardło, wypluć swoje wnętrzności, zacząć się wić orać paznokciami twarz wszystko byleby nie patrzeć na to nie być tu nie widzieć nie słyszeć nie czuć o mamo proszę ja nie chcę pomóż ucieczka desperacko potoczyła oczami - ściana - ściana - ściana - sufit - z fotograficzną dokładnością odnotowała siatkę pęknięć na suficie w jednym z rogów, wstrząsnął nią dreszcz, a z oczu polały się strumienie łez nie błagam nie.&lt;br /&gt;- - zawyła dziko.&lt;br /&gt;Wiedziała, że to był już koniec, jednak nie umiała powstrzymać łez. Kształt zaczął zanikać, rozwiewać się i nie minęła chwila, jak nie zostało już nic. Wybuchnęła jeszcze bardziej rzewnym płaczem, ulgi.&lt;br /&gt;Siedziała w fotelu, czytając książkę. Obok ojciec leżał na kanapie z laptopem na brzuchu, zawzięcie wystukując coś na klawiaturze. W pewnym momencie rozległo się jakby dzikie "biioong!". Wychyliła się z fotela, sięgając ponad ramieniem ojca do klawiszy i wcisnęła kombinację alt, control i delete.&lt;br /&gt;- Jakiś błąd - stwierdziła.&lt;br /&gt;I faktycznie, pojawił się komunikat o wystąpieniu błędu. Ojciec kliknął "ok".&lt;br /&gt;Po chwili znów rozległ się ten dźwięk i machinalnie, nie odrywając wzroku od książki, powtórzyła czynność. Okienko znikło.&lt;br /&gt;BIIOONG - to zahuczało jej w głowie, tak głośne, że zdawało się wypełniać cały świat. Zauważyła komunikat o błędzie przed sobą.&lt;br /&gt;Alt + ctrl + del - pomyślała. Pojawiły się prostokąty z "ok" i "anuluj", więc wcisnęła "ok", i okienko rozpłynęło się. Lecz zaraz znów przed nią zawisło.&lt;br /&gt;- O - powiedziała na głos. Jej ręka jakby sama się uniosła i wdusiła niewidzialne klawisze zawieszone w powietrzu. Komunikat zafalował i także znikł.&lt;br /&gt;Poczuła pierwsze ukłucie strachu. Na powierzchnię jej świadomości wypłynęła pewna myśl, tak jak z toni wynurzają się zwłoki topielca. Nie, nie może być.&lt;br /&gt;BIIOONG! - to zadygotały szyby w oknach, a wazony popękały z ogłuszającym trzaskiem. Odłamki gruchnęły o ściany, rozbijając się w pył. W jednym momencie wyskoczyło kilkadziesiąt komunikatów opatrzonych ogromnym "Error". Otoczyło ją morze iksów. Krzyknęła. Zaczęła rozpaczliwie wduszać przycisk "ok", jednak okienek ciągle przybywało, aż zaczęła się dusić. Rozejrzała się za "anuluj" - dwa razy "ok" obok siebie, jako jedyne opcje, połyskiwały szyderczo.&lt;br /&gt;BIIOONG! - to eksplozja dźwięku. Następnie cały wszechświat jakby zwinął się w pięść i wstrzymał oddech. Krzyknęła.&lt;br /&gt;Obróciła się z trudem, jak gdyby poruszała się w gotowanym kleju. Drzwi od toalety naprzeciwko zadygotały. I następnie, jakby jakaś olbrzymia siła usiłowała je wypchnąć, stęknęły żałośnie. Ze zgrozą patrzyła, jak od framugi po ścianie rozpełza się siatka drobnych pęknięć. Drewno zatrzeszczało, po czym zajęczało przeraźliwie. Jeszcze jedno udręczone stęknięcie i czas, i dźwięk jakby powróciły. Klamka razem z zamkiem wystrzeliła, przeleciała przez pokój z dzikim wiizgiem i zadzwoniła o ścianę, odłupując jej kawałek.&lt;br /&gt;Stało w progu, oblane ze wszystkich stron rażąco białym światłem.&lt;br /&gt;Wrzasnęła.&lt;br /&gt;Stała pośrodku gruzów. Wiatr zawiewał jej brudne, zlepione włosy na twarz. Na kamieniach leżał komputer. Podeszła do niego, po czym z wahaniem włączyła monitor. Maszyna sapnęła, monitor mignął raz i zgasł.&lt;br /&gt;Osunęła się na ziemię i zapłakała z ulgą. To już koniec.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Obudziła się w środku nocy, zlana potem i owinięta kołdrą tak ciasno, jak mumia bandażem. Miała wrażenie, że w brzuchu kłębią jej się żywe węże, usiłujące przebić się przez skórę na wolność. Chwyciła brzeg kołdry w zęby, usiłując stłumić wzbierający jej w gardle jęk bólu.&lt;br /&gt;Ten ból brzucha czuła jako -2x^2 - 2x + 4.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lun zamieszała łyżeczką i patrzyła chwilę na wysepkę piany wirującą na morzu kakao. Następnie uniosła wzrok, obserwując brata krzątającego się przy blacie. Nie - nie krzątającego się, to określenie dla bab w kraciastych fartuchach. Raczej się miotał. Krojenie chleba było dla niego procesem niezwykle zaawansowanym, więc z wyrazem nabożnego skupienia na twarzy walił bochenkiem o deskę, chcąc przepchnąć tkwiący w połowie jego grubości nóż na drugą stronę.&lt;br /&gt;Lun zachowała milczenie, dopóki nóż nie huknął o deskę do krojenia, a bochenek wyskoczył w powietrze jak wielka ryba, bryzgając chmurą okruchów i uderzył o ziemię:&lt;br /&gt;- Zachowujesz się jak ciota.&lt;br /&gt;Odwarknął coś pod nosem. Ostatnio miał stale muchy w nosie. Ze znużeniem znowu zamieszała łyżką.&lt;br /&gt;Wodziła wzrokiem za Hurzbem, jak z namaszczeniem posmarował kromkę twarożkiem. Następnie przygotował sobie herbatę, jak zwykle znacząc blat brązowymi okręgami spod dna kubka. Z rozmachem otworzył szafkę i wyjął talerz.&lt;br /&gt;Lun, siląc się na spokój, ugryzła bułkę z masłem orzechowym. Wręcz namacalnie czuła zawistne spojrzenie Hurzba wwiercające się to w nią, to w bułkę.&lt;br /&gt;- Kurwa! - wybuchnął, z hukiem stawiając talerz na stole.&lt;br /&gt;- Zamknij się.- Spojrzała na niego krzywo.&lt;br /&gt;- Wkurwia mnie to już - warknął. - Ciągle muszę takie gówno jeść, a ty...- Bezsilnie machnął ręką i wlepił w bułkę spojrzenie pełne żądzy mordu, jakby to pieczywo wyrządziło mu jakąś osobistą przykrość.- Czemu mam taki zjebany brzuch?&lt;br /&gt;Lun westchnęła.&lt;br /&gt;- Człowieku. Weź się uspokój.&lt;br /&gt;Przechodziła ostatnio przez to co dzień. Człowiekowi, który zawsze miał końskie zdrowie, nagle coś zaczęło się dziać z trawieniem. Panika, lament, płacz - żaden logiczny czy nawet nielogiczny argument nie był w stanie przebić się przez kokon zaślepienia i strachu Hurzba. Na nic powtarzanie, że to nic poważnego, że minie, że dieta, że inne pierdolniki, nie -&lt;br /&gt;- Jak mam się uspokoić, jak może ja mam raka w żołądku!&lt;br /&gt;- Tak, od razu dwa.&lt;br /&gt;- Nie śmiej się, skąd wiesz!&lt;br /&gt;- To idź do szpitala.- Lun hardo odwzajemniała jego rozwścieczone spojrzenie.&lt;br /&gt;- Ale ja wiem, skąd to mam!&lt;br /&gt;- Taak, wiem. - Wywróciła oczami. Nie omieszkał jej tego przypominać średnio dwa razy dziennie.- No to musisz się teraz wyleczyć i będzie dobrze.&lt;br /&gt;- Nic mi nie pomaga!&lt;br /&gt;Hurzb dyszał jak rozjuszony nosorożec. Usiadł tak ciężko, jakby chciał wgnieść sobą taboret w podłogę. Jego twarz przypominała jakąś upiorną maskę.&lt;br /&gt;- Dlaczego nie zaczniesz od tego, że to coś błahego - zauważyła po raz nie wiadomo który.- Ale nie - ty masz raka. Ty chyba chciałbyś go mieć. Przynajmniej byś wiedział, co ci. Jesteś powalony.&lt;br /&gt;Powróciła do swojej bułki. Po chwili spostrzegła, że Hurzb ani drgnął. Zwiesił głowę, gapiąc się na swój brzuch. Lun poczuła pierwsze ukłucie złości.&lt;br /&gt;- Jak będziesz się tak nad tym skupiał, to nigdy ci to nie przejdzie. Weź się zajmij czym innym.&lt;br /&gt;Nie chodziło o to, że miała to wszystko w dupie. Wręcz przeciwnie, doskonale rozumiała, jak się musiał czuć; swoje przeszła. Ale to histeryzowanie wytrącało ją z równowagi.&lt;br /&gt;- Jak? - odburknął - No, jak?! - Uniosła brwi.- A jeśli mam dziurę w jelitach i wszystko przez nią wypływa, i się gromadzi, i w końcu mi brzuch pęknie?&lt;br /&gt;Zamrugała. Hipotetyczny rak mógł się przy tym schować.&lt;br /&gt;- No tak - powiedziała grobowym głosem.- Masz dziurę w jelitach.&lt;br /&gt;- A skąd wiesz, że nie? - zaperzył się.&lt;br /&gt;- Dziurę to ty masz tu - tu przyłożyła palec do skroni - i ci przez nią mózg wycieka. Człowieku, cholera, posłuchaj sam siebie! Dziura, no ja cię nie mogę!&lt;br /&gt;I zajęła się śniadaniem. W myślach zaczęła liczyć, usiłując się opanować. Wzburzenie huczało jej w skroniach. Czuła się jak wersalka, której przedstawiono ideę zostania czajnikiem. Nie wierzyła, że to, co słyszała, miało miejsce naprawdę.&lt;br /&gt;- Gówno się znasz - stwierdził Hurzb.&lt;br /&gt;Kolejna minuta upłynęła w ciszy. Lun kątem oka obserwowała brata, jak jadł kromkę, z miną, jakby żuł żwirek z kuwety. W pewnym momencie przycisnął sobie dłoń do piersi i...&lt;br /&gt;- Kurdę, boli mnie to serce.&lt;br /&gt;- Może to nerwoból - odparła automatycznie.&lt;br /&gt;- Czytałem na jednym forum o takim jednym gościu, co miał podobnie, też mu było duszno i potem umarł.&lt;br /&gt;- Aha.- Lun z kamienną twarzą patrzyła w ścianę.- Szybko umarł?&lt;br /&gt;- Nie no, gdzieś po miesiącu.&lt;br /&gt;- Spoko.&lt;br /&gt;Następne słowa Hurzba sprawiły, że rozpyliła kakao na ścianę i zaczęła się krztusić.&lt;br /&gt;- Wiesz co, a jeśli ja mam dziurę w płucach?&lt;br /&gt;Lun kaszlała szaleńczo. Kiedy zdołała się nieco uspokoić, z czerwoną twarzą i łzami cieknącymi jej z oczu, wystękała:&lt;br /&gt;- Dziurę... w płucach...?&lt;br /&gt;- No - ciągnął Hurzb z narastającym lękiem.- I jak mi się jeszcze zerwie serce i wypadnie przez tę dziurę do żołądka, i się spali w tym kwasie...&lt;br /&gt;Patrzyła na niego z niedowierzaniem. Po chwili wybuchnęła spazmatycznym śmiechem, aż się popłakała i rozbolał ją brzuch. Widząc jednak, że Hurzb ani drgnął, parsknęła:&lt;br /&gt;- Sobie chyba ze mnie jądra robisz.&lt;br /&gt;Niezachwianie uparty wyraz twarzy Hurzba świadczył jednak o czymś innym. Oniemiała, Lun usiłowała odzyskać głos.&lt;br /&gt;- To jest możliwe. To by tłumaczyło nacisk i duszność, i ten ból - mówił przestraszony Hurzb.- Boże, wszystko przez ten pieprzony żołądek...&lt;br /&gt;Wcale już nie przypominał młodego faceta, który tłukł bochenkiem chleba o deskę. Jak gdyby uszło z niego powietrze; zszarzał na twarzy i zwiotczał.&lt;br /&gt;- Człowieku - wychrypiała wreszcie Lun.- Ty tępa pało. Jak... Co... - Dziko potrząsnęła głową. - Ty w to nie wierzysz. Nie...- Złapała się za włosy i wrzasnęła:- To brzmi jak scenariusz do jakiegoś tandetnego science-fiction! To też na forum wyczytałeś?&lt;br /&gt;Patrzył na nią z uporem. On w to wierzył. Widziała strach czający się w jego oczach. Uśmiechnęła się, licząc, że on odwzajemni gest i się roześmieje, i ją wyśmieje, że dała się tak nabrać, i zacznie na powrót choćby biadolić o wyimaginowanym raku.&lt;br /&gt;Zrywające się serce. Dziury. Nie. To jakiś kiepski żart.&lt;br /&gt;Nie. Znów przycisnął dłoń do piersi, jakby wsłuchując się w jakiś wewnętrzny rytm.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Serce dyndało na postrzępionej tętnicy, niekiedy wstrząsane jakimś spazmem. Był to smętny widok: obracało się z wolna, jak kurek na dachu, ociekające jakąś mazią, całe zwiotczałe i jakby bezsilne. Każdemu ruchowi akompaniowało przeraźliwe skrzypienie.&lt;br /&gt;Oko obserwatora podąża w dół. Buchają kłęby jakichś zielonkawych oparów, które rozwiewają się z wolna i ukazuje się ogromna rana, której brzegi zieją mięsem. Widać w niej ryczące zwały cieczy, furiacko kłębiące się i walące o brzegi.&lt;br /&gt;Serce dygocze. Nagle rozlega się upiorny trzask i tętnica pęka - wrzask dzikiego przerażenia wstrząsa ścianami, a potem jest już tylko donośny plusk i ten chlupoczący odgłos ssania, jak przy wyjmowaniu z błocka nogi zanurzonej w nim do połowy. Pojedyncze bąbelki znikają z powierzchni i skłębiona ciecz szaleje dalej, jakby nigdy nic.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lun potrząsnęła głową, usiłując opędzić się do nachodzących ją myśli.&lt;br /&gt;Poczuła się, jakby ktoś jej umarł.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;Wniosek: powinnam zacząć cierpieć na bezsenność. Tak będzie bezpieczniej dla społeczeństwa.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-3809385947177589199?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/3809385947177589199/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=3809385947177589199' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/3809385947177589199'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/3809385947177589199'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2011/06/sennie.html' title='Sennie.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-8657294702524656757</id><published>2011-03-23T12:40:00.007+01:00</published><updated>2011-03-23T23:12:54.580+01:00</updated><title type='text'>Załom.</title><content type='html'>Dzień, w którym Sygro się obudził, był dniem, w którym umarł.&lt;br /&gt;Żeby być bardziej precyzyjnym, nie znaczy to, że się dopiero co narodził czy reinkarnował, czy też - co bardziej ekstremalne - nigdy nie zasnął i zdarzyło mu się to po raz pierwszy, i dlatego też się obudził. Chodzi o to, że... No, sam Sygro mówił potem (potem - od momentu przebudzenia do śmierci, czyli dosyć krótko), że wszystko zaczęło się poprzedniego dnia, kiedy to, jak zawsze zresztą, poszedł do tego sklepu na rogu ulic, tego z logiem wielkiego rogalika nad wejściem, żeby kupić swojego ulubionego, lukrowanego, nadziewanego czekoladą rogalika.&lt;br /&gt;Stojąc w kolejce, nagle to poczuł. To. Uczucie było takie, jakby całe życie błąkał się w ciemnościach i nagle ktoś zapalił światło. Wystarczyło, że rozejrzał się, zatrzymał wzrok na sprzedawczyni i -&lt;br /&gt;Była upiornie brzydka. Przywodziła mu na myśl tego psa myśliwskiego o długich, oklapłych uszach, smutnych oczach i obwisłym pysku, tylko nadmuchanego, o ludzkiej skórze i w hełmie fioletowawych loczków. Poruszała się jak maszyna - przywitać się - postąpić parę ociężałych kroków - wklepać coś do kasy - postąpić parę ociężałych kroków - zdjąć coś z półki - postąpić parę ociężałych kroków - wklepać coś do kasy - postąpić parę ociężałych kroków - zdjąć coś z półki - postąpić parę ociężałych kroków - wklepać coś do kasy - postąpić parę ociężałych kroków - zdjąć coś z półki - postąpić parę ociężałych kroków - wklepać coś do kasy - postąpić parę ociężałych kroków - zdjąć coś z półki - postąpić parę ociężałych kroków - wklepać coś do kasy - postąpić parę ociężałych kroków - zdjąć coś z półki - postąpić parę ociężałych kroków - wklepać coś do kasy - wymówić cenę - zadowidzeniować na pożegnanie - przywitać się - postąpić parę ociężałych kroków - aż w głowie się kręciło. Ciągle i wciąż, i na nowo, jeden, i ten sam łańcuch czynności, jakby przesuwała się po taśmach. Sygro poczuł wstręt do równie płytkiej egzystencji, pozbawionej czegokolwiek, mechanicznej, wyklepanej, wyuczonej...&lt;br /&gt;Przy drugim, mięsnym stoisku stała niezwykle gruba kobieta. Mówiąc wprost: porównanie jej do spasionej świni było bardzo dalekie od oddania pękatości jej bebecha wylewającego się znad spodni zdających się niebezpiecznie trzeszczeć przy każdym ruchu, jej tłustych przegubów, w &lt;span&gt;które wrzynał się pasek&lt;/span&gt; zegarka i bransoletki, tych paru podbródków podrygujących jak galareta i dupska tak potężnego, że sprawiało wrażenie za szerokiego na zmieszczenie się w drzwiach. Piskliwy, wręcz dziecinnie szczebiotliwy głosik kobiety wwiercał się w uszy niczym świder. Każde słowo niosło orkiestry paznokci skrobiących po tablicy w takt jazgotu widelców sunących po talerzach. Kobieta wprawnym oczkiem łypała na stosy kiełbas, po czym swoim głosikiem wybierała produkty. Żeby jeszcze była zdecydowana! Ale nie - radziła się sprzedawczyni, wybierała, po czym brała co innego, wracała do poprzedniego, a potem znowu co innego, chciała dwadzieścia deko, albo nie, piętnaście, hmm, niee, bo to za mało, niech pani da dwadzieścia pięć, ale! - tę szyneczkę to proszę cienko pokroić, no i co to za pasztecik, hm? - a przy tym wszystkim tak się wdzięczyła, wyginając niewidoczną spod tłuszczu szyję, niczym zaklinana kobra, i kołysząc na tych dwóch baleronach nóg, jakby zamierzała zaciągnąć sprzedawczynię do łóżka. Jej słowa co jakiś czas przecinał piskliwy śmiech, brzmiący "ghna-ghna-ghna" i kończący się po crescendo krótkim, nerwowym chichotem.&lt;br /&gt;Patrząc nań i słysząc ją, Sygro odczuł przemożna potrzebę chwycenia czegoś i zdzielenia kobiety w głowę, zanim mu serce pęknie z nerwów. Zamiast tego ze spokojem kupił rogalika - jego oczy spotkały się z pustymi, zapatrzonymi gdzieś w pranie do wywieszenia i obiad do zrobienia w domu oczami sprzedawczyni - i wyszedł ze sklepu.&lt;br /&gt;Chwilowo oślepił go ostry blask słońca. Zwalił się na niego cały uliczny rumor: klaksony, ryk silników, odgłos kroków, głosy, ujadanie psów. Dwaj chłopcy z łobuzierstwem wypisanym na czołach przebiegli przez ulicę tuż przed maską granatowego Forda Focusa. Kierowca zahamował z piskiem opon, wduszając klakson, który rozdarł powietrze i obrócił głowy przechodniów. Mężczyzna wychylił się przez okno, kurwując jak opętany. Jego twarz wykrzywiał upiorny grymas - kurwa! - piana niemal toczyła się z ust - kurwa! - dziko wytrzeszczone oczy zdawały się gotowe do wyskoczenia mu z orbit i pognania za chłopcami - kurwa! - palce prawej dłoni aż zbielały - kurwa! - ślina pryskała spośród mięsistych, odrażających warg, spomiędzy których z pewnością wionęło kabanosem - kurwa! - bezgraniczna  furia i nienawiść wykrzywiała całą tę ogorzałą mordę porośniętą ciemną szczeciną w maskę jakiegoś czarnobylskiego - kurwa - potwora. Kierowca wymachiwał pięścią, nadal wyrykując kurwy i pryskając śliną. Sygro czuł wstręt i ciary przebiegające mu po plecach. Co za bydlę, co za zwierzę! Czuł, że jeśli nie chwyci zaraz jakiejś cegłówki i nie rąbnie nią w odjeżdżającego Forda, to za chwilę rozwali sobie czymkolwiek, ze złości, głowę.&lt;br /&gt;W mieszkaniu z opanowaniem zamknął za sobą drzwi i zrazu posłyszał znienawidzony świergot. To jego dziewięcioletnia córeczka wykicała z pokoju, z tym obrzydliwym, szczurzym uśmiechem przylepionym do jej nieco pyzatej twarzy. Zauważył, że zaś miała na głowie te dwa idiotyczne warkocze splecione z jej wiecznie przylizanych włosów. Dostrzegł brzydotę przykrótkiego sweterka i kawałek zniesmaczającego, białego, wydęta brzucha, podobnego do kawału smalcu. Co za pokraczna istota, jeszcze z tymi wystającymi, przednimi zębami ze szparą! Z kamienną twarzą pozwolił przylgnąć temu brzydactwu do swoich nóg i wysłuchał trajkotania o tym, jak dostała złą ocenę, ale że się bardzo, tatusiu, wstydzi tego i żałuje, i że już wszystkiego się nauczyła na cały tydzień, i odrobiła lekcje, i żeby tatuś się nie gniewał, i nie odwołał weekendowego wyjścia do wesołego miasteczka, tatusiu, bo mamusia... Nie wiedział, czy zdoła się opanować i nie złapać córki za tę jajowatą głowę, żeby przypierdolić nią o ścianę. Nachalny, dziecięcy głosik prawie gotował mu mózg. Wyzysk, wyzysk, tatusiu, wszystko dla cholernych korzyści!&lt;br /&gt;W kuchni jego żona uwijała się przy obiedzie. Obserwował ją w milczeniu, z progu. Bezwolna kupa mięsa. Nie dysponowała niczym więcej niż parą cycków, już mniej jędrną dupą, ale jeszcze dosyć zgrabnymi nogami. Jak to? Nogi - przecież to mięso. Kto ocenia kształtność filetów drobiowych w sklepie? Wszystko, cała kobieta, tworzyła jedynie zlepek mięsa, ścięgien, kości i skóry, który to zlepek wydaje jakieś dźwięki. Jej zaaferowanie obiadem, nawet go nie zauważyła... Egzystencja na poziomie pantofelka, wręcz. Jakie to miało znaczenie, do kurwy nędzy. Tylko pęd, zjeść, kochać, zginąć. Mięso!&lt;br /&gt;Później, przyjmując wszystko z niezachwianym opanowaniem, stanął przed lustrem. Poluzował krawat. I nagle pochylił się nieco, żeby zacząć ciągnąć za swoje policzki i mocno trzeć usta. Dlaczego taka forma, dlaczego usta tu, dlaczego nie tam, nos, oczy, uszy? To nie jest doskonałe, to ohyda, to wszystko tworzyło całą ludzką ohydę! Takie pokraczne, brzydkie, niepraktyczne... Wszystko tak niedoskonałe, ułomne, patrzył na tę upiorną kwintesencję brzydoty, pragnąc wyrwać się z tej powłoki, szarpiąc ją, drapiąc, wręcz orząc twarz paznokciami. Sygro pragnął ryczeć, roztrzaskać lustro, a wraz z nim całe Ja, całe Tamto, całe Wszystko, roznieść w pył...&lt;br /&gt;Obudziło go dziwne kłucie w brzuchu.&lt;br /&gt;Dzień, w którym obudził się Sygro, był dniem, w którym umarł.&lt;br /&gt;Otworzył oczy, otworzył umysł i otworzył ciało.&lt;br /&gt;Otworzył oczy i odkrył, że jego umysł i ciało przestały go słuchać.&lt;br /&gt;Otworzył oczy i stwierdził, że palce zamieniły mu się w węże.&lt;br /&gt;Nie długie pytony, o ciałach grubych jak konar, a nieduże, malutkie węże. Po prostu jakby na miejscu palców wyrosły mu te miniaturowe, zgniłozielonołuskie gady, tyle że w liczbie dwudziestu. Ich rozmiar nie zmieniał jednak faktu, że na brzuchu powoli rozkwitała mu coraz większa rana od rozszarpywania przez ich szczęki. Patrzył na to, skamieniały, a serce zaczęło mu łomotać w piersi, jak ogarnięty żądzą mordu psychopata dobijający się do drzwi, za którymi jest jego ofiara.&lt;br /&gt;Minęły chyba wieki, zanim z jego krtani wyrwał się nieludzki skowyt. Szarpnął się dziko, lecz ręce odmówiły mu posłuszeństwa - węże dalej, niewzruszone, rozszarpywały go żywcem. Zwinął się embrionalnie, chcąc w jakiś sposób kopnąć swoje ręce. Te z kolei z sykiem poderwały się i już oślepił go rozdzierający ból w udzie. Paszczki dwudziestu węży wyrwały mu z nogi kawał mięsa. Towarzyszyło temu mdlące mlaśnięcie.&lt;br /&gt;Na wpół oszalały ze strachu i zgrozy wił się, na przemian to wrzeszcząc, to łkając, to klnąc, to znów wrzeszcząc, to prawie robiąc sprężyny, a na pościeli rozrastały się coraz większe plamy krwi. W brzuchu zaczęła wyzierać ziejąca szarpanym mięsem rana. Ta na udzie również broczyła krwią. Palce wgryzały mu się w jego wnętrzności. Zaczął się czuć coraz mniej realnie, jakby patrzył na siebie z boku. Zżeram swoje własne bebechy - samotna myśl na chwilę wynurzyła się na powierzchnię jego świadomości, po czym znikła, a wraz z nią Wszystko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;The backs of his eyeballs felt itchy. The insides of his elbows felt hot.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;It was what came of spending all his time in front of a computer, he'd been told, instead of in the healthy fresh air. He couldn't quite see this, even in his itchy-eyeball state. Surely the fresh air would have been worse? But in his experience being ill always came of whatever you've been doing. Parents would probably manage to say it came of taking vitamins and wrapping up nice and warm.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;&lt;span&gt;Terry Pratchett,&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt; 'Only You Can Save Mankind'&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-8657294702524656757?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/8657294702524656757/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=8657294702524656757' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/8657294702524656757'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/8657294702524656757'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2011/03/zaom.html' title='Załom.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-6066168416702700694</id><published>2011-03-04T22:04:00.003+01:00</published><updated>2011-03-04T23:09:35.947+01:00</updated><title type='text'>Sytuacje.</title><content type='html'>Powietrze przeszył donośny klakson. Kierowca samochodu, wychyliwszy się przez okno, rzucił parę przekleństw, przecinkując kurwami, pod adresem dwóch rozchichotanych dziewczyn, które podczas zawziętej dyskusji o kosmetykach prawie wlazły mu pod koła. Światła zmieniły się i nowy sznur samochodów ruszył z rykiem.&lt;br /&gt;- Patrz na mnie!&lt;br /&gt;Na chodniku, przed kamienicą, przykucnęła na oko dwudziestoparoletnia kobieta. Zafarbowane na sztuczny blond włosy spięła w przylizany, koński ogon. Właśnie szamotała się z kurtką małego chłopczyka, stojącego przed nią z kciukiem w buzi.&lt;br /&gt;- Kurwa! - warknęła kobieta.&lt;br /&gt;- Al...- głos chłopca był zalękniony.&lt;br /&gt;- Morda! Ty zasrana, popierdolona gnido! - Chłopczyk znów usiłował się odezwać; szarpnęła mocniej za kurtkę.- Stul pysk!&lt;br /&gt;Jej twarz mogłaby przy sprzyjającym świetle ujść za ładną, jednak w tamtej chwili wykrzywiał ją wyraz takiej wściekłości, wręcz nienawiści, że przypominała jakąś upiorną maskę. Matka zdawała się stąpać na cieniutkiej linie chroniącej ją przed upadkiem w sam środek ślepej furii.&lt;br /&gt;- Ma... - zaczął chłopczyk drżącym głosem.&lt;br /&gt;- Zamknij mordę, szmato! Patrz na matkę! - Szarpnęła ponownie, aż straciłby równowagę, gdyby matka nie trzymała go za poły kurtki.&lt;br /&gt;Twarz dziecka stężała. Przez chwilę trwało zupełnie nieruchomo, jak posąg, zupełnie jakby wcale go nie dotykano. I w przeciągu chwili, na podobieństwo zmieniających się świateł sygnalizacji, jego twarz przybrała straszny grymas:&lt;br /&gt;- NIE!!!&lt;br /&gt;Od tego ryku niczym dochodzącego z najgłębszych czeluści piekieł, z gardzieli jakiejś piekielnej bestii dźwigającej na łbie chyba tonowe rogi, przechodnie zatoczyli się jak pijani, zatykając uszy. Rozległ się rozdzierający pisk opon, a po nim ten osobliwy trzask wgniatanych blach i huk aut składających się jak harmonijki, i jazgot tłukącego się szkła, które usiało jezdnię groteskowymi rozetami.&lt;br /&gt;Dziecko rosło. Sylwetką przypominało już wielkiego goryla zbudowanego podobnie do trójkąta z dwoma krzywymi nogami. Kurteczka pękła. Niebiesko-żółta czapeczka z pomponem gdzieś upadła. Chłopiec, z dziko wytrzeszczonymi oczami i obnażonymi zębami, ponownie ryknął, aż zadzwoniły szyby - i jedno kłapnięcie, i krew trysnęła z przerwanych tętnic, i bezgłowe ciało matki osunęło się w drgawkach na chodnik.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chciałabym móc powiedzieć, że tak się wydarzyło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W rzeczywistości matka chlasnęła swoje dziecko w twarz, aż się rozpłakało, wyjąc jak syrena przeciwmgielna. Paroma gniewnymi szarpnięciami zapięła kurteczkę, porwała rączkę chłopca, po czym pociągnęła go za sobą. Skręcili za róg i wtopili się w tłum.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Czuła się świetnie.&lt;br /&gt;Powinno jej lekko szumieć w głowie, wszystko wydawać się przyjazne, a obcasy stukać o chodnik. Tymczasem była w pełni trzeźwa, w wygodnych, wysokich trampkach i rozglądała się z ożywieniem. To był bardzo pogodny, ciepły wieczór. Było... po prostu ładnie. Lampy tak ładnie się paliły, niektóre szyldy tak ładnie zachęcały, ci nieliczni ludzie tak ładnie wyglądali, spacerując niespiesznie... Uwielbiała takie dni, takie chwile, kiedy dostrzega się to, co na ogół gdzieś umyka, niedostrzeżone w tym codziennym pędzie.&lt;br /&gt;Szła dziarsko, przechodząc przez kolejne skrzyżowania. Otaczała ją taka miękka, przyjemna cisza, tylko niekiedy gdzieś przejechał samochód albo trzasnęły zamykane drzwi. Odetchnęła głęboko.&lt;br /&gt;- Eej, pa-anienka!&lt;br /&gt;Obejrzała się. W wejściu do kamienicy, którą prawie minęła, stało trzech chłopaków. Nawet gdyby stali w światle lamp, nie dostrzegłaby ich twarzy w cieniu kapturów.&lt;br /&gt;- No choź! - I wybuchnęli śmiechem.&lt;br /&gt;Poprawiła torbę na ramieniu i wydłużyła krok. No tak, zawsze te typki... Pocieszała się myślą, że tamci brzmieli na pijanych jak autobusy, więc w razie czego...&lt;br /&gt;"W razie czego" nagle stało się czymś całkiem realnym, kiedy dobiegł ją tupot stóp za plecami. Bez namysłu puściła się biegiem.&lt;br /&gt;Wystrzeliła na ulicę prosto pod koła jakiegoś starszego Opla. Gniewny klakson prawie ją ogłuszył, a reflektory chwilowo oślepiły. Uskoczyła sprzed maski, usiłując dostrzec cokolwiek przez ławice jasnych plam pulsujących jej przed oczami.&lt;br /&gt;- Panienka! - usłyszała szydercze.&lt;br /&gt;Z jej krtani wyrwał się niekontrolowany, piskliwy szloch. Powidoki znikły i odkryła z przerażeniem, że goniący ją znacznie zmniejszyli dystans. W panice pognała dalej.&lt;br /&gt;Krew dudniła jej w skroniach, torba ciążyła niemiłosiernie, nawet buty zdawały się zmienić w ciężkie worki mąki. Gardło ją piekło. Wraz z kolejnymi haustami powietrza przełykała ślinę wraz z tym metalicznym posmakiem krwi. Nie mogła krzyczeć. Nawet o tym nie pomyślała. Cały umysł zdominowała jej jedna myśl: uciec.&lt;br /&gt;Na łeb na szyję rzuciła się w uliczkę, którą kojarzyła - ale skąd? jak to? - wszystko takie... I zaraz wrzasnęła dziko. Gnały na nią cztery wielkie, czarne basiory.&lt;br /&gt;Że w mieście...? - przemknęło jej przez głowę. W takich chwilach jakaś część świadomości zachowuje się jak narrator i patrzy na wszystko z boku, jeszcze umiejąc komentować.&lt;br /&gt;Upadła. Skuliła się, już nieomal czując cztery szczęki zaciskające się na jej ciele i miotające nią niczym lalką, i szarpiące każda w inną stronę. Zamiast tego nadszedł podmuch wiatru, tupot łap, paniczne krzyki i przerażające warczenie. Wściekłe ujadanie jednego z psów ucichło i zastąpił je agonalny wrzask.&lt;br /&gt;Zaryzykowała uniesienie głowy. Napastnicy miotali się z psami uczepionymi ich ciał, niczym groteskowe kukły w dłoniach epileptyka w trakcie napadu. Obok niej zachrzęścił żwir.&lt;br /&gt;Stał nad nią ktoś okutany w ciemny płaszcz, w kapeluszu z rondem, milczący.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chciałabym móc powiedzieć, że tak się wydarzyło.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W rzeczywistości potknęła się i wyrżnęła głową w coś twardego. Chwilę toczyła się po żwirze, zdzierając sobie skórę z rąk. Ogłuszona, poczuła, jak zaraz chwytają ją czyjeś ręce, obracają na plecy, jak...&lt;br /&gt;Gwałcili ją tak długo, że szybko stłumione ciosami krzyki uwięzły jej w gardle. Posuwali ją ostro, brutalnie, sapiąc jak nosorożce, a ona płakała.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Gdzieś ratownicy walczyli o życie pewnego dwudziestolatka, reanimując go pośrodku ulicy.&lt;br /&gt;Gdzieś ktoś balansował na stołku, z pętlą na szyi.&lt;br /&gt;Gdzieś toczyła się śmiertelna walka nad rozciętym brzuchem rodzącej kobiety.&lt;br /&gt;Gdzieś ktoś uciekał przed mordercą.&lt;br /&gt;Gdzieś czworo puszystych, malutkich kociąt garnęło do siebie w plastikowym worku, do którego zaraz wlała się woda.&lt;br /&gt;Gdzieś komuś spłonął dom.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chciałabym móc powiedzieć, że wszystko to zakończyło się dobrze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dwudziestolatek przeżył, niedoszły samobójca ze łzami w oczach zdjął pętlę z szyi, zarówno dziecko, jak i matka przeżyły, morderca nie tylko nie dopadł ofiary, ale i został aresztowany, ktoś akurat znalazł kocięta, a pogorzelec otrzymał pomoc z każdego możliwego źródła, wiecie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;Bo cuda się zdarzają.&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;Spójrz na to, co masz pod nogami :)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;"Przez tydzień posuwali się w milczeniu, rozmawiając jedynie o tym, jak zachować niezbędne  środki ostrożności..." - czyli Paulo Coehlo vs. Agatka&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-6066168416702700694?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/6066168416702700694/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=6066168416702700694' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/6066168416702700694'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/6066168416702700694'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2011/03/sytuacje.html' title='Sytuacje.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-3122708460114249424</id><published>2011-02-08T22:56:00.001+01:00</published><updated>2011-02-08T22:56:34.925+01:00</updated><title type='text'>... Pamiętasz?</title><content type='html'>Jest wczesnozimowy, mroźny dzień.&lt;br /&gt;Gałęziami drzew nie porusza  najlżejszy wiatr. Pokrywający je cienką warstwą zmrożony śnieg przywodzi  na myśl niezwykle ostre ząbki jakiegoś zwierzęcia. Świeci ostre słońce,  w którego promieniach wszystko skrzy się i mieni, i niekiedy błyśnie  oślepiająco. Niebo jest cukierkowo niebieskie; gdzieś bardzo daleko nad  horyzontem są jakieś chmury, podobne do błąkających się owieczek.&lt;br /&gt;Nad  drzewami przelatuje ptak. Podlatuje na parapet, gdzie ląduje,  trzepocząc skrzydłami. Śnieg jest zbyt twardy, żeby zatrzeszczeć pod  jego pazurami. Ptak toczy bezmyślnym, ptasim okiem, po czym, łypnąwszy w  okno, wzbija się w powietrze.&lt;br /&gt;Gdzieś w górze trzeszczy cicho śnieg. Gdzieś w dole pies gramoli się z przedsionka, zaspany, patrząc na skute mrozem podwórko.&lt;br /&gt;- Pobawmy się w doktola!&lt;br /&gt;Łazienka  wyłożona jest białymi kafelkami. Umywalka jest biała, wanna biała,  toaleta biała, kaloryfer w dziwacznym kształcie kilkunastu liter U  jednej nad drugą - biały, kabina prysznicowa biała, pralka biała,  kinkiet biały. Białe, białe, białe, jak gabinet dentystyczny albo  wnętrze białej trumny.&lt;br /&gt;Dywanik kąpielowy jest błękitny w pomarańczowe rozgwiazdy.&lt;br /&gt;Obok  niego leży skłębiony, puszysty, zielony ręcznik z naszytym  niedźwiadkiem. Od tego ręcznika do umywalki ciągnie się mniej więcej pas  rozsypanych plastikowych, fosforyzująco żółtych strzykawek,  zabawki-stetoskopy, a nawet pielęgniarska czapka. Gdzieś na uboczu  pluszowy kotek wytrzeszcza swoje czarne ślepia będące guziczkami. Jest  jeszcze mały, kolorowy kocyk w Kubusie Puchatki, jeden z takich, w  jakich kołysze się niemowlęta.&lt;br /&gt;Na kocyku leży na brzuchu naga, 4-letnia dziewczynka.&lt;br /&gt;Ma  nieco pucułowatą, roześmianą twarz i nieskazitelną, prawie że bialutką  skórę. Wesoło majta nogami. Na jednej ze stóp wisi jej do połowy  założona skarpetka w paski.&lt;br /&gt;- W lekaza! - powtarza nagląco.&lt;br /&gt;Jej o 3 lata starszy braciszek robi niechętną minę.&lt;br /&gt;- Nudne...&lt;br /&gt;Usta  siostrzyczki wykrzywiają się w przepełnioną żalem podkówkę.  Demonstracyjnie opuszcza nogi, krzyżuje ramiona i wtula między nie  twarz. Braciszek sięga po jej rękę, ale jedynie gwałtownie potrząsa  głową.&lt;br /&gt;- Doktol!&lt;br /&gt;Brat przewraca oczami i mówi ze znudzeniem:&lt;br /&gt;- Noo, dobra, ale potem w moje...&lt;br /&gt;Dziewczynka z ożywieniem podrywa głowę i rozpromienia się, choćby słońce wychynęło zza chmur.&lt;br /&gt;- Dobla!&lt;br /&gt;Gorliwie  rozpłaszcza się na podłodze, zaciskając dłonie w piąstki. Brat ze  znudzeniem tak ostentacyjnym, że nieomal kondensuje się ono wokół jego  głowy na podobieństwo zgniłozielonej chmury, podnosi zabawkową  strzykawkę, po czym udaje aplikację zastrzyku. Dziewczynka wydaje pisk  udawanego bólu, jednak przeważa podekscytowany chichot.&lt;br /&gt;Oczy brata błyskają drapieżnie.&lt;br /&gt;- To teraz moje.&lt;br /&gt;Siostrzyczka  ma już zbyt dobry humor, żeby oponować. Kiedy jej brat kładzie się na  plecach i czyni zapraszający gest, siada na nim okrakiem. Ot, kolejna  zabawa, nie przestaje się uśmiechać promiennie. Czuje pod nogami miękką,  ciepłą skórę, na której zostawia wilgotne ślady. Ręce brata błądzą po  jej ramionkach, jasnych pleckach, zaciskają się na pośladkach.  Dziewczynka trzyma w ręce jedną ze strzykawek i bez przekonania kłuje  brata jej końcem w pierś.&lt;br /&gt;Trwają tak, kołysani ruchami chłopca.  Wreszcie dziewczynka, znudzona nicnierobieniem i milczeniem złazi z  brata, bawi się jeszcze chwilę strzykawkami, po czym ubiera się.  Chłopiec idzie w jej ślady i już za chwilę oboje wychodzą z łazienki  jakby nigdy nic.&lt;br /&gt;Ale przecież nie jest ci to obce.&lt;br /&gt;Ptak nastrasza  pióra, po czym, łypnąwszy w okno, wzbija się w powietrze. Przelatuje nad  drzewami. Niebo jest cukierkowo  niebieskie; gdzieś bardzo daleko nad  horyzontem są jakieś chmury,  podobne do błąkających się owieczek.  Świeci ostre słońce, w którego promieniach wszystko skrzy  się i mieni, i  niekiedy błyśnie oślepiająco. Gałęziami drzew nie porusza najlżejszy  wiatr. Pokrywający je cienką  warstwą zmrożony śnieg przywodzi na myśl  niezwykle ostre ząbki jakiegoś  zwierzęcia.&lt;br /&gt;To był wczesnozimowy, mroźny dzień.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ale  był jeszcze inny, słotno jesienny, kiedy to deszcz bębni o szyby,  nieustannie, nieubłaganie jak płynący czas. Stało się przed lustrem,  szczotkując zęby, podczas gdy chłopiec pluskał się w wannie.&lt;br /&gt;- A ja mam siuroka! - wykrzyknął tryumfalnie.&lt;br /&gt;Spojrzało się na niego w lustrze, po czym odpowiedziało, opryskując je pastą do zębów:&lt;br /&gt;- A esz.&lt;br /&gt;Chłopiec  wstał i wyprostował się dumnie, wypinając bardziej brzuch niż wątłą  jeszcze pierś. Obserwowało się go w lustrze odbicie jego zapienionego  ciałka, spod której to piany ledwie było widać powód jego dumy.&lt;br /&gt;- Spójrz! Mam!&lt;br /&gt;- Ja też. - Wypluło się pastę i przepłukało usta.&lt;br /&gt;- Wcale nie!&lt;br /&gt;- Jak nie? Mam! Ale zwiniętego.&lt;br /&gt;Chłopiec  zaczął chichotać i na powrót usiadł, rozchlapując tym trochę wody poza  wannę. Zawsze się bawiło z nim, jak to nazywaliście, w Muliego i  Buliego. Było się Mulim, byliście detektywami i skakaliście po dachach.&lt;br /&gt;Było  się Mulim, miało się zwiniętego siuroka i przez to nie można było sikać  na stojąco. Nie myślało się o tym, że za parę lat będzie się nosić  uwierający fiszbinami stanik.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kolejny dzień emanował gorącem. Żar  lał się z nieba. To był jeden z tych dni, kiedy słońce przywodzi na  myśl sadzone jajko gotowe zsunąć się po niebie, powietrze faluje od  żaru, a asfalt niemalże klei się do podeszew.&lt;br /&gt;Ubranie także kleiło  się do ciała, więc się je zrzucało i biegało nago po podwórku.  Rozbrzmiewały chichoty, latały wiaderka, a wśród trawy wił się jadowicie  zielony wąż ogrodowy.&lt;br /&gt;Nie dostrzegało się spojrzeń sąsiadów, kiedy  patrzyli na twoją gołą, podrygującą przy każdym podskoku dupę, tak jak  samemu nie dostrzegało się przyrodzenia chłopca.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To, jaki był tamten dzień, nie ma większego znaczenia.&lt;br /&gt;Znaczenie  ma fakt, że dziewczyna płynęła, a dopływając do końca długości basenu,  została złapana za cycka przez jakiegoś chłopaka.&lt;br /&gt;Pamiętasz jej  wrzask, jakby wybuchła wrzawa w klatce pełnej kolorowych, jazgotliwych  ptaków, i bryzgi piany, i furię, z jaką wcisnęła napastnika pod wodę. I  własne obrzydzenie, i odrazę względem chłopaka. No bo jak tak mógł?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I zgrozę, jaka cię ogarnia, ilekroć usłyszysz o przypadkach kazirodztwa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;Uprawię ekshibicjonizm umysłu:&lt;br /&gt;Osobliwe -&lt;br /&gt;dla wielu - nie wiem do końca, dlaczego - jestem godna podziwu za swój pozornie niezachwiany upór w walce z chorobami&lt;br /&gt;przecież ludzkie granice (np. cierpienia) są bardzo elastyczne&lt;br /&gt;dla innych jestem jakimś wzorem do naśladowania&lt;br /&gt;dla innych jestem po prostu normalna&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aż w oczach jeszcze innych jestem jednostką skazaną na zagładę, tylko dlatego, że czytam książki&lt;br /&gt;"będę ślepa i garbata, i umrę młodo, i jestem leniem, i powinno się mnie wytępić, jestem jednostką wadliwą"&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sama nie panimaju.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-3122708460114249424?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/3122708460114249424/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=3122708460114249424' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/3122708460114249424'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/3122708460114249424'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2011/02/pamietasz.html' title='... Pamiętasz?'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-6695098872353824283</id><published>2011-01-14T22:16:00.004+01:00</published><updated>2011-01-14T22:49:56.578+01:00</updated><title type='text'>Wszechmoc.</title><content type='html'>Cześć, jestem Agata i mieszkam na Śląsku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;Cześć, mam na imię Agata i mam 12 lat :) Poklikamy?&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Cześć, jestem Agata, lubię seks i tanie wino.&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;hejQa, jestem agata :))) pokliqash??&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Hej ^^ Jestem Agata i szukam swojej drugiej połówki ^^&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;Hej. Na imię mi Agata. Bardzo lubię się uczyć. A Ty?&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;elo nazywam sie Agata, co u cb?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;Hej xD jestem Agata i w sumie to nie wiem xD&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Siema kupciaski! Jestem Agata i lubię grać patelnią w ping-ponga, i wycinać kutasy z papieru, i je wieszać potem na żyrandolu :D&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;spierdalaj jestem Agata i jak sie kurwa nie przestaniesz kurwa gapic to ci tak kurwa wpierdole ze sie swoimi pierdolonymi kurwa jebanymi nogami nakryjesz i ci te kurwa nogi zasrane z dupska powyrywam i kurwa, kurwa.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Cześć, jestem Agata i nie lubię mówić o sobie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;Hej jestem Agata, co tam?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;Hej... :) Jestem Agata i tak w sumie to mi się nudzi, może pogadamy? *a że jestem przydupasem, to Ci będę truła dupę, chociaż już rzygasz na sam widok mojego imienia&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;Niech Szatan będzie z Tobą! Jestem Agata, skoczymy na jakiegoś kota?&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Jestem Agata, ale mogę być Zuzą, Eloizą, Kunegundą, Asią, ale równie dobrze Tomkiem, Darkiem, mogę mieć zarówno 12, jak 15 czy 30 lat i udawać, że lubię masochistyczny seks, mogę mieć własną stadninę, mogę spać pod kartonem, mogę stać się aktorką, kaleką, mogę nosić stanik G, mogę być dresem, punkiem, mogę jutro wyjechać i nie wrócić, mogę być szczęśliwa, mogę lubić jajecznicę z czekoladą albo hot-dogi, mogę ważyć sto kilo, mogę być zajebistą laską, mogę...&lt;br /&gt;Mogę wszystko.&lt;br /&gt;W co się wierzy?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-6695098872353824283?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/6695098872353824283/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=6695098872353824283' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/6695098872353824283'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/6695098872353824283'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2011/01/czesc-jestem-agata-i-mieszkam-na-slasku.html' title='Wszechmoc.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-6098488779768093958</id><published>2010-12-15T22:23:00.005+01:00</published><updated>2010-12-16T23:18:27.968+01:00</updated><title type='text'>O upadku.</title><content type='html'>Olbrzymia hala rozbrzmiewała dźwiękiem muzyki płynącej z wielu głośników. Gdyby spojrzeć na nią z lotu ptaka, pełne towarów regały wyglądały jak pudełka zapałek, natomiast poruszający się ludzie - jak mrówki, którym w pewnych miejscach podkopano mrowisko. Gdzieniegdzie przemieszczał się czyszczący pojaździk, przywodzący na myśl kostkę cukru.&lt;br /&gt;Kółeczka stukotały na szczelinach między kafelkami. Szeleściło mnóstwo opakowań chipsów, frytek, ciasteczek, płatków śniadaniowych, papierów toaletowych czy mrożonek ładowanych do wózków. Dudniły obijające się o siebie puszki. Dźwięczały przetaczające się butelki. Brzęczały strumienie przesypywanych pieniędzy, stopy tupały po posadzce, gromkie śmiechy buczały między regałami niczym podniecone bąki. Szmer rozmów przywodził na myśl szum oceanu. Czasami płacz dziecka rozdzierał powietrze jak krzyk ptaka.&lt;br /&gt;W koszyku butelka wody co chwilę szukała bliższego kontaktu z paczką makaronu, czemu towarzyszyły namiętne szelesty. Ten też koszyk nieustannie obijał się o nogi, czemu towarzyszyła narastająca irytacja. Wreszcie, nieszczęsny koszyk zderzał się z innymi koszykami jakichś nadętych bufonów, którzy traktowali przejścia między regałami niczym swoiste pasy startowe i poruszali się jak otoczeni bańką ochronną tudzież niczym pługi. W efekcie droga do kas przypominała niezgrabny slalom.&lt;br /&gt;Dziewczyna zatrzymała się przy półkach z kosmetykami. Jej uwagę przyciągnęły dezodoranty w kulce. Były... ładne - dziecinna myśl pojawiła się i znikła. Były przede wszystkim drogie i fajnie pachniały, jak przekonała się po chwili. Zamyśliła się, z cytrynowawym dezodorantem przy twarzy. W kieszeni dziesięć złoty, a to małe pieroństwo kosztowało trzynaście przecinek dziewięćdziesiąt dziewięć zł, czym wymyślający ceny zapewniali biednym jednogroszówkom pełne przygód podróże od szuflady kasy przez brudne łapy do kieszeni, z kieszeni przez łapy do szuflady, i tak w kółko.&lt;br /&gt;W niezdecydowaniu wyciągnęła rękę, by odłożyć dezodorant, ale coś ją powstrzymało. Wbrew samej sobie, ale jej oczy już omiotły otoczenie i sufit. Nikt nie patrzył. Kamera... Nie widziała... Nie! Ręka poruszyła się jak wąż i zanim wzburzona krew uderzyła dziewczynie do głowy, palce już pociągnęły za suwak i kieszeń połknęła swoją ofiarę.&lt;br /&gt;Nadal nikt nie zwracał nań uwagi. Martwe oko kamery przypominało puste ślepię rekina.&lt;br /&gt;Dziewczynie było nieznośnie gorąco. Ale zaraz się uspokoiła. Przecież nie robiła tego pierwszy raz, ba, zakupy bez kradzieży to tak, jakby wyszła nago z domu. Stało się to już tak normalne, że uważała to za najbardziej właściwą rzecz na świecie.&lt;br /&gt;Ze stoickim spokojem ruszyła do kasy. Luźna, wzbudzająca jej odrazę kurtka skutecznie zakrywała wszelkie wybrzuszenia. Dziewczyna skorzystała z kasy do bodajże pięciu produktów, bo w tych normalnych kolejki były niebotyczne. Patrząc tak na tych wszystkich ludzi, zachłannie ładujących zakupy do gigantycznych toreb pojemnością dorównujących workom z obrokiem, poczuła do nich coś w rodzaju dławiącej zazdrości. Wagony kiełbas, kilogramy chleba, tony słodyczy, całe hałdy owoców, hektolitry napojów - a połowę z tego wypieprzą do kosza albo będą wpierdalać na siłę, aż im wyskoczą żyły na tych tłustych, zalanych twarzach. Wodziła wzrokiem po zabawkach dla dzieci, kosmetykach, tuzinach jogurtów, i zasmuciła się. Zapłaciła, obdarzyła kasjerkę pełnym żałości uśmiechem, po czym smętnie powlokła się do wyjścia.&lt;br /&gt;Ostre, jazgoczące wycie bramki magnetycznej werżnęło się jej w uszy. Potoczyła błędnie oczami, czując, jak całe jej ciało tężeje, jak miseczka galaretki, gdzie wsypano wór żelatyny. Nie mogła oddychać. Jej lędźwia chciały się skręcić od absurdalnego bólu. Spłoszona, cofnęła się. Podszedł do niej ochroniarz.&lt;br /&gt;- Proszę się zatrzymać - usłyszała.&lt;br /&gt;Miała wrażenie, że kark ma stary, zardzewiały i nienaoliwiony, i że jak obróci głowę, rozlegnie się ostre zgrzytanie zawiasów. Tak właściwie nawet nie widziała zbliżającego się mężczyzny - ot, rozmazana plam wśród wielu podobnych, kolorowych plam.&lt;br /&gt;- Co tam pani ma? Jest paragon?&lt;br /&gt;Świat jakby strzelił. Powróciła ostrość widzenia, dźwięk z całą mocą runął na uszy. Czuła na sobie wzrok wszystkich: kupujących, kasjerek. Widziała kątem oka, jak się wszyscy gapią...&lt;br /&gt;Desperacko uchwyciła się tej deski ratunku, jaką było ostatnie pytanie.&lt;br /&gt;- Zostawiłam... Ale tam może pani nie wyrzuciła... Już po niego idę - wyrzuciła z siebie na jednym wydechu.&lt;br /&gt;Nie wiedziała, czy uda jej się uczynić choćby krok. Nogi miała niczym sparaliżowane, niczym ulepione z gówna, równie władne, co dwie dyndające ścierki. Intensywny, zbyt intensywny wzrok gapiów zdawał się zagęszczać powietrze i wydłużać przestrzeń, kiedy tak Dziewczyna kroczyła do kasy, która jak gdyby wcale się nie przybliżała. Paliła ją twarz, łzy kręciły się jej w oczach, ale najgorsze było to - łoskocząca w głowie jedna, natrętna myśl, szyderczo śmigająca po wnętrzu czaszki. Aresztują mnie, aresztują mnie, aresztują mnie...&lt;br /&gt;Nie docierało do niej, co w ogóle robiła. Była bliska utraty przytomności albo histerii. Sięgając po paragon, drugą ręką oparła się o kawałek blatu przed kasą. Skąd w jej dłoni znalazł się nieszczęsny dezodorant? Nie wiedziała. Stuk odstawianego łupu usłyszano chyba w kosmosie. Wszyscy się gapili, może na nią, nie na ręce? Kasjerce zasłaniała kasa, Dziewczyna swoim ciałem ochroniarzowi. Odwróciła się. Myśli miała mętne.&lt;br /&gt;Podała paragon.&lt;br /&gt;- Najpierw plecak - zawyrokował ochroniarz, po czym dodał uspokajająco:- Jeśli nic się nie stanie, to najwidoczniej jakiś błąd. Potem przejdzie pani...&lt;br /&gt;Przeszedł z jej plecakiem. Nic.&lt;br /&gt;Z jego oczu można było czytać jak z książki. "Jak nie plecak, to masz coś gdzieś w kieszeni" - mówiły te oczy . "Nie wymigasz się. Koniec zabawy, złotko." Siląc się na opanowanie, przeszła przez bramkę.&lt;br /&gt;Nic.&lt;br /&gt;- Widocznie jakiś błąd...&lt;br /&gt;Ale przez krótką chwilę te oczy, w tej poznaczonej pierwszymi zmarszczkami przestrzeni między wąsem a gęstymi brwiami, wyrażały co innego. Jakiś... zawód?, jak drapieżcy, któremu właśnie ofiara umknęła spomiędzy szponów. Mrugnięcie i stał przed nią reflektujący się mężczyzna:&lt;br /&gt;- Proszę wybaczyć to wszystko, ktoś może wózkiem przejechał i zapikało, ale numer, ale panią nabawiliśmy stracha, najmocniej przepraszam - trajkotał, a jego słowa niezrozumiale przepływały jej przez uszy.&lt;br /&gt;Jedynie skinęła głową i uśmiechnęła się krótko, bez wesołości. Nerwy wciąż miała boleśnie napięte. Wzięła z powrotem plecak i na odrętwiałych nogach ruszyła do wyjścia.&lt;br /&gt;Dopiero na zewnątrz wypuściła powietrze i uświadomiła sobie, że cały czas je wstrzymywała. Następnie zaczerpnęła jego haust tak duży, że zawirowało jej w głowie. Udało się! Nie zatrzymywała się, ze strachu, że ktoś dostrzeże dezodorant (jakim cudem nikt nie zauważył?) i ją dogonią, i... i...&lt;br /&gt;Nawet nie chciała o tym myśleć. Jak by zareagowali rodzice? Gdyby ją aresztowano? Wnętrzności skręciły jej się z przeogromnego wstydu. Tak blisko...! Zaczęły przechodzić ją dreszcze i o mało co się nie rozpłakała. Brzydziła się siebie. Dopiero z innej perspektywy dostrzegła oznakę swojego upodlenia. Co ja najlepszego robiłam?!&lt;br /&gt;Wiedziała, że już tak nie postąpi. Za duże ryzyko. A jeśli znów powinie jej się noga? Tu miała fuksa, ba, to graniczyło z cudem. Nadal nie mogła w to uwierzyć.&lt;br /&gt;Mijając targ, patrzyła na tych wszystkich ludzi i odczuła silniejszą niż kiedykolwiek zawiść. Grube baby, mające w tych zwalistych dupach o co najmniej osiemdziesiąt kilo za dużo, przymierzały obszerne futra, rozmiarami do złudzenia upodabniające je do gór lodowych. Babiszony świergotały przy tym kretyńsko, pindrząc się i poprawiając fikuśne bransolety i swoje starannie pokręcone włosy. Usta miały pomalowane oczojebnie czerwoną szminką, przez co usta te przypominały obrzydliwy, nabrzmiały, rozjechany srom albo dwa płaty surowej wołowiny. Widziała oczami wyobraźni te usta kłapiące, zamykające się z mlaskiem, wraz z sześćdziesięciodziewięcioma podbródkami, po których ściekał tłuszcz. Babusom towarzyszyli zburaczali, grubi faceci o pieczarkowatych od fajek nosach i pobrużdżonych twarzach, i paluchach jak salami, i brzuchach tak ogromnych, że idąc szczać, musieli gmerać pod tymi zwałami sadła, unosząc je. Pasowali idealnie do telewizora, piwa w jednej, a grubej kaszany w drugiej dłoni i zapuszczenia korzeni w sfatygowany fotel.&lt;br /&gt;Nie oceniała po wyglądzie. Ale w tej chwili mierziło ją w tych ludziach wszystko.&lt;br /&gt;Szła dalej. Zwiesiła głowę. Najzwyczajniej w świecie się bała.&lt;br /&gt;... I już nie będzie więcej kradła. Nigdy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Następnego dnia, po otwarciu lodówki, skąd pomachał jej pomarszczony, stary seler, musztarda i jedno jajko chlipiące z samotności, na zakupach nakradła tyle, ile zmieściło jej się do kieszeń i ile zdążyła w ramach przyzwoitości wcisnąć do torby.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Raz, jadąc pociągiem, usłyszałam pewną poradę uśmiechniętej dziewczyny, dla załamanego faceta. Porada ta, wypowiedziana pełnym współczucia, acz stanowczym głosem, zapadła mi w pamięć jak rozpalony do czerwoności nóż zagłębia się w ciepłe masło:&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;W każdym związku powinno zostawić się awaryjne 20%, na wyłączność, żeby w razie czego mieć do czego wrócić...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;Och, jakże słusznie.&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-6098488779768093958?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/6098488779768093958/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=6098488779768093958' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/6098488779768093958'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/6098488779768093958'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2010/12/upadek.html' title='O upadku.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-419495993434845704</id><published>2010-12-03T21:56:00.003+01:00</published><updated>2010-12-03T22:45:51.946+01:00</updated><title type='text'>Jak huk...</title><content type='html'>Umarł.&lt;br /&gt;Dowiedziała się o tym w sumie nie znienacka. Wszystko na to wskazywało. Wylew, wieści o piątym stopniu, pobyt w szpitalu. Śmierć miała być kwestią czasu.&lt;br /&gt;Umarł.&lt;br /&gt;Kiedy to ostatnio go widziała? Jakieś 8 lat temu, jak była szczerbatym brzdącem o szczebiotliwym głosie i kompleksach wielkości sporego domu, tak ogromnych, że zdawały się wyciekać jej uszami i nosem, i pełznąć po ziemie jak oślizgłe macki. W sumie to pozostały, ale stały się takim składanym domkiem z tektury. Widziała go te 8 lat temu, ale to był taki raz, wcześniejsze wspomnienia były mgliste, jak oglądane na ekranie śnieżącego telewizora.&lt;br /&gt;Umarł.&lt;br /&gt;Wieść zaparła w płucach dech z siłą mocnego ciosu w splot. Mimo wszystko, że był jej obcy, poza faktem, że był jej wujkiem, wieść chwytała rzeczywistość, zaciskała pięść i wyrzucała tę rzeczywistość zmiętoloną i odrealnioną.&lt;br /&gt;Umarł.&lt;br /&gt;Śmierć to zawsze najgorsza wieść. Nawet nie śmierć bezosobowa, podawana w setkach tysięcy. Chyba że jest to przekaz zawracający w głowie swoją monstrualnością, że każdej sekundy umiera na świecie człowiek, czy coś w tym stylu. No ale jest chwila refleksji - ale brak zagrożenia sprawia, że refleksja przyspiesza bicie serca, po czym odpływa, zanika, migocze i znika...&lt;br /&gt;Umarł.&lt;br /&gt;Śmierć osobowa, określona, bliższa jest najgorsza.&lt;br /&gt;Umarł.&lt;br /&gt;Otępienie zelżało, wieść stała się faktem, wycięty fragment układanki życia stał się fragmentem uzupełniającym.&lt;br /&gt;W dzień pogrzebu odwiedziła swoją chorującą babcię. Pukając do drzwi, zadumała się, dlaczego w obecnych czasach tak wstydliwe jest używanie określeń "babcia", "dziadek", "mama". Dowodzi słabości? Otrzepując czapkę ze śniegu, w przedsionku, myślała dalej. Tak łatwe jest mówienie per Kutas tudzież Dziwka, a tak trudno nazwać matkę "mamą". Szacunek pełną dupą.&lt;br /&gt;W kuchni, w miarę jak parowała herbata i śnieg na włosach, parowało też zamyślenie i do uszu dotarły słowa babci:&lt;br /&gt;- Jak ja im współczuję...&lt;br /&gt;Zrobiła współczującą minę. Też współczuła. Tamci mieli z wujkiem dużo bliższe relacje. W ostatnich dniach prawie że nie opiekowali się nawet schorowaną babcią, bo całą uwagę poświęcili konającemu wujkowi, któremu już nie można było pomóc.&lt;br /&gt;- ... Wymarzną na tym cmentarzu, że głowa boli - ciągnęła babcia.- Widziałaś, jak się Jula ubrała? Butki takie jak skarpetki, sukieneczka o, o, o taka krótka! - Zaznaczyła dłonią kreskę w połowie swojego uda.- I z gołą głową...&lt;br /&gt;Choćby znów uszło z niej powietrze. Wpatrywała się w usta babci, a dzwonienie w uszach zagłuszało słowa tamtej. Oczekiwała żalu po śmierci. Bo nawet jak się kogoś nie lubi, to śmierć jest koszmarna i porusza. Wiedziała, że babcia zazdrości uwagi, jaką poświęcono wujkowi, zamiast jej, także cierpiącej, ale...&lt;br /&gt;Wlepiła wzrok w kubek herbaty. Zamieszała łyżeczką i patrzyła na wiry na powierzchni ciemnoczerwonego płynu, a narzekania babci odnośnie pogrzebu kicały wokół jej głowy jak szyderczo rechoczące króliczki. Herbata wirowała - jak życie.&lt;br /&gt;Para ulatywała do góry - jak ulatuje życie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Pstryk.&lt;br /&gt;Zmrużył oczy przed pomarańczowym, ale jednak ostrym światłem przykurzonej żarówki. Blask wyłonił z ciemności piwnicę zagraconą tak, jak tylko piwnice potrafią być. Zardzewiałe rurki, stare rowery, pokryte skorupą cementu balie, popękane plastikowe miski, porozsypywane śrubki - wszystko to tworzyło smutną, przesiąkniętą martwością i bezużytecznością mozaikę. Pośrodku przejścia szkło potłuczonych słoików błyszczało niczym groteskowe rozety.&lt;br /&gt;Ostrożnie zszedł po schodach. Wymacał za starymi drzwiami kolejny włącznik i z pomieszczenia z boilerem padł prostokąt światła.&lt;br /&gt;Tu z kolei pełno było starych zabawek, komiksów i parę zasuszonych żab. Strzepnął pajęczynę z włosów i roztrącił stopą zaśniedziałe widelce. Już miał podejść do zakurzonego boilera, gdy jego wzrok przyciągnęła leżąca w kącie książka. Była bardzo zwyczajna, w granatowej, miękkiej okładce. Podniósł ją.&lt;br /&gt;Przerzucił pierwsze strony.&lt;br /&gt;I zamarł tak, ze wzrokiem wbitym w tekst.&lt;br /&gt;Po chwili wymacał za sobą ścianę i nie odrywając oczu od książki, usiadł. Gdyby ktoś go teraz widział, ujrzałby młodego chłopaka, tak intensywnie wczytującego się w tekst, że wyglądał, jakby chciał zjeść go oczami. Pochłaniał, pożerał kolejne litery, mrowiące mu się przed oczami. Przez głowę przelatywało mu błyskotliwe buczenie, ciężki szelest, mokre człapanie, spazmatyczne świszczenie. Pochylił się nad książką, aby nie uronić ani przecinka.&lt;br /&gt;Strony przewracały się coraz szybciej. Na skroniach zaczęły pulsować żyły, ramiona się przyginać, skóra na twarzy stawać się coraz bardziej napięta... Oddech przyspieszył, palce wygłodniale przewracały coraz bardziej zniszczone, wyblakłe kartki.&lt;br /&gt;Po włosach popełzły pierwsze siwe pasma, jak ospałe węże. Kręgosłup starczo wyginał się w upiorne C, a łopatki wystawały jak dyszle wozu. Teraz twarz chłopaka przypominała łeb wynędzniałego sępa. Dolna warga mu obwisła, palce powykręcały się na podobieństwo sękatych gałązek, zaciskając się kurczowo na książce, jakby zamierzały przez nią przeniknąć.&lt;br /&gt;Rechot, buczenie, skrzek, zgrzyt, szum, huk, szelest, świst, szepty, życie, doświadczenia, doświadczenia, doświadczenia, krzyk, krzyk, krzyk...&lt;br /&gt;- ! - Chłopak otworzył usta, ale krzyk był zbyt głośny, zbyt mocny, aby zdołał go z siebie wydobyć.&lt;br /&gt;- ! - odpowiedziało echo złośliwie.&lt;br /&gt;- ! - Chłopak zadygotał.&lt;br /&gt;- ! - zarechotało echo.&lt;br /&gt;Chłopak zarzucił głową w przód, jak polujący wąż, po czym wgryzł się w książkę i wyszarpnął z niej spory kawał.&lt;br /&gt;- - to dźwięki cichły, jeden po drugim, wycofując się z podkulonymi ogonami.&lt;br /&gt;Minął chyba miliard lat, zanim chłopak wstał. Włosy miał młodzieńczo brązowe, plecy mocne i proste, dłonie zręczne, jak dawniej.&lt;br /&gt;Posiadający wiedzę całego świata przestarzec z rozpaczą spojrzał na świat zza jego młodych, bystrych oczu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;A na koniec mini-rozluźnionko:&lt;br /&gt;Patrzcie, jakaż to ładna nogawka spodni!&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;*z tłumu, błagalnie* A czy mogę obejrzeć nogawkę koszulki?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-419495993434845704?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/419495993434845704/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=419495993434845704' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/419495993434845704'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/419495993434845704'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2010/12/jak-huk.html' title='Jak huk...'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-8234546889067724566</id><published>2010-11-21T15:05:00.007+01:00</published><updated>2010-11-21T17:41:23.008+01:00</updated><title type='text'>O krzywdzie (?)</title><content type='html'>Zmęczona, pacnęła ręką wyłącznik światła i zanurkowała do łóżka. Zwinęła się jak embrion, narzucając sobie kołdrę na głowę. Po chwili zrobiło jej się duszno, więc przetoczyła się na plecy, odrzucając kołdrę do pasa. Za daleko - pomacała za nią i podciągnęła pod szyję, szczelnie zawijając pod barki. Zimno w stopy - zawinęła kołdrę też pod nie.&lt;br /&gt;W końcu mogła zamknąć oczy, więc je zamknęła.&lt;br /&gt;Zmęczenie przyjemnie rozlewało się po ciele. Pierwszy zegar tykał prawie nad jej głową, na półce, donośne tykanie drugiego dobiegało z kuchni. Wiatr cicho świszczał w szczelinie okna. Zaczęła ogarniać ją błoga senność, a wraz z nią to uczucie zapadania się w łóżku. Prześcieradło zdawało się przesuwać między palcami, materac sunąć w górę po obu stronach ciała. Potrząsnęła głową. Rzeczywistość przestała się kołysać. Po chwili znów zaczęła, jak kołyska, w górę, w dół, jakby stopy znalazły się wyżej niż głowa, a ona miała zsunąć się z łóżka, jak na jakąś olbrzymią szufelkę.&lt;br /&gt;Z dworu, gdzieś z osiedla, dobiegały przytłumione krzyki. Uśmiechnęła się, wpółśpiąca, szczęśliwa, że ze zmęczenia nie ma nawet siły się na tym skupić i pozwolić, żeby zakłóciło jej sen.&lt;br /&gt;Umiera.&lt;br /&gt;Otworzyła oczy tak gwałtownie, jakby ktoś chlasnął ją w twarz, a kołyska snu raptownie ustała.&lt;br /&gt;Teraz słyszała krzyki wyraźnie, kiedy zniknął kokon senności. Ktoś wrzeszczał. Nie potrafiła określić, jak daleko, podejrzewała, że trochę dalej niż na podwórku.&lt;br /&gt;Oni go zabiją - kolejna myśl wynurzyła się z głębin podświadomości i błysnęła jak rekinia płetwa.&lt;br /&gt;Z napięciem wsłuchiwała się w krzyki. Przeciągłe, głośne, brzmiące jak ociekające boleścią A. Chwila ciszy - i krzyk wracał, jeszcze głośniejszy od poprzedniego.&lt;br /&gt;Nie, nie mogą, nie pozwoliliby, ktoś by zareagował - kolejnej myśli towarzyszył mentalny plusk kolejnej wynurzającej się płetwy, i obły zarys cielska pod taflą wody.&lt;br /&gt;Nastała cisza, jeszcze bardziej uciążliwa niż owe krzyki. Zdawało jej się, że ta cisza dzwoni jej w uszach. Tyk, tyk zegarów przywodziły na myśl suche trzaski nabijanych pistoletów.&lt;br /&gt;AAAAAA! - to kolejny krzyk rozdarł nocne powietrze. Przeszły ją dreszcze. Nastąpiły nieskładne, spazmatyczne, bełkotliwe wrzaski, jakby wydobywały się przez szloch. I powrócił ostry, agonalny wrzask. I jeszcze jeden. I znowu bełkot. Cisza.&lt;br /&gt;Ta cisza była jeszcze gorsza. Pod kołdrą zrobiło się już nieznośne gorąco. Pas światła na suficie beznamiętnie wisiał nad łóżkiem, wpatrując się w nie kropkami cienia firanki, obojętny na wszystko. Była już prawie pewna, że tam, gdzieś niedaleko, umierał człowiek. Zarzynany jak świnia. M o r d o w a n y.&lt;br /&gt;Dziś sobota, pewno napruli się i teraz wrzeszczą - ta myśl była równie wiarygodna co "nic się nie dzieje", kiedy wodę przecinają już trzy rekinie płetwy.&lt;br /&gt;Rozległ się nieomal nieludzki skowyt, wznoszący się upiornie świdrującego uszy crescendo. Po nim bulgotanie - bełkot - urwany wrzask - i cisza.&lt;br /&gt;Ta cisza dudniła krwią tętniącą w żyłach, szaleńczym łomotaniem serca o żebra i przede wszystkim uczuciem jakiegoś żalu, straty, i dziwnej nierealności.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Rzecz miała miejsce w parku.&lt;br /&gt;Ujrzała tam orła cień.&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;Ściślej mówiąc:&lt;/span&gt; ptaka.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;A jeszcze ściślej: pomarszczonego pisklaka.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;No, w sumie to był gładki i wyprężony niczym gęsia szyja.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;Żeby już nie przedłużać, tak naprawdę to ujrzała chuja cień.&lt;br /&gt;A może i bez cienia?&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;Ależ to był chuj.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-8234546889067724566?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/8234546889067724566/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=8234546889067724566' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/8234546889067724566'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/8234546889067724566'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2010/11/o.html' title='O krzywdzie (?)'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-6652081811594104875</id><published>2010-11-10T22:56:00.009+01:00</published><updated>2010-11-11T22:58:26.908+01:00</updated><title type='text'>Skszywiony pseódodramat.</title><content type='html'>&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Tytułem wstępu, zaznaczam, że jest to jedynie wymysł mojej hm, wyobraźni. Czy forma poprawna, nie wiem. Wizja i tyle.&lt;br /&gt;I bynajmniej nie ma to być śmieszne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cisza.&lt;br /&gt;Na półce osiadł kurz. Przesuwając po nim wzrokiem, w końcu natrafia się na wolne od niego kółko. Kawałek dalej następne, nachodzące na jeszcze jedno, a dalej...&lt;br /&gt;Pyknięcie - oczy napotykają słoik wypełniony formaliną. Wewnątrz pływa jakaś galaretowata bryła, pofałdowana jak orzech włoski.&lt;br /&gt;Cisza - nagle rozbrzmiewa jakby mentalny łoskot - i spod sufitu osypuje się pył.&lt;br /&gt;Słoik zaczyna dygotać szaleńczo, a ciecz bulgotać i wzburzać się, jak w bębnie pralki. Kiedy odrywa się od sufitu pierwszy kawał tynku i roztrzaskuje na posadzce, wyrzucając w górę chmurę pyłu, formalina rozsadza słoik. Galaretowata masa wypręża się, wzdryga się, po czym zdając się rechotać szaleńczo, wybija dziurę w ścianie. Jeszcze chwilę wszystko drży, aż nieruchomieje.&lt;br /&gt;Wiiizg! - to galareta z powrotem wpada do środka. Odbija się od ścian niczym oszalały bąk, tym razem to parskając, to wydając z siebie uuu!-UUU! i zanosząc się obłąkańczym śmiechem. Wreszcie przykleja się do sufitu, i tam zostaje. Po jej powierzchni przebiegają leciutkie dreszcze. Gdyby miała ciało, dyszałaby, wywalała jęzor i w podnieceniu wytrzeszczała oczy.&lt;br /&gt;Pada światło reflektorów. Przez dziurę w ścianie, wielkości koperty na listy przeciska się jakaś postać, jak wyciskana bita śmietana. Wstaje, otrzepuje podpity purpurą płaszcz, prostuje cylinder, po czym kłania się i zamaszystym ruchem wskazuje podekscytowaną breję pod sufitem.&lt;br /&gt;Drodzy państwo, poznajcie Bibułowy mózg.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z podłogi wyłania się rozklekotana budka biletowa. Towarzyszą temu trzaski, sypią się drzazgi, a połamane deski stopniowo spadają z jej daszku.&lt;br /&gt;Zezowata babka o krzywych zębach wymachuje pękiem nieco sfatygowanych biletów.&lt;br /&gt;- Okafja! Tylko dzifiaj! Wssemf dafmowy!&lt;br /&gt;Trzęsący się pod sufitem mózg mentalnie wyszczerza zęby w szerokim, chershire'owskim uśmiechu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;***&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;br /&gt;PROLOG&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Scena I&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(Kroki rozbrzmiewają echem po sali. W półmroku poruszają się ludzkie sylwetki, przenoszące krzesła, fotele i wycięte z kartonu kształty. Tupią, pokasłują, rozmawiają półgłosami, jakby nie chcąc zmącić spokoju i tych unoszących się w powietrzu drobinek kurzu. Widać, jak zza kulis wytacza się coś podobnego do pralki bębnowej, dudniąc metalicznie. W którymś z ciemnych rogów sali rozbłyska płomyk zapalniczki, rozżarza się końcówka papierosa.)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;SCENOGRAF&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ej, ty! Gaś mi tu tę faję!&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(pracownik dostaje napadu kaszlu i gorączkowo wpycha papierosa do kieszeni)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;I zapalić mi tu światło, ciemno jak w dupie!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(po chwili spod sufitu spływa żółtawe światło, wyłaniając z półmroku szczegóły. Na tle namalowany jest rząd okien z półeczkami pod nimi, na paru z nich są butelki wody albo gazety. Pracownicy aktualnie ustawiają w dwóch podwójnych szeregach czerwone fotele wyglądające jak ukradzione z samolotu. Dwaj z nich toczą przed sobą blaszany walec)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Co to za wał?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;br /&gt;PRACOWNIK I&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pierwsza scena, psze pana. Wjazd pociągu i w ogó...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;SCENOGRAF&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;br /&gt;Jak to?! Mówiłem, że to wytniemy, to bez sensu, wywalić mi już stąd tę obitą pralkę! Jakbyście chcieli to wykonać? Co to, miałoby być jakieś deus ex machine? A co to za krzesła?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PRACOWNIK II &lt;span style="font-style: italic;"&gt;(cicho mrucząc pod nosem)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Fotele...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;SCENOGRAF&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;br /&gt;Po-ciąg. Rozumiecie? PO-CIĄG! Nie samolot!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PRACOWNIK III &lt;span style="font-style: italic;"&gt;(nieśmiało unosząc rękę)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Publiczność i tak nie zauważy...&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(Scenograf obraca się ku niemu, złowieszczo niczym peryskop)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Znaczy się... Eee, to pierwsza klasa, podobne... I... I, i...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(wzrok Scenografa mógłby wypalać dziury jak laser. Walec z dudnieniem znika ze sceny)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Do drugiego aktu mamy dobre...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;SCENOGRAF&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;br /&gt;Dobra, dobra!&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(macha rękami niczym wiatrak)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Dobra! To i tak będzie totalna kaszana...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(wychodzi)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Scena II&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(Zaczyna się. Panuje cisza. Posępny peron z kolumnami pokrytymi spękanymi kafelkami jest oświetlony przez wątłe światło migoczących jarzeniówek. Na powykręcanej ławce drzemie okryty gazetą Bezdomny. Nagle rozlega się przeciągły, drażniący jak widelce skrobiące po talerzu zgrzyt, gdy wjeżdża pociąg. Olbrzymia lokomotywa połyskuje srebrzyście, a monstrualny wręcz komin wyrzuca kłęby gęstej pary)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;SCENOGRAF&lt;/span&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt; (zza kulis, szeptem)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co za gniot... A'la stacja metra i ciuchcia rodem z westernów...&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(zgrzyt przybiera na intensywności, zaczynają od niego cierpnąć zęby, a uszy chcą się zwinąć)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Pieprzony teatr życia.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt; &lt;span style="font-style: italic;"&gt;(Pociąg staje. Peron wypełnia się Ludźmi, wchodzącymi do środka. Znów nastaje bezruch, po chwili gwizd, stęknięcie lokomotywy i pociąg rusza)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;AKT I&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Scena I&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(Przedział pierwszej klasy. Pasażerowie zajmują swoje miejsca, każdy zamknięty w swoich myślach i własnym światku. Podróż upływa na przeglądaniu gazet, pisaniu sms-ów, słuchaniu muzyki czy też bezczynnym wyglądaniu przez okno. W pewnym momencie rozlega się parę nieco drażniących bitów, Panienka wygrzebuje telefon z torebki)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PANIENKA &lt;span style="font-style: italic;"&gt;(świergocząc)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Witaj, skarbie! I jak, wiadomo już coś?&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(słucha ze zmarszczonymi brwiami)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;A sprawdziłeś rodowód? Nie możemy sobie pozwolić na oszustwo, musimy mieć prawdziwego Yorka, z rodowode...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(niezadowolona, że jej przerwano, Panienka słucha, ostentacyjnie wywracając oczami)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Tak, tak... Dobrze... Posprawdzaj jeszcze... Tak? Tak?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(nachmurzając się)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;Jak to? Nie idziemy do restauracji? Jak to? Miałam taką koszmarną ochotę na krewetki! Jak mogłeś... Dobrze, cześć, nie zamierzam z tobą mówić!&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(rozłącza się)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Scena II&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;MĄŻ&lt;span style="font-style: italic;"&gt; (do Żony, rozchylającej usta w podkówkę, przy malowaniu się)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co powiesz na wakacje w Egipcie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ŻONA&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aaa, już byliśmy trzy lata temu, za gorąco, pustynie...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;MĄŻ&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Może Francja, Paryż, Wersal...?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ŻONA&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Niee, oni tam żaby jedzą.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(ze zniecierpliwieniem zakręca tusz i wytrząsa z torebki waciki kosmetyczne)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Poza tym, co mi tam po tej wieży Aifla.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;br /&gt;MĘŻCZYZNA &lt;span style="font-style: italic;"&gt;(zerkając znad gazety swoimi lekko wyłupiastymi oczami, mruczy pod nosem)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;... Co za porażka...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;br /&gt;ŻONA &lt;span style="font-style: italic;"&gt;(dosłyszała - lustruje wzrokiem nieco wychudzoną postać Mężczyzny, jego podkrążone ze zmęczenia oczy - szepcze do Męża)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Świat schodzi na psy, nie ma żadnych podziałów... Wepchnie się taki nędzarz, tylko miejsce zajmuje, bo mu się pewno stać nie chce...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;MĄŻ&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mhm, a co powiesz na... Nową Zelandię?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ŻONA&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No co Ty! Same widoczki, pola, gdzie tam jakieś porządne centrumy handlowe, ludzi mało na takim odludziu, co ty w ogóle do mnie mówisz?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(Mężczyzna unosi gazetę, nieco zasłaniając swoją twarz)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;AKT II&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Scena I&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(Przedział klasy drugiej. Wszystkie miejsca zajęte, dwoje młodych Ludzi siedzi na podłodze w przejściu między przedziałami. Grupa Uczennic siedzi z zeszytami, teoretycznie porównując notatki i ucząc się, jednak w praktyce co chwilę podejmują rozmowy na coraz to nowe tematy)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;UCZENNICA I&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A wiecie, mamy w klasie taką Olcię. Jakie to to głupie... Szpile dwunastki, jak zapałki, kilo tapety, że demakijażuje się chyba szpachelką, taka dżezi i w ogóle... Jak ja na nią patrzę...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;UCZENNICA II&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Daj spokój, coś mi się robi, jak z takimi się gada.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;UCZENNICA I&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Żeby się dało gadać! Nie o tipsach i imprezach, oczywiście. I o modzie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;UCZENNICA III&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Taka czarna? Co rusza swoją dupcią jakby ósemki kreśliła w powietrzu, z taką torebusią i paskiem z dupnym D&amp;amp;G?&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(Uczennica I przytakuje pogardliwie)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Aa, to wiem,&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(zniżając głos)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;to taka lampucera i picza pieprzona, myśli, że każdego faceta wyrwie. Do mojego się dobierała, czaicie? Na moich oczach! Noż myślałam, że jak jej przyrżnę, to się nogami własnymi nakryje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;UCZENNICA I i II&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Łooo...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;UCZENNICA III&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I jak tu mieć spokój? Nie dość, że w domu problemy, haruje się jak wół, nauki po uszy,  to jeszcze trzeba uważać, żeby taka dziunia zasrana ci faceta nie podwaliła. No w dupie się poprzewracało na tym świecie!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;UCZENNICA II &lt;span style="font-style: italic;"&gt;(konspiracyjnym szeptem)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak ją poznałam, to ta pierwszego dnia zaczęła mi wymieniać, w jakich to ona krajach nie była... Koszmarex jakiś...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Scena II&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;CÓRKA &lt;span style="font-style: italic;"&gt;(skubiąc kuleczki zmechacenia na swetrze)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;Mama... Bo w przyszłym tygodniu jest wyjście do teatru, to środa, to nie idę do szkoły.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;MATKA &lt;span style="font-style: italic;"&gt;(z zatroskaniem)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ile?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;CÓRKA&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A, daj spokój, dwie dychy. Oni chyba myślą, że się sra pieniędzmi. Tu jakieś ubezpieczenia, składki, to tu, to tam na ksero, lecą sobie piątki, jedynki, dwuzłotówki, jeszcze ma być wycieczka, oszaleli. Jeszcze książki potrzebne, ale to mam już część, z komisu.&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(Matka otwiera usta)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Do języków nie będę kupować, skseruję czy coś.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(Matka spuszcza wzrok na swoją torebkę i zaczyna bezwiednie bawić się zamkiem)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;W ogóle, kurtka mi się już tak rozciągnęła, że wygląda jak worek, muszę sobie kupi...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;br /&gt;MATKA&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;... Przecież ci coś dołożę, halo...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;CÓRKA &lt;span style="font-style: italic;"&gt;(gwałtownie kręcąc głową)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No co ty, mama, wiem, jak jest, damy radę. Skądś wytrzasnę jakąś kasę sobie.&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(dostrzega przepełniony boleścią i dziwną żałością wzrok Matki)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Nie jest najgorzej, eej.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(zerka na Pasażera w marynarce, rozmawiającego przez telefon, po czym unosi ręce i macha nimi lekko)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Wiesz, że zawsze może być gorzej, a kasa...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;br /&gt;MATKA&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wiem, wiem.&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(ze smutkiem odwraca twarz do okna)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;AKT III&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(Rytmiczny stukot kół pociągu jest tak głośny, że zdaje się nie tylko rozbrzmiewać w wagonie, ale też i i tłuc po wnętrzu czaszki. Promienie słońca wdzierają się przez szczeliny między deskami, pali się tylko jedna żarówka, której światło nie dociera do kątów. Wzdłuż ścian ciągnie się po rzędzie ławek, szczelnie zajętych. Bezprzedziałowe wnętrze wagonu przywodzi na myśl zsyłki na Syberię. Panuje gwar rozmów, ludzie przemieszczają się pomimo marnego oświetlenia. Niekiedy dyskretnie zabłyśnie flaszeczka wódki)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;KOBIETA I&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Plaga jakoś nastała... Najpierw plony, że pożal się Panu Bogu, potem krowa zdechła... A jeszcze ostatnio nasza Bronieczka jakie zapaści dostała i ją nam wywieźli...&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(przysłuchujące się Kobiety słuchają ze skupieniem i pełnymi współczucia minami. Kobieta I otrząsa się, po czym z uśmiechem do Kobiety II)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Mniejsza o to, ja słyszała, że wasza Iga zaręczona! Wspaniale!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;br /&gt;KOBIETA II&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Już nie, rozeszli się. Zdradził ją, moją Iguczkę, podły, wredny...!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(bezsilnie macha rękami)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;A tak kochała! Ufała!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;br /&gt;KOBIETY&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Oj, oj! Podłość! Jak można!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;KOBIETA III &lt;span style="font-style: italic;"&gt;(rozzłoszczona)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A mój, kilkanaście lat razem, rozbestwiło się chłopisko, nic tylko bierze i chleje, kasę ciągnie i chleje, i przychodzi napruty w cztery dupy, i mordę drze, i się rzuca, i czasem...&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(twarz Kobiety III tężeje w wyrazie czystej nienawiści)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Dzieciaki narobił i ma wszystko w dupie! Ot, cała miłość małżeńska!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;br /&gt;KOBIETY&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co za los, co za los!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;KOBIETA I&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Życie jest okrutne.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(wzdycha smętnie)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;No, ale tylko jedno!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;br /&gt;KOBIETA IV&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Właśnie, tylko jedno... Staszek nasz zmarł ostatnio.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;KOBIETY&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Jak to? T e n Staszek? &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(Kobieta IV, rozgoryczona, przytakuje)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Olaboga, bieda, bieda! Staszka nie ma!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;br /&gt;KOBIETA I&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Taki człowiek... Taki szanowny... Szkoda go, bardzo szkoda.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;KOBIETA III&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Życie jest tak podłe, że to i lepiej pewno dla niego, ot!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;KOBIETY&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ksz!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(w krąg światła wbiega mała Dziewczynka w podartych rajtuzkach i chustce na głowie, spod której wymykają się kosmyki płowych włosów. Wymachuje szmacianą lalką. Dopada Kobiety III, wdrapuje się na jej nogę i zajmuje się zabawą)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;KOBIETA III &lt;span style="font-style: italic;"&gt;(gładząc policzek Dziewczynki pokryty sinawoczerwoną plamą oparzenia)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Nu, moja Sarcia... Jeśli czegoś w życiu nie żałuję, to urodzenia jej. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(Kobiety patrzą na poparzoną również na rękach skórę Dziewczynki)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;I ten moczymorda, przez niego wszystko...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(Dziewczynka unosi rozpromienioną twarzyczkę i uśmiecha się. W trakcie uśmiechu niezdrowa skóra dziwacznie zniekształca jej rysy, nadając twarzy upiorny wygląd)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Dziecino!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(Kobieta III mocno tuli Dziewczynkę do piersi)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;DZIEWCZYNKA&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mama! Ale pats!&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(zeskakuje z kolan Kobiety III i staje dumnie wyprostowana. Wyciąga rączki do góry i jakby pokazuje je wszystkim. Podskakuje parę razy, obraca się wokół własnej osi i na końcu jeszcze raz trzepocze rączkami)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Ja mam nadal roncki, i nózki, i mogę biegać, i się śmiać... Mama!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(wybucha perlistym, niewymuszonym śmiechem)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;KOBIETY&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tylko jedno! Najlepsze!&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(Pasażerowie powstają na to i jakby wznoszą toast)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Za Życie!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;br /&gt;EPILOG&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(Wnętrze Wagonu przypomina widziany od środka stalowoszary walec. Podłogę tworzy bardzo gęsta kratka, po której co jakiś czas przetacza się pusta szklana butelka, obijając się z upartym stukiem. Na prostych ławkach przypominających szyny siedzą Ludzie. Kiwają się lekko w takt ruchów pociągu, bezwładnie niczym lalki)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;LOS&lt;/span&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt; (rozlega się metaliczny, dudniący odgłos kroków, zatrzaskują się odsunięte drzwi. Los podchodzi do pierwszego z brzegu Pijaka)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Lubisz pić?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PIJAK&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;J-aaa? W żżysiu...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;LOS&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;br /&gt;Absolutnie nic?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PIJAK &lt;span style="font-style: italic;"&gt;(czkając)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Aassoutnie...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;LOS&lt;/span&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt; &lt;span style="font-style: italic;"&gt;(zwracając się do Przypadku)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niech już nigdy więcej nie weźmie do ust niczego do picia, nawet wody.&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(do Pijaka, z uśmiechem)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Bardzo dobrze&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(Pijak łapie się za gardło, zaczynając rzęzić i się krztusić. Jego twarz szarzeje, skóra się kurczy, opinając na kościach jak za mały lateksowy strój na ciele. Pijak upada na ziemię, gdzie zaczyna się wić, dygocząc, zmniejsza się stopniowo, zasycha, aż zwija się w kłębek. Przypomina czarnobylsko zmutowany embrion z przetłuszczonymi włosami na głowie. Ostatnie tchnienie - i osypuje się w pył. Los podchodzi do Dziwki)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Lubisz dawać?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;br /&gt;DZIWKA &lt;span style="font-style: italic;"&gt;(strzela balonem z gumy do żucia i cały czas okręca sobie wokół palca pasmo swoich pofarbowanych na czarno włosów)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Że co? Nie rozumiem...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;LOS&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;br /&gt;Nigdy nie dajesz?&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(Dziwka pogrąża się w myślach, nie omieszkając zalotnie zatrzepotać rzęsami i wydąć wargi. Bezmyślnie przesuwa tipsowatą dłonią po swoich udach ciasno opiętych lateksem. Po chwili kręci głową)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Już nigdy nie da dupy, a także nikogo niczym nie obdaruje, n i c z y m.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;DZIWKA &lt;span style="font-style: italic;"&gt;(rozdzierająco)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nieeeee!&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(łapie się za włosy, oczy prawie chcą wyjść jej z orbit. Po chwili zaczyna przesuwać palcami po twarzy, mocno, gwałtownie, jakby chciała zedrzeć sobie z niej skórę)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Nie, błagam, nie! Już nigdy... Ja...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(makijaż Dziwki przybiera nową postać: czarne strużki na policzkach i wokół oczu, nadając twarzy Dziwki wygląd pandy. Otwarte we wrzasku usta przypominają tunel diabelskiej kolejki wiodący do samego piekła)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Zmienię... się... Błaaagaam... Ja nie... Nie... Nie... Chciałam... Nie mogę...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(wciska dłonie między uda, wytrzeszczając błagalnie oczy. Skula się)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;Ja...&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(unosi głowę. Twarz Dziwki stała się poorana zmarszczkami, a cycki, całe pozbawione jędrności i młodzieńczości ciało usiłuje obwisnąć mimo opinającego je stroju. Los podchodzi do Zboczeńca)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;LOS&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;br /&gt;Lubisz brać?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ZBOCZENIEC &lt;span style="font-style: italic;"&gt;(wciąga tabakę, zaczyna parskać, oczy mu łzawieją. Dopiero po chwili odpowiada powabnym głosem)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bóg dał, to biorę!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;LOS&lt;/span&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt; &lt;span style="font-style: italic;"&gt;(do Przypadku)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Już nigdy więcej nie pojebaczy, nigdy mu nie stanie, nigdy więcej...&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(Zboczeniec wydaje z siebie bliżej nieokreślony dźwięk, ni to ryk, ni to pisk)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Też nie zaćpa...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(Zboczeniec uderza się w twarz otwartą dłonią, jakby to była packa na muchy)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Nigdy niczego już nie dostanie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;br /&gt;ZBOCZENIEC &lt;span style="font-style: italic;"&gt;(zagląda sobie do spodni i z gardła wyrywa mu się przeciągły jęk)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Usechł...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(toczy błędnie oczami po wnętrzu wagonu, traci równowagę. Ze stęknięciem, trzymając się za krocze, zwala się na podłogę. Twarz ma zsiniałą. Los przestępuje nad ciałem Zboczeńca i podchodzi do Palacza)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;LOS&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;br /&gt;Lubisz palić?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PALACZ&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Nie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(gdy Los otwiera usta, dodaje szybko)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Ale muszę.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(Los unosi brwi, po czym kiwa głową Przypadkowi)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;LOS&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;br /&gt;Zapalisz?&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(Palacz wyraźnie się waha, lecz ręka sama mu się unosi i sięga do Losa. Przypadkowi materializuje się w rękach miotacz płomieni)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Pozwolisz, że pojaramy.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(z miotacza rzyga strumień ognia. Palacz przez chwilę trwa w tym piekle, podobny do groteskowego stracha na wróble. Dopiero po chwili nadchodzi jego agonalny krzyk. Trzepocząc rękami jak ptak, zaczyna biegać, wpadając na Pasażerów, przez co płomień przeskakuje po nich jak po suchych polanach. Los wymownie zerka na Przypadek. Przypadek przytakuje i kieruje miotacz w stronę początku pociągu)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Życie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(Rozlega się ogłuszający, błękitny wiiizg! i ogniste piekło przewala się przez pociąg. Dociera do lokomotywy, która chwilę skwierczy w jego bezlitosnym, żarłocznym żarze. Wygina się metal, topnieje, deformuje jak rzucony w ognisko plastik. Siła wybuchu w piecu rozrywa całą lokomotywę, która otwiera się niczym żelazna stokrotka)&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wytrwały wędrowcze, który aż &lt;span style="font-size:78%;"&gt;jeśli w ogóle&lt;/span&gt; tu zabrnąłeś: właśnie otrzymałeś ode mnie mnóstwo czołobitnych pokłonów.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-6652081811594104875?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/6652081811594104875/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=6652081811594104875' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/6652081811594104875'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/6652081811594104875'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2010/11/skszywiony-pseododramat.html' title='Skszywiony pseódodramat.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-7466264592458321867</id><published>2010-09-03T12:21:00.006+02:00</published><updated>2010-09-03T18:34:09.903+02:00</updated><title type='text'>Kakoj-ta durackij razgawor a grudi.</title><content type='html'>Dziewczyna siedziała przy biurku, na blacie którego leżała przed nią nieco postrzępiona na brzegach kartka papieru. Rysowała, lekko wysuwając przy tym język. Co chwilę obracała nieco kartkę, zniżała, to oddalała lampkę, to sama pochylała się tak mocno, że przypominała przegarbatą wiedźmę, to znów się prostowała. Akurat kiedy podniosła kartkę...&lt;br /&gt;Nazwijmy ją Domą. Dziewczynę, nie kartkę, naturalnie.&lt;br /&gt;A więc Doma siedziała przy biurku, rysując z wysuniętym językiem i niemal zmieniając ten akt twórczy w jakąś gimnastykę, i akurat kiedy podniosła kartkę, żeby strzepnąć z niej wiórki gumki i starty grafit, do pokoju weszła jej matka. Nie oderwała wzroku od swojej pracy - strzepnęła, położyła, wygładziła, znów przytknęła ołówek do papieru.&lt;br /&gt;- I jak było? - zagaiła matka, siadając na brzegu łóżka.&lt;br /&gt;Doma krótko obejrzała się na nią przez ramię.&lt;br /&gt;- W porządku. - I powróciła do rysunku.&lt;br /&gt;Przez chwilę słychać było tylko szuranie ołówka. Matka znów się odezwała:&lt;br /&gt;- Zawsze tylko "w porządku", "dobrze", "ok". Same ogólniki. Jestem...&lt;br /&gt;Tak, twoją matką - dokończyła Doma w myślach. Słowa padały potem według tego samego scenariusza - oskarżenia matki, pytania dziewczyny, czy ma opowiadać ze szczegółami, zaprzeczenia matki, że nie, oczywiście nie, ale, i tak w kółko. Było to bez sensu. Owszem, Domę korciło tak co nieco powiedzieć, tak o, bo czuła taką pokusę, ale jak to wyrazić? "Dobra, mamo, ssał mi cycki"? No proszę... Brzmiało to koszmarnie nawet w myślach. Nie koszmarnie dlatego, że za normalne zachowanie par uznawała jedynie ckliwe trzymanie się za rączki i tak zwane skradanie całusów, tylko dlatego, że brzmiało... po prostu wulgarnie. Lubiła pobrykać, ale było to przyjemne, miłe i w ogóle, więc tak też zamierzała to określać.&lt;br /&gt;Doma nie obracała się, pieczołowicie rysując. Matka wreszcie się poddała i siedziała tak, w zamyśleniu wymachując stopą. Upłynęło parę minut i Doma zapomniała o jej obecności w pokoju, aż tamta ponownie nie przerwała milczenia:&lt;br /&gt;- Podniecasz go?&lt;br /&gt;Rumieniec zdradziecko popłynął ku twarzy Domy. Jak dobrze, że pochylała się nad kartką, plecami do matki! Chociaż stający penis był w sumie niczym...&lt;br /&gt;- Mama... - jęknęła z udręką.&lt;br /&gt;Milczenie. Doma westchnęła i wyburczała:&lt;br /&gt;- No raczej tak, nie?&lt;br /&gt;- A dotykał... ci już piersi?&lt;br /&gt;Doma była zażenowana. Czuła się jak kretyn. Co za durne spytki? Wcale nie miała ochoty o tym mówić. Zacisnęła usta i zawzięcie kreśliła falistą kreskę, która już nie potrzebowała poprawiania.&lt;br /&gt;- Noż kurczę, to normalne pytania! - wybuchnęła matka. - Ty się ciesz, z moją matką nie mogłam pogadać w taki sposób...&lt;br /&gt;- Yhy.&lt;br /&gt;- Dotykał?&lt;br /&gt;- Mamaa...!&lt;br /&gt;- No powiesz czy nie?&lt;br /&gt;- Nie - naburmuszyła się Doma.&lt;br /&gt;- Przecież to nic złego no!&lt;br /&gt;Doma oczywiście wiedziała, że to nic złego. Dotykanie cycków to w sumie błahostka.&lt;br /&gt;- No ale ja nie chcę o tym gadać.&lt;br /&gt;Znów chwila milczenia.&lt;br /&gt;- Wiesz - matka raptownie zmieniła ton - skoro tak, no, to na pewno po powrocie od ciebie on musi sobie ulżyć...&lt;br /&gt;Doma wyprostowała się, po czym obejrzała na matkę. Rozluźniła się.&lt;br /&gt;- A to niech sobie wali! - wykrzyknęła wesoło.&lt;br /&gt;Po czym wybuchnęła śmiechem. Matka siedziała i patrzyła nań jak porażona gromem. Jej usta utworzyły małe, oburzone "o". A Doma zanosiła się śmiechem, wręcz zataczającym się pijacko, wznoszącym się do ostrego skrzeku i opadającym do niskiego, rubasznego rechotu. Nie mogła się powstrzymać. Nagle wizja jej faceta ze skupionym wyrazem twarzy, jak się to mówi, czochrającego sobie freda, wydała się przezabawna. A przecież na ogół w ogóle o tym nie myślała, dopuszczając istnienie tego faktu do świadomości, co i tak jej nie wzruszało.&lt;br /&gt;Głos matki w końcu jej powrócił, lekko zachrypnięty:&lt;br /&gt;- Ja tu się staram - wykrztusiła - a ty... Nie wiedziałam, że jesteś taka wulgarna!&lt;br /&gt;- No ale co? - zaśmiała się Doma.&lt;br /&gt;- A gówno. - Mina matki stała się przebiegła. - Dobra. No to masz. Macał cię po cyckach?&lt;br /&gt;Doma rozpromieniła się. Od razu poczuła się lepiej. "Piersi", "ulżenie sobie", "tam", to wszystko stwarzało otoczkę straszliwego tabu.&lt;br /&gt;Widocznie jej promienny uśmiech był wystarczającą odpowiedzią dla matki.&lt;br /&gt;- No wiesz co... Naprawdę nie podejrzewałam, jak mogłaś tak brzydko powiedzieć... To twój chłopak, a ty mówisz "niech sobie wali", Doma, ty... ty świnio!&lt;br /&gt;Doma dostrzegała cień uśmiechu błąkający się po ustach matki, mimo całego tego opieprzania. Odłożyła ołówek i odwróciła się do niej przodem.&lt;br /&gt;- Mama - powiedziała cierpliwie.- Mnie takie... okrążanie peszy. Jak walić to z grubej rury, no.&lt;br /&gt;Matka pokręciła głową.&lt;br /&gt;- No, to wkładał ci już palce do cipki?&lt;br /&gt;Doma powiększyła oczy, a usta utworzyły jej pełen oniemienia i pewnego rodzaju degustacji, oklapły trójkąt. Patrzyła na matkę z politowaniem.&lt;br /&gt;-... Weź ty już nie przesadzaj...&lt;br /&gt;- Chciałaś waszym językiem, to masz - odgryzła się matka.&lt;br /&gt;- A idź.&lt;br /&gt;Po czym odwróciła się do biurka, chwyciła ołówek i na starannie tworzonym rysunku postawiła nim dupnego rozmiaru, dumnie wyprężonego penisa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;*wrzeszcząc dziko, usiłuje rozewrzeć palce rozochoconej Agatki zaciskające się na jej szyi*&lt;br /&gt;Bul, bul , bul...&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;*Agatka podskakuje wesoło i wyszczerza zęby w pełnym zachwytu uśmiechu*&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;Bul, bul.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;*Agatka wręcz na nią wskakuje, wbijając przy tym kolana w jej  plecy, niczym pies, który zapomniał, że już przestał być słodkim, a ti-ti szczeniaczkiem i stał się - dajmy na to - zwalistym bernardynem, który w ramach zabawy skoczył na pana, przewracając go i nieumyślnie przydusza go swoją miażdżącą krtań łapą*&lt;br /&gt;... Bul...&lt;br /&gt;*Agatka wydaje z siebie zachwycony pisk*&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;(zrozpaczone)&lt;/span&gt; bul!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-7466264592458321867?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/7466264592458321867/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=7466264592458321867' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/7466264592458321867'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/7466264592458321867'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2010/09/kakoj-ta-durackij-razgawor-grudi.html' title='Kakoj-ta durackij razgawor a grudi.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-925669850996427133</id><published>2010-08-29T15:15:00.003+02:00</published><updated>2010-09-01T20:59:01.123+02:00</updated><title type='text'>...</title><content type='html'>Wpis zedytowany, z racji słusznego zauważenia, że to już było.&lt;br /&gt;Ech, ta skolioza pamięci.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Migotanie.&lt;br /&gt;Błysk - kafelki - błysk - kran - błysk - zarys kubka ze szczotkami do zębów - błysk - podejrzane, zmiętolone kłęby materiału - błysk - żaluzje - błysk - dywanik kąpielowy - błysk - po prostu prosta łazienka.&lt;br /&gt;Żarówka migotała u sufitu niczym w scenie rodem z horrorów. Między jej silniejszymi rozbłyskami nie panowała ciemność; ciągle jarzyła się wątłym światłem nadającym skórze chorobliwy, żółtawy odcień. Rzucała dziwne cienie na twarz, przeobrażając ją w woskowatą maskę pociągłego lica jakiegoś upiora.&lt;br /&gt;Dajmy na to, Ada, ta stojąca przed lustrem, pochyliła się nieco, poprawiając włosy. Włosy miała gęste, lśniące, opadające falami na plecy.&lt;br /&gt;- Okłamując kogoś, okłamujesz przede wszystkim samego siebie.&lt;br /&gt;Ada uśmiechnęła się. W upiornym świetle żarówki błysnęły jej zęby, jeszcze bardziej upodobniając jej odbicie do zmory.&lt;br /&gt;- Związek, miłość polega na tym, że akceptuje się kogoś ze wszystkimi wadami... Ideały nie istnieją jako tako - ideałem jest ideał wadliwy. - Ada jeszcze bardziej nachyliła się nad umywalką, wodząc palcami po swoim dekolcie. - Oczywiście, można się trochę nagiąć... Ale ja przyjęłam zasadę, że jak komuś coś nie pasuje... - Uśmiechnęła się lekko, w ten osobliwy sposób, że cała twarz pozostaje pusta, pozbawiona wyrazu, a jedynie kąciki ust nieco się unoszą.- To niech spierdala.&lt;br /&gt;Ada wyprostowała się. Poprawiła bluzkę na piersiach, wydęła pomalowane na czerwono wargi, potrząsnęła włosami.&lt;br /&gt;- Oczywiście, nie twierdzę, że jestem bez wad...&lt;br /&gt;Odpowiedziała jej cisza. Żarówka dalej migotała. Ada uświadomiła sobie, że nie mówił jej tego cichy, natrętny głos w jej głowie, ale ona sama. Rozejrzała się na wypadek, gdyby jednak rozbłysk światła miał ujawnić nowy zarys w ciemności, jednak łazienka pozostawała tak samo pusta.&lt;br /&gt;Odwróciła się do lustra. Wpatrywała się w swoje upiorne odbicie, z szeroko otwartymi oczami i rozchylonymi ustami.&lt;br /&gt;To też tylko odbicie - pomyślała, a serce łomotało jej w piersi.- Kłamstwo umysłu. Oszustwo.&lt;br /&gt;Z ust Ady wyrwał się zduszony okrzyk, po czym porwała stojącą na umywalce  butelkę - nigdy nie mogła sobie przypomnieć, co to było - i roztrzaskała lustro.&lt;br /&gt;Jasność.&lt;br /&gt;Kafelki, kran, kubek ze szczotkami do zębów, zmiętolone ręczniki, żaluzje, dywanik kąpielowy. Żarówka dawała jasne, pewne światło, wyłaniające każdy szczegół wyłożonej jasnymi kafelkami łazienki.&lt;br /&gt;Ada, ta stojąca przed okrągłą ramą z wystającymi zeń zębami szkła, pochyliła się nieco. Podłoga była usiana odłamkami, jeszcze drżącymi lekko na krawędzi umywalki. Ada trąciła szkło stopą. Zabrzęczało.&lt;br /&gt;Siedem lat nieszczęścia. W sumie, to sześć i dziewięć dziesiątych lat nieszczęścia, jeśli tak zaokrąglić.&lt;br /&gt;Ada wzięła miotłę i szufelkę, po czym zamiotła szkło i wyrzuciła je do kosza, a razem z nim te lata nieszczęścia a także część swojego kłamstwa.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Siostrzyczka siedziała w fotelu, uważnie śledząc losy bohaterów jakiegoś tandetnego teleturnieju. W końcu program dobiegł końca i wstała, poprawiając ręcznik owinięty wokół jej głowy, pod którym zaszeleściła folia mająca zachować ciepło i "aktywować działanie maseczki".&lt;br /&gt;- Idę spłuknąć głowę - oświadczyła dziewczyna.&lt;br /&gt;Rodzina nie zwróciła na nią uwagi. Z łazienki dobiegł odgłos zgniatania foli w kulkę, a po nim uderzenie wody o dno wanny. Nagle brat zerwał się sprzed telewizora i zawołał:&lt;br /&gt;- Zaczekaj!&lt;br /&gt;I już był w łazience i nim siostra zdążyła sięgnąć po prysznic, sięgnął on - po jej głowę, uchwycił dziewczynę za kark -, i już sięgnął - po klapę sedesu. Jeszcze jeden ruch i wepchnął siostrze głowę do klozetu i wdusił spłuczkę. Wszystko przypominało pełen gracji, idealnie skoordynowany taniec; zero przeskoków, wszystko płynne i zgrabne.&lt;br /&gt;- Co ty... - Resztę słów dziewczyny zagłuszył chlust wody i bulgot dochodzący z jej ust.&lt;br /&gt;W kiblu się zapieniło. Wraz z wodą spływały niesłyszane bluzgi i maseczka. Brat zwolnił uścisk i dziewczyna wyprostowała się - gniewna, groźna, z ociekającymi wodą i pianą włosami przyklejonymi do twarzy, niczym Wenus spośród fal.&lt;br /&gt;- Co ty kurwa...! - wrzasnęła, lecz brat jej przerwał stanowczym kręceniem głową.&lt;br /&gt;- Mówiłaś, że idziesz spłuknąć głowę. Chciałem pomóc!&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-925669850996427133?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/925669850996427133/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=925669850996427133' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/925669850996427133'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/925669850996427133'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2010/08/blog-post_29.html' title='...'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-1533285906682350054</id><published>2010-08-21T17:46:00.002+02:00</published><updated>2010-08-21T22:19:57.410+02:00</updated><title type='text'>.</title><content type='html'>Pewnego razu były sobie dwie Cycuszki.&lt;br /&gt;Nie chodzi nawet o streszczenie historii ich życia ani ich biografie, co, jak, gdzie i kiedy - ich życie mogłoby się wydawać dosyć monotonne i nudne dla samozwańczo wyższej formy inteligencji, czyli dla człowieka - a o pewien epizod.&lt;br /&gt;Cycuszki były niczym siostry. "Niczym", bo choć nie stanowiły jedności fizycznej, stanowiły jedność mentalną, jakimkolwiek masłem maślanym się to wydaje. Widziały, słyszały i myślały prawie że to samo. To jak z oczami - jedynie położenie stwarzało subtelną różnicę w ich światopoglądzie. Choć nie miały oczu ni uszu, ni rączek, ni nóżek, ni głów, były rozumne. Nie rozumne w sposób, w jaki rozumieją to przedstawiciele wyższej formy inteligencji. Cycuszki miały inteligencję adekwatną do zajmowanej pozycji i roli w świecie. Szybko się uczyły poprzez doświadczenia i podsłyszane strzępki słów oraz zdań.&lt;br /&gt;Dla nich ich życie bynajmniej do nudnych nie należało, zwłaszcza że cierpiały na klaustrofobię. Było to paradoksalne. Nieomal całe życie spędzały za zasłoną, otoczone ciemnością. Najgorzej, kiedy wciskano je w niby miękkie, ale sztywne więzienie, które najczęściej miało rażąco różowy kolor, zanim otulała je gniotąca czerń. Niektóre zamknięcia drapały, inne były przytulne, jeszcze inne uwierały przeboleśnie, jakby chcąc odciąć przepływ krwi.&lt;br /&gt;Cycuszki uwielbiały chwile na wolności, nawet jeśli wciąż od świata oddzielała je zasłona. Zasłony również się różniły: albo cienkie i przylegające, albo gładko muskające, albo grubsze, albo tak grube i wełniste, że zapierało dech.&lt;br /&gt;Traktowano je różnie. Cycuszki nie lubiły Zajęćnasali, które poprzedzało narzekanie ich Pani i słowa wypowiadane gderliwym tonem. Podczas Zajęćnasali Cycuszki były skazane na bolesne podrygiwanie, wstrząsy, gwałtowne skręty i skoki, i ugniatanie podczas Ołyski, kiedy to Pani postękiwała i mówiła głosem przepełnionym boleścią. Nie tylko Zajęćnasalie przysparzały bólu. Były jeszcze te głośne, pełne tupania i gwaru chwile, kiedy zbiegano po schodach albo się bardzo spieszono i pędzono. Nawet podtrzymujące więzienie nie amortyzowało wstrząsów i zalęknione Cycuszki podskakiwały jak boje na wzburzonym morzu.&lt;br /&gt;Z drugiej strony inne chwile rekompensowały te niewygody. Uwielbiały, kiedy Pani brała Idęsięwykąpać. Wtedy otulano je puszystą, pachnącą pianą, opłukiwano błogo ciepłą wodą i wręcz pieszczotliwie masowano.&lt;br /&gt;Był pewien okres czasu, kiedy dotyk był inny. Nie dotykały przedobrze znane dłonie o dosyć smukłych palcach. Tamte palce były lekko szorstkie, grubsze, krótsze, raz delikatne i czułe, raz gwałtowniejsze. Mimo wszystko, może i wbrew samym sobie, Cycuszki uwielbiały tamte dłonie. W okresie tamtych dłoni niekiedy obejmowało je coś ciepłego, mokrego, i nie tylko obejmowało, ale też pociągało, co wprawiało je w jeszcze większe uwielbienie i doprowadzało do ekstazy. Cycuszki garnęły do tych pieszczot, prężąc się niczym kocie grzbiety pod wpływem głaskania.&lt;br /&gt;Potem jednak tamte dłonie odeszły. Pani musiała być bardzo smutna, tak jak i Cycuszki. W tym przerażająco ciasnym, ciemnym świecie łaknęły dotyku, bliskości, pieszczot... Po albo przed Idęsięwykąpać często wodzono po nich palcami, które następnie przesuwały się w dół, znikając z pola widzenia. Po chwili rozlegały się westchnienia i tłumione postękiwanie, i pomrukiwanie, a oddech Pani przyspieszał. Cycuszkom było jej żal, że płakała, mimo to odczuwały dziwną rozkosz. Podświadomie wstydziły się własnych, jakichś sadystycznych zapędów, że nieziemsko podniecał je smutek Pani. Skąd wiedziały, że płacze?&lt;br /&gt;Dłonie Pani w końcu wracały - jej oddech uspokajał się - gładziła Cycuszki, ściskała je, a palce miała przezroczysto-grubo mokre i słonawe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;... Czyli "artyści" najczęściej nie są w pełni pełnosprawni umysłowo.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-1533285906682350054?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/1533285906682350054/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=1533285906682350054' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/1533285906682350054'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/1533285906682350054'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2010/08/blog-post_21.html' title='.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-2256857859043327640</id><published>2010-08-07T09:39:00.002+02:00</published><updated>2010-08-07T20:55:32.475+02:00</updated><title type='text'>.</title><content type='html'>Pan Iks był zwyczajny. Był tak zwyczajny, jak to tylko da się nazwać. Można by rzec, że pospolitość to cecha, jaką doprowadził u siebie do perfekcji. Pospolite rysy twarzy, pospolity ubiór, pospolity głos, pospolity zawód, pospolita rodzina - wszystko tak bez wyrazu, że gdyby postawić go wśród tłumu, na pewno nie raz ktoś by w niego wszedł, nie zauważywszy go. Był pospolity jak plwociny na chodniku albo codzienna gazeta, jak trawa, jak asfalt, jak ruch uliczny. Był pospolity, aż jakiś osobliwy smutek ściskał pośladki. To nic, że dla mieszkańca egzotycznego kraju pan Iks jest równie egzotyczny, jak dla pana Iks egzotyczna jest palma kokosowa i rdzenni mieszkańcy jakiejś wioski na zadupiu, w jakimś afrykańskim buszu.&lt;br /&gt;Ale nie o panie Iks będziemy dziś mówić.&lt;br /&gt;Spójrzmy na pana Igrek. Zauważyliście? Pan Iks "był" - jest tak pospolity, że zdaje się ciągle przemijać, nie istnieć - pan Igrek "siedzi". Siedzi on obok pana Iks na jednym z tych upiornie niewygodnych krzeseł, które idealnie pasują do szpitalnych sal. Pan Igrek siedzi sztywno wyprostowany, jakby połknął kij od miotły; dłonie trzyma splecione na udach. Łopatki ma ściągnięte, podbródek zadarty, włosy z przedziałkiem idealnie pośrodku głowy, drapieżnie gładko przyczesane do skóry. Jego stalowoszare oczy równie drapieżnie błyskają zza okrągłych szkieł okularów.&lt;br /&gt;Ubiór pana Igrek jest nienaganny. Wykrochmalony kołnierzyk, trzy długopisy równiutko wetknięte do kieszonki na piersi koszuli i spodnie z tak idealnym kantem, że można by ich używać jako brzytwy. Przypomina chodzący zegar, nieuchronnie i okrutnie ucinający kolejne sekundy życia. Bo pan Igrek jest surowy. Nawet krwisty kawał mięsa w rzeźni nie mógłby być bardziej surowy i zimnokrwisty niż pan Igrek.&lt;br /&gt;A teraz spójrzmy na pana Zet. Uderza nas kontrast między nim a jego sąsiadem. Pierwsza myśl na jego widok to niezmiennie "ugotowany". Taka ciepła klucha. Tłusty, z pośladami wylewającymi się znad wiecznie zjeżdżających mu z tyłka gaci, z mogącym służyć mu za bęben brzuchem, który zastanawia, jak ten facet sobie wygrzebuje fjuta, żeby się odlać. Pan Zet ma rozlaną twarz z mięsistymi wargami, nad którymi w upalne dni perli mu się pot. Kiedy chodzi, kołysze zwalistą dupą jak kaczor i nieustannie musi podciągać swoje spodnie podobne do małego, granatowego namiotu. W jego przegub wrzyna się pasek jakiegoś drogiego zegarka.&lt;br /&gt;Totalne przeciwieństwo surowego pana Igrek - nieugotowany, rozwodniony, przypominający rozgotowaną pyzę, którą bez odcedzenia wrzucono na talerz.&lt;br /&gt;I tutaj zaczyna się góra lodowa. Bo z pana Zet nikt się nie śmieje. Jego krokom, pełnym podrygujących zwałów tłuszczu, zdają się towarzyszyć piekielne bębny. Kiedy pan Zet marszczy swoje krzaczaste brwi, ma się wrażenie, że zza jego pleców wystrzeliwują rydwany ognia. Krzyk wściekłości brzmi jak ryk z najgłębszych czeluści piekieł.&lt;br /&gt;Bo to pan Zet był naprawdę surowy. Ten, który uznał za zabawne śmiać się z jego wyglądu przerośniętego niemowlęcia, którego powołaniem jest zostać zawodnikiem sumo, bardzo szybko się o tym przekonywał.&lt;br /&gt;Bo czasami ugotowana kluska okazuje się w środku surowa i okropna.&lt;br /&gt;... Pozory...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;- A jaką trasę rowerową oznacza to oznakowanie?&lt;br /&gt;- Albo krótką, albo łatwą.&lt;br /&gt;-  ... Powinni to rozgraniczyć. To, że coś jest krótkie, nie znaczy, że  jest łatwe. Weźmy, o, na przykład, po niezdarnym potknięciu się i  przeleceniu nad krawędzią dachu lot z jedenastego piętra. Nie wydaje się  szczególnie długi w czasie...&lt;br /&gt;- Ale jest to niezaprzeczalnie łatwe.&lt;br /&gt;- Tylko z punktu widzenia technicznego...&lt;br /&gt;No tak. Żyć nie jest łatwo, umrzeć może i łatwiej. Życie otrzymuje się w jeden sposób, umiera - na o wiele, wiele więcej...&lt;br /&gt;Ale tylko z punktu widzenia technicznego.&lt;br /&gt;Choćby odradzanie, to duchowe, psychiczne, czy jak dusza zapragnie to nazwać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Stań przed automatem. Przetrzyj okulary brzegiem rękawa - co z tego, że  cieknie Ci z nosa i tym właśnie brzegiem tego rękawa nieustannie  wycierasz nos, więc przetarcie szkieł powoduje, że pokrywasz je smugami -  popraw je na nosie, po czym przybliż twarz do instrukcji obsługi.  Przeczytaj punkt pierwszy.&lt;br /&gt;1. Wrzuć monetę pojedynczo.&lt;br /&gt;Dalej nie  czytasz. Już ten wewnętrzny, namolny, upierdliwy i zdający mieć w sobie  coś komarzego głosik nie dyktuje Ci, co masz robić. Sam przestajesz  dostrzegać pozostałe trzy punkty.&lt;br /&gt;Ponieważ o wiele atrakcyjniejsze wydaje Ci się wrzucenie jednej monety parami, a nawet potrójnie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-2256857859043327640?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/2256857859043327640/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=2256857859043327640' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/2256857859043327640'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/2256857859043327640'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2010/08/blog-post.html' title='.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-4743719899015247038</id><published>2010-07-24T14:26:00.002+02:00</published><updated>2010-07-24T14:36:12.716+02:00</updated><title type='text'>Codziennościowo.</title><content type='html'>Świeciło ostre słońce, przed którym zawzięcie mrużyło się oczy, a ono mimo to barbarzyńsko się do nich wdzierało, niemalże sprawiając tym biały ból. Bo to był ból, który wionął bielą – ostry, jak sztylety, oślepiający, zdający się wrzynać przez źrenice i penetrować w głąb czaszki. Przed takim słońcem unosiło się dłoń do czoła, tworząc prowizoryczny daszek rzucający ciut cienia. Bezcelowo, bo i tak światło odbijało się od jasnego chodnika i ulicy.&lt;br /&gt;   Sztywno stojący ludzik świecił się na czerwono na światłach sygnalizacyjnych. Samochody ryczały, rury wydechowe autobusów wypluwały siwe kłęby spalin, a tramwaje przejeżdżały z łoskotem. Pod prażącym słońcem kark chciał zgiąć się do ziemi, a strużki potu przyklejały koszulę do pleców, a spodenki wcinały w tyłek.&lt;br /&gt;   Podświetlił się zielony, idący ludek.&lt;br /&gt;   Z przeciwległej strony szła sobie babcia. Pomarszczona jak rodzynka, w brązowawej sukience z materiału przypominającego kołdrę z kory, we wzór jakiś kwiatuszków. Zauważyła, że piesi mają zielone światło; przyspieszyła; sukienka jej się nieco uniosła, ukazując adidasy. Podniszczone, bo podniszczone, ale jednak sportowe buty. Zniknął drobny krok babuli. Zaczęła stawiać długie, wprawne susy, ze wzrokiem utkwionym w zielonym ludziku. Kiedy przebiegła obok, łagodny podmuch owiał twarz.&lt;br /&gt;   Po obejrzeniu się przez ramię widziało się młodą dziewczynę zwalniającą kroku i uspokajającą oddech po szybszym marszu, i zatrzymującą się przed pasami. Babeczka również zwolniła, ale już po przebyciu ulicy, powracając do niepozornego, starczego drobienia nóżkami niewidocznymi spod sukienki.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;To był inny dzień. Całe niebo tworzyło jedną, bezpłciową plamę szarości. To przygnębiało. Jedna nędzna sugestia, że są tam jakieś chmury albo że gdzieś tam prześwieca przez nie słońce i już czułoby się lepiej. Z takim jednolicie szarym niebem to się człowiek czuje jakiś taki... nagi, odsłonięty, jakby niebo nie istniało i nie było żadnej przeszkody między tą kosmiczną otchłanią pełną czarnych dziur, monstrualnie wielkich gwiazd i może jakiejś obcej inteligencji a bezbronną, małą istotką osłoniętą jedynie paroma milimetrami ubrania przed wrogością z zewnątrz.&lt;br /&gt;Siąpił deszcz. Osiadał na włosach niczym mokra pajęczyna i jakby otulał wszystko delikatną mgiełką. Pod daszkiem było parno i ciepło, odmiennie do ogólnej pogody. Wilgoć parowała z ubrań, a ludzie na siebie napierali jak bydło. Gdyby zaczęli ryczeć i dyszeć, nie byłoby to wielkim zaskoczeniem. Już teraz niektórzy oddychali ciężko, z niecierpliwością, głośno wydmuchiwali powietrze, a ich głos przypominał tubalne warczenie. Długa kolejka działa na nerwy, to fakt. Jeszcze ktoś podniósł rękę, nie pamięta się już, po co - mimo niezbyt wysokiej temperatury i ubioru owego ktosia, koszuli i kamizelki - nos został zaatakowany przez niesłychany odór, aż oczy chciały stanąć zezem.&lt;br /&gt;Parę kroków w przód, co za ulg...&lt;br /&gt;Zamżawione powietrze rozdarł pisk opon drących o asfalt,a potem rozległ się ostry trzask, jakby metalowe pudło sprasowało się niczym miech akordeonu. Ludzkie głowy odwróciły się jak peryskopy - nie, ludzkie bydło obróciło głowy jak wygłodniałe bestie, które usłyszały ryk konającej ofiary.&lt;br /&gt;Rdzawa ciecz na asfalcie wyglądała jak krew. Rozlewała się w coraz to większą plamę, płynąc pod samochodem. Rozwalona maska auta przypominała rozwarty pysk. Z przerwanych rurek - tętnic - skapywały płyny - krew - spod powyginanej maski buchała para - ostatnie tchnienia - szkło reflektorów tworzyło groteskowe, białe kwiaty kwiaty na jezdni - wybite ślepia - zderzak został wgnieciony - szczęka. Zderzak drugiego samochodu zwisał smętnie, z jeszcze bardziej smętnym, bo ledwie się trzymającym, znaczkiem Volkswagena.&lt;br /&gt;Rozbite auto zdawało się smutno patrzeć na przechodniów. Mechaniczna krew wciąż się sączyła.&lt;br /&gt;Wtedy wysiedli kierowcy i po ulicy poniosły się ich urągliwe obelgi, przy czym każda kolejna była nie tylko głośniejsza, ale też bardziej obelżywa niż poprzednia.&lt;br /&gt;Coś jakby stęknęło i dyndający znaczek Volkswagena stuknął o asfalt.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-4743719899015247038?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/4743719899015247038/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=4743719899015247038' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/4743719899015247038'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/4743719899015247038'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2010/07/codziennosciowo.html' title='Codziennościowo.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-4125337144461508260</id><published>2010-07-20T11:43:00.004+02:00</published><updated>2010-07-20T12:05:51.581+02:00</updated><title type='text'>Byle có.</title><content type='html'>Piegowaty chłopiec stał wsparty o większe od niego grabie, mrużąc oczy przed słońcem. Z dumą wypinał wątłą pierś i równie dumnie pokazywał znaleziony niezwykły, mieniący się zielenią kamień o dziwacznym kształcie. Chłopiec miał podkrążone oczy, był jakby zapadnięty w sobie i blady. To było po chorobie, dziesięć  lat temu. Karol stanowczo odłożył zdjęcie z powrotem.&lt;br /&gt;   Choroba... Chyba zapalenie płuc, potem jakieś infekcje, sam nie był pewien - w sumie, nie miało to dlań żadnego znaczenia. Pamiętał gorączkę tak wysoką, że skóra zdawała się kurczyć i płonąć, jakby podczas kąpieli zagotowano mu wodę w wannie. Przychodzili ludzie, których nie znał, twarze wypływały ze ścian, głosy zlewały się w histeryczny chór. Gorączka go trawiła, z nosa się mu lało, szybko pojawiła się krew, odpływał, odpływał, odpływał...&lt;br /&gt;   Wyszedł z tego. Jakoś. Po czym szybko odkrył, kiedy matka piekła chleb, że przestał czuć zapachy. Skończyło się wdychanie zapachu świeżej pościeli, truskawek, aromatu kawy i… i…&lt;br /&gt;   To był cios. Już nigdy więcej zapachu choinki, pierników, pieczywa, ciepłej woni skóry matki. Nawet smak też się stępił. Karol tęsknił nawet za mdlącymi perfumami ciotki Emilii czy smrodem z kibla. Rodzice próbowali odratować jego węch – bez skutku.&lt;br /&gt;   Kiedy miał trzynaście lat, kupili mu psa. Nazwał go Kołtunem, który teraz zbliżał się do siódmego roku życia. Kochał psa, a ten jego. Zwierzak zawsze spał w nogach łóżka albo pod nim, mimo usilnych zabiegań rodziców. Potem dali sobie spokój, niech śpi w tym łóżku…&lt;br /&gt;   Teraz Kołtun podszedł i wetknął mu pysk w dłoń. Dwudziestoletni Karol poprawił kołnierz koszuli. Poczuł, że ładnie pachnie. Spotkanie z Sonią. Za pół godziny. Poczochrał psa po głowie, po czym wyszedł z mieszkania.&lt;br /&gt;   Wrócili po trzech godzinach, około dziesiątej wieczorem. W głowie mu szumiało i rozpierała go przyjemna błogość. Restauracja, przepyszne jedzenie, alkohol – ale najpyszniejsze smakowite usta Sonii i jej ciało. Chichotała, uśmiechając się do niego promiennie. Przytuleni, wtoczyli się do jego mieszkania. Pocałowała go znów, z zachwytem; smakowała słodkim winem.&lt;br /&gt;   Kiedy już ich ciuchy walały się po sypialni, a Sonia leżała pod nim i czuł ogarniającą go senność poseksową, jeszcze chwilę wpatrywał się w jej stringi przewieszone przez oparcie łóżka. I senność zaczęła odchodzić. Już nieco opadły opary alkoholowe i zaczął czuć… Kołtun… musiał tu być… odkrył, że perfumy Sonii są dławiące i słodkie, szturmujące nos z siłą tarana, jakby wlewali mu w gardło likier. Odkrył, że sperma cuchnie rybami. Ale najgorszy był dominujący smród starych skarpetek, które niewątpliwie rzucił kiedyś pod łóżko. Spod tego łóżka dobiegł go odgłos psiego cielska wygodniej rozciągającego się na podłodze. Karol zerknął na Sonię – jej perfumy wypełniały cały świat – zacisnął oczy.&lt;br /&gt;   Skarpetki… Nie był pewien, czy dar czucia poprzez nos psa nie stawał się w pewnych chwilach przekleństwem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Brzuch był dosyć pokaźny. Wyglądał tak, jakby jego hodowca zamierzał niedługo korzystać z niego jako z przenośnej tacki. Nie osiągnął jednak jeszcze tak zaawansowanego stanu, więc kiedy siedział, jedynie fałdował mu się niczym akordeon. W pewnym sensie mógłby wziąć się za brzuchomówstwo - podobnie wiotkie zwały z pewnością są w stanie wydawać z siebie kłapnięcia.&lt;br /&gt;Ona z kolei weszła do salonu z plastikową tacką w dłoniach. Na tacce, obok równiutko złożonej serwetki z Kubusiem Puchatkiem, leżały widelec i nóż, zaraz przy miseczce, w której kolorowiły się pokrojone banany, kiwi i obrane kawałki grejfruta. Dziewczyna usadowiła pupcię na oparciu fotela i zaczęła jeść. Skrupulatnie nabijała na widelec za każdym razem po plasterku banana, kosteczce kiwi i cząstce grejfruta. Miała nieco kościste kolana i wystający prawy obojczyk, ale za to mogła się poszczycić bujną czupryną płowych włosów, wielkimi oczami i cyckami, które bez stanika podczas zbiegania ze schodów zachowywały się dosyć frywolnie i tłukły ją boleśnie.&lt;br /&gt;Właściciel brzucha pozwolił sobie zabrać nieużywany nóż, odkroił nim kawałek leżącej przed nim na talerzu kiełbasy, przepił piwem, po czym donośnie beknął.&lt;br /&gt;Dziewczyna spojrzała na niego z odrazą.&lt;br /&gt;- Jaki z ciebie obrzydliwy wieprz - stwierdziła.&lt;br /&gt;Puścił uwagę mimo uszu. Prześlizgnął wzrokiem po jej płaskim brzuchu, a następnie poklepał się po własnym. Przeszły po nim delikatne fale, niczym kręgi po wodzie.&lt;br /&gt;- Obejrzyjmy telewizor - podsunął.&lt;br /&gt;Ona odłożyła tackę, odgarnęła włosy z twarzy i spojrzawszy na niego z nieodgadniętym wyrazem twarzy, podeszła do telewizora i zaczęła oglądać go centymetr po centymetrze, zaglądając nawet pod kable.&lt;br /&gt;Patrzył na nią zdezorientowany.&lt;br /&gt;- No co? - zaperzyła się. - Sam powiedziałeś, żeby oglądać telewizor...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-4125337144461508260?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/4125337144461508260/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=4125337144461508260' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/4125337144461508260'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/4125337144461508260'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2010/07/byle-co.html' title='Byle có.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-2574516668768882041</id><published>2010-06-15T12:46:00.003+02:00</published><updated>2010-06-15T12:55:36.152+02:00</updated><title type='text'>Damzgo-menzgo.</title><content type='html'>Waliło słońce. Dokładnie tak: waliło. Bo to był jeden z tych najbardziej upalnych dni, kiedy słońce wisi na niebie prawie że pod kątem prostym – pomimo naszej absurdalnie dużej odległości od Równika – a jego promienie zdają się zmieniać w lasery. Wszystko czmycha w cień, gdzie ziaje, dyszy i wywala jęzor. Ulice są opustoszałe, a część okien pozamykana, bo już nie wiadomo, czy lepiej się kisić w zamknięciu, czy wpuszczać nowe fale żaru. Z pewnością nie byłoby zdumiewające, gdyby nagle słoneczne promienie-lasery zaczęły orać ziemię, wyrzucając w górę kamienie albo gdyby lemoniada w szklance zawrzała i wytrysnęła z niej gejzerem.&lt;br /&gt;   Dziewczyna leżała na kocu, sącząc jeszcze chłodną wodę z cytryną. Czuła, jak ramiona z chwili na chwilę zaczerwieniają jej się coraz bardziej. Uchyliła nieco koszulkę, którą zawinęła sobie na głowie w a’la turban. Pan Tomasz, jak zwykła nazywać kuzyna, leżał rozwalony na leżaku, przyciskając zimną butelkę zimnego piwa do swojego czoła.&lt;br /&gt;   Leniwie zabrzęczała mucha. O dziwo, mucha nie płonęła ani nie wyschła na rodzynkę. Dziewczyna machnęła na nią, ale ramię okazało się tak bezwładne, że zrzuciła sobie z głowy koszulkę. Słońce z uciechą werżnęło się w jej oczy.&lt;br /&gt;   - A tak w ogóle… – mruknęła, podpierając się na łokciach. Mrużyła oczy przed blaskiem odbijającym się od jasnej kostki brukowej. – Jak tam Anka?&lt;br /&gt;   - Boże, Emila… W taką pogodę…&lt;br /&gt;   Jedynie wyłowiła rurką kostkę lodu i zaczęła ją ssać. Tomek uniósł brwi i dłoń do twarzy.&lt;br /&gt;   - Dobra, doobra. Anka. Czasami się tam z nią spotykam…&lt;br /&gt;   - To jesteś z nią? – Było to zawiłe. Niby zerwali ze sobą jakieś dwa miesiące temu, ale jakoś widywała tą byłą, Anię, jak tu przyjeżdżała. I zamykali się w pokoju. Wiedziała, że uprawiali seks, może ich związek się wypalił i zredukował tylko do tego. A szkoda, bo Ankę zawsze lubiła. Zaradna, sympatyczna, szczera czasami tak, że aż w jądrach ściskało. Lepsza na pewno niż kolejna, taka blondyna, której zresztą już od dłuższego czasu nie widziała. – Bo tak ten, no…&lt;br /&gt;   - Wiesz, tak się z nią spotykam, ale żeby jakoś specjalnie tęsknić… W sumie gdzieś ją mam.&lt;br /&gt;   Wiedziała, o co chodzi. Sama przeżywała teraz coś mniej więcej podobnego.&lt;br /&gt;   - Ale kurdę, ona jest strasznie troskliwa – powiedział nagle, po chwili milczenia. – Mówiłem ci, co wczoraj w nocy?&lt;br /&gt;   Emilia zaprzeczyła.&lt;br /&gt;   - Jechałem sobie beemką, już do domu, a tam koło tego pawilonu, wiesz którego… na skrzyżowaniu z tym no, nieważne. – Zatrzepotał wolną ręką jak wiatrak, z furią rzucając okiem na gigantyczną, białą plamę słońca. – Kurwa, ale wali. No i tam jadę, i jak jest ten zakręt, gdzie drzewa zasłaniają… Jak mi tu nagle sarna czy chuj wie, jaki łoś nie wyskoczy! Hamulec, pisk, kierownica fu-FU! – Odegrał pantomimę gwałtownego skręcania, wylewając sobie przy tym trochę piwa na bokserki. – I jak nie pierdolłem w słupek… Zderzak wygięty, światło do dupy… Ale dobra, jakoś byłem cały, sprawdziłem wszystko, ruszyłem. Napisałem Ance o tym, a jak wróciłem, zostawiłem telefon w samochodzie. Zapomniałem o nim.&lt;br /&gt;   Ale tu gorąco – pomyślała Emilia. Wzięła do buzi wszystkie kostki ze szklanki, ale i tak pot lał się z niej strumieniami, po karku, między cycki, między nogami. Gdyby tyłek zaczął jej skwierczeć, wcale by się nie zdziwiła.&lt;br /&gt;   - Rano patrzę na telefon – ciągnął Tomek – i pomyśl tylko: sms-ów chyba z dziesięć, a połączeń to dokładnie czterdzieści siedem. Czaisz? Czter-dzieś-ci sie-dem! Ania wydzwaniała, martwiła się… Ona dobra jest, mówię ci…&lt;br /&gt;   Emilia otarła koszulką pot zalewający jej oczy. Powietrze falowało. Również osłoniła twarz dłonią i spojrzała na Tomka. Zapytała, choć przeczuwała, jaka będzie odpowiedź:&lt;br /&gt;   - Napisałeś jej chociaż, że jesteś cały?&lt;br /&gt;   - A po co? W dupie ją mam. W dupie to mam. – Po czym uśmiechnął się lekceważąco.&lt;br /&gt;   Emilia usiadła po turecku i poprawiła mokry cyckonosz. Wykręciła już mokre włosy. Wzięła książkę i pustą szklankę, w której na cytrynie usiadła tłusta mucha, która wzbiła się i zaczęła brzęczeć o szkło. Kuzyn wychylił potężny łyk piwa i zamknął oczy, szykując się do dalszej laby.&lt;br /&gt;   - Panie Tomaszu - powiedziała. - Ależ z ciebie bezduszny, pierdolony mężczyzna. Żeby nie mówić brzydko.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;    - Jakie uprawiasz sporty?&lt;br /&gt;   Dziewczynka była mała, szczerbata i miała szczebioczący, piskliwy głosik. Różowa sukieneczka w olbrzymie, białe grochy kończyła się nieco powyżej jej stópek w białych skarpeteczkach i różowych balerinkach.&lt;br /&gt;   - Noo… - uśmiechnęła się. - Basen, w-f…&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Wpis ma sześćset dziewięćdziesiąt dziewięć wyrazów.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-2574516668768882041?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/2574516668768882041/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=2574516668768882041' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/2574516668768882041'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/2574516668768882041'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2010/06/znuf-damzgo-menzgo.html' title='Damzgo-menzgo.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-7729564047696189117</id><published>2010-06-01T21:07:00.002+02:00</published><updated>2010-06-01T21:44:32.373+02:00</updated><title type='text'>Antyrutynowo.</title><content type='html'>Ręka, noga, mózg na ścianie.&lt;br /&gt;Powyżej zdjęcie jakiejś roześmianej panienki robiącej gwiazdę. Może być, że w jakiejś sali gimnastycznej, gdzie w tle na drabinkach śmigają inne dziewczyny w obcisłych spodenkach i luźnych, białych koszulkach. Może być, że jedna z nich wygląda w takiej koszulce jak baleron i niefortunnie zrobiła akurat minę rodzącej krowy. A tymczasem śliczna blondyneczka obok mogła puścić okrutnie cuchnącego, cichego bąka, którego nie poczujesz. I tak tłusta dziewczyna stała się jeszcze bardziej tłusta i obleśna.&lt;br /&gt;Ręka, noga, mózg na ścianie, wypłynięty.&lt;br /&gt;Zabawne?&lt;br /&gt;Stałeś. Niebo było lekko zachmurzone, a wiatr porywisty. Nad peronem płynął skrzekliwy głos oświadczający, że pociąg osobowy do stacji Iks jest opóźniony około czterdziestu minut z powodów technicznych i że podróżni są proszeni o przejście do pociągu Igrek, w którym stałeś, i że opóźnienie pociągu może ulec zmianie, i że podróżni są bardzo przepraszani. Ludzie wyskakiwali z pociągu opóźnionego i przechodzili do twojego, trzymając się za poły kurtek czy płaszczów; wiatr usiłował potargać ich ubraniami, tak jak trzepotał włosami i huśtał torebkami. Ucichły ostatnie stuknięcia obcasów. Po chwili ostry gwizd przeszył opustoszały peron, rozbrzmiał syk, sygnał odjazdu i drzwi zasunęły ci się przed nosem.&lt;br /&gt;Pociąg nie nabierał prędkości. W sumie to nie zwracałeś na to uwagi, czytając książkę. Tylko jakoś tak ten miarowy stukot nie przyspieszał, taki powolny, jak bicie serca zdychającego.&lt;br /&gt;W pewnym momencie wyjrzałeś przez okno. Tory przesuwały się. Zobaczyłeś czarną, damską torebkę. Potem miało się okazać, że zapamiętałeś każdy jej najdrobniejszy szczegół - mogłeś opisać ją z zegarmistrzowską precyzją - sztuczna skóra, z brązowawą smugą, dwa srebrne zapięcia, drobne rysy od spodu. Leżała sobie, taka jakby wypompowana i spłaszczona. Zniknęła w tyle i powróciłeś do książki. Stuk, stuk, przewróciłeś kartkę, stuk, rozpłaszczyłeś nos na szybie, stuk, przykleiłeś doń policzek.&lt;br /&gt;- O Jezu... - wyrwało się z twojego gardła, nagle suchego, jakbyś zżarł szuflę trocin.&lt;br /&gt;Zobaczyłeś kobietę. To, co zostało z kobiety. Leżała sobie, taka jakby powykręcana i spłaszczona. Tak właściwie nawet nie wiadomo było, na co się patrzy. Biodra wykręciły się w jakiejś dziwacznej płaszczyźnie, ramiona powędrowały w okolice bioder, które z kolej zajęły miejsce brzucha, a kolana stanowczo wyginały się nie w tę stronę, co trzeba. Spomiędzy rozerwanej skóry wyzierały przerwane ścięgna, mięśnie, zgruchotane kości; strzaskane żebra sterczały jak wapienne skałki widziane z lotu ptaka. Nie dało się rzecz, czy leżała brzuchem do góry czy plecami, bo każda część ciała zyskała nową orientację góra-dół, bok-bok. Tylko ta twarz. Jak z wosku, z szeroko rozwartymi ustami, bez oczu, bo werżnięte w głąb czaszki.&lt;br /&gt;- Tam leży... przejechana pani... - powiedziałeś głucho, ledwie poruszając ustami.&lt;br /&gt;Współpasażer spojrzał współczująco. Kobieta? Skąd wiedziałeś, że kobieta? Może jej ubiór sugerował jakąś spódnicowatość? A, torebka. Stanęła ci przed oczami. Torebka. Przechodziła przez tory. Kobieta, nie torebka. Tak, damska. Dłoń zsunęła ci się po szybie. Stuk, stuk, zmasakrowane zwłoki zniknęły.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Pisząc, doskonalisz się, ale nie zawsze się rozwijasz.&lt;br /&gt;Lubić śmieci i dziadostwo - ok. Ale rutyna destruktuje (:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To był inny dzień, wcześniej albo później.&lt;br /&gt;Świeciło słońce. A może i lał deszcz? Mógłby siec grad, a niebiosa rozpękać się w pół. Drzwi się otworzyły, ludzie wysiedli, inni wsiedli, drzwi się zamknęły. Naprzeciwko stanęła para. Na oko siedemnasto-, osiemnastolatkowie, on może ciut starszy. Albo ona młodsza?&lt;br /&gt;Ona dosyć wysoka, jasnowłosa, szczupła, o pociągłej twarzy i powiekach pociągniętych błękitnym cieniem z delikatnym brokatem. On miał koszulkę polo w ciemnozielone paski, śmiesznie stojące włosy i żuł gumę. Choć stanęli pół metra obok, zdawało się, że się gdzieś zaszyli...&lt;br /&gt;Palec wskazujący jej rączki wsunął się do kieszeni jego spodni, przybliżyli się. Ona wspinała się na palce, z uśmiechem promiennym, z zauroczonym wyrazem twarzy. On zniżał ku niej głowę, żując tę swoją gumę, z tym osobliwym cielęcym spojrzeniem. Jego dłonie umościły się w tylnych kieszeniach jej dżinsów. Pięty, znów paluszki, pocałowali się. Przylgnęli do siebie, objęci, on z podbródkiem wspartym o jej głowę. I znów - zadarła twarz, roześmiała się, i znów całus. I znów - objęci, kołyszący się lekko w takt stukotu kół pociągu.&lt;br /&gt;Śmiali się, cmokali, przekomarzali, cmokali, tulili. Tacy szczęśliwi, tacy zapatrzeni w siebie. Roziskrzeni. Zdawało się, że się gdzieś zaszyli, gdzie tylko oni mają wstęp i tylko oni chcą go mieć. Tylko oni. Oni. Oni, oni, oni.&lt;br /&gt;Któraś ze stacji. Chłopak z dziewczyną wciąż uwieszoną jego szyi wyjrzał na peron. Ludzie wysiedli, inni wsiedli, rozbrzmiał gwizdek, szarpnęło, kiedy pociąg ruszył. Ona zaczęła piszczeć, śmiejąc się, bo on wciąż stał wychylony, przytrzymując drzwi przed zamknięciem. "Nie, proszę, nie, właź, no, proszę!". Uśmiechnął się, niewzruszony. Chlasnęła go dłonią po tyłku, drugi raz, trzeci, huknęła go przez plecy, aż usłyszało się echo w głębi klatki piersiowej. Roześmiał się i cofnął. Z oburzeniem i wściekle potarganymi przez wiatr włosami odstąpiła od niego, ostentacyjnie krzyżując ramiona na piersi. Zaczął podchody.&lt;br /&gt;Szybko wymiękła i znów stali przytuleni, buziakujący się.&lt;br /&gt;Świeciło słońce. A może i lał deszcz? Mógłby siec grad, a niebiosa rozpękać się w pół. Czasami to gówno znaczy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;(:&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-7729564047696189117?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/7729564047696189117/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=7729564047696189117' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/7729564047696189117'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/7729564047696189117'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2010/06/antyrutynowo.html' title='Antyrutynowo.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-7644859198025972949</id><published>2010-04-20T23:16:00.003+02:00</published><updated>2010-04-21T00:16:55.894+02:00</updated><title type='text'>Groteskowe refleksje.</title><content type='html'>Stanęłam przed niezwykle ważnym, egzystencjonalnym wręcz problemem wynikającym ze zwykłej, cielęcej niewiedzy. Otóż:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;'life's [sth]' &lt;/span&gt;czy&lt;span style="font-style: italic;"&gt; '[sth] of life'&lt;/span&gt;?&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Ze swego rodzaju powodzeniem można to porównać do kluczowego&lt;span style="font-style: italic;"&gt; 'to be or not to be - that is a question'&lt;/span&gt;. No bo, ja jestem pewna, że 'of life' jest na pewno dobrze, bo życie... nie jest żywe! Tak to rozumują tam. Nie jest to coś typowo żywego, więc...&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;To wszystko przez Dukaja. Że przeszłe Ja i przyszłe Ja nie istnieją, no bo jak, nie posuwają się za nami jakieś materialne cienie ni nic. Schiz.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;On był młody i ona była młoda...&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt; Nie.&lt;/span&gt; Nie taki był początek. I takiego początku nie będzie.&lt;br /&gt;Ona  - zwykła panienka, o zwykłych ciemnoblond włosach, o oczach tak beznadziejnie zwykłego koloru, że aż się patrzeć nie chciało. Zwykła, zwykła, zwykła. Normalna, przeważnie normalna, czyli dla przeważającej liczby ludzi.&lt;br /&gt;On - w sumie też niewybitny. Długie brązowawe włosy, dosyć męska twarz o normalnych rysach, zwyczajna, szczupłofacetowa sylwetka. Kiblował kolejny rok w drugiej klasie, kurzył jak smok i nie omieszkał pochwalić się, że nawalony jak szpadel jest "tylko trzy razy w tygodniu, od piątku do niedzieli".&lt;br /&gt;A ona, jako świecący przykład przetolerancji, nie oceniała po tym ludzi. Słusznie.&lt;br /&gt;Oceniała go jedynie przez pryzmat cielęcego zauroczenia. Słuszność tego można poddać pod dyskusję.&lt;br /&gt;Poznali się jakoś w szkole. Już na początku go wyczaiła, w końcu ta obsesja na punkcie długich włosów... Zauważała, że kiedy rozmawiała z nauczycielem religii o tym, dlaczego wybrała etykę, ten nieznany facet stał i słuchał nieopodal. Wszystko to skrupulatnie notowała w pamięci.&lt;br /&gt;Było coś organizowane w szkole, potem nie pamiętała co, jak się wszystko potoczyło, w każdym razie pogadali chwilę. Od tego momentu zaczął jej mówić "cześć" na korytarzu z tym Uśmiechem. To było coś kosmicznego. Z czasem pragnienie usłyszenia tego powitania i zobaczenia jego twarzy, z tymi obłędnymi, błękitnawymi oczami stało się jakąś obsesją. Nie chodziło o błękit oczu, srała na książąt-blondynków na koniach, tych z bajek. Po prostu przyciągał ją jak... jak... No właśnie, tak, że słowa pierzchały jak owieczki przed miotaczem ognia.&lt;br /&gt;W końcu wyszperała skądś jego numer Gadu-Gadu. Polowała tydzień, aż wreszcie zamigotał żółtym słoneczkiem. Wtedy dosłownie zdrętwiała jej cała ręka; pół godziny gapiła się w monitor, nerwowo przygryzając wargę, zanim odważyła się kliknąć w "napisz wiadomość". Kolejne prawie pół spędziła w psychicznych katorgach, bojąc się zagadać. W końcu zagadała. Nawet przez palce się śmiał. Nie chciało ją zrazić to, że z początku jej kompletnie nie kojarzył. Pogadali. Pod koniec rozmowa nie kleiła się zbytnio, no ale przecież, to pierwsza, prawda? Po tym nie mogła zasnąć godzinę, leżąc z wypiekami na policzkach i gapiąc się w sufit.&lt;br /&gt;Następnego dnia siedziała na podłodze na korytarzu, gadając z koleżankami pod klasą. Nie zauważyła, kiedy się zbliżył - nagle ktoś poczochrał ją po głowie! - obróciła się i zobaczyła jego, śmiejącego się z błyskiem w oku. Odpowiedziała onieśmielonym uśmiechem, zbyt wstrząśnięta, żeby zrobić cokolwiek. Jedna z dziewczyn uśmiechnęła się - nie dostrzegła skrywanego współczucia, ba, wręcz politowania w oczach tamtej. Lekcję przesiedziała jak w narkotycznym śnie. Docierało do niej nawet nie szóste przez dziewiąte, a ledwie jedna przez dziesiątą. Chciało ją rozsadzić z euforii. Wręcz zdumiewało ją, że jeszcze nie unosi ją gdzieś pod sufit.&lt;br /&gt;Wieczorem nie było go na Gadu-Gadu. Następnego dnia też nie. Ale co ją mijał, energicznie przeczesywał palcami jej włosy, na co momentalnie wyszczerzała się w radosnym uśmiechu.&lt;br /&gt;Wreszcie znów był dostępny. Nie zagadał. Przeżyła cios.&lt;br /&gt;Czas mijał. Raz przysiadł się, jak uczyła się pod ścianą, w zmarnowaniu odgarniając włosy z twarzy. Porozmawiali chwilę, pośmiali się. Czuła się magicznie. Nie przeszkadzało jej nic, nawet fakt, że dosyć ostro jechało od niego fajami, czego nie znosiła.&lt;br /&gt;Przed wycieczką, na którą jechał, dostawała furii, bo chciała zagadać i pożyczyć udanego wyjazdu. Była już zrozpaczona, gdy... Tak, żółte słoneczko! Z trudem się opanowała, żeby nie rzucić się od razu do rozmowy. Napisała, co miała. Rozmowa potoczyła się nadzwyczajnie gładko, pięknie, ciepło. W pewnym momencie zapytał o numer telefonu. Odlot! Podała. Puścił się do niej. Mieli swoje numery. Aach...&lt;br /&gt;Czekała, ale pierwszy sygnał od niego był ostatnim. Kiedy wrócił po tygodniu, z nową mocą wzięła się za łowy. Na pewno się stęsknił. Nie dostrzegała, że co przerwę łaziła zerknąć na plan, gdzie ma lekcje; czy sale blisko; którędy i o której przejść, żeby go spotkać; przyjdzie na drugą lekcję, bo może go spotka, jak będzie wchodził do szkoły; zwolni się, bo on kończył godzinę wcześniej; pędzić na okienku do wyjścia, kiedy on akurat szedł już do domu, a nuż go spotka i może coś on zaproponuje...? Nic, że nie pisał. Wymyślała raz na jakiś czas preteksty do rozmowy. Na pożegnanie zawsze pisał jej dwukropek i gwiazdkę!&lt;br /&gt;Raz, kończąc rozmowę, powiedział, że idzie się uczyć. Wyszedł ze szkoły, widziała to. Prawie już łaziła za nim jak upierdliwy cień. Byle uśmiech, byle go zobaczyć.&lt;br /&gt;Pewnego dnia słyszała, jak przechodził, akurat czytała książkę w strategicznym miejscu, obok którego na pewno miał przejść. Minął ją i nie poczuła niczyjego dotyku na głowie. Była stropiona. Siedziała, bezmyślnie gapiąc się w książkę, lecz nie widziała liter. Co się...?&lt;br /&gt;Już więcej jej nie poczochrał. Zmienił się plan lekcji, zmieniły się sale, nie wiedziała już, jak ma kombinować, żeby go zobaczyć. Gadu-Gadu milczało z jego strony. Próbowała jeszcze coś zrobić. Nawet raz specjalnie rozgniotła sobie truskawkę w dłoniach, bo widziała, jak zmierzał w kierunku kibli. Nie myliła się, stał pod klasą obok! Uśmiechnęła się, lekko unosząc uciaprane dłonie - też się uśmiechnął, ale... Wtedy coś przewróciło się jej w brzuchu. Uśmiechnął się ze znużeniem, wręcz jakimś politowaniem.&lt;br /&gt;A potem zachodziła w głowę, co zrobiła źle...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Potem-potem zachodziła w głowę, jak mogła być tak skończonym głąbem, a jej pośladki ściskał żal.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;***&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;They were taken aback [and the rest of some pseudo-scientific babbling].&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;to be taken aback = to be very surprised by sth&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;Też bym była bardzo zaskoczona, gdyby mnie ktoś wziął od tylca...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-7644859198025972949?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/7644859198025972949/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=7644859198025972949' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/7644859198025972949'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/7644859198025972949'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2010/04/zadumac-sie.html' title='Groteskowe refleksje.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-1390833993584958435</id><published>2010-04-03T23:06:00.003+02:00</published><updated>2010-04-04T00:25:51.102+02:00</updated><title type='text'>Posępnie.</title><content type='html'>Przed klatką stało troje ludzi: dwie starsze kobiety i na oko 9-letni chłopiec. Babcie rozmawiały o czymś ze wzburzeniem, gwałtownie wymachując rękami. Wręcz czuło się, że są to jedne z tych czołgobabć, tych zahartowanych, co harują bez względu na wiek i rzadko się kładą. Nie to jest jednak istotne, tak samo jak ich niebieskie fartuszki w białe kropki czy zagubiony papilot we włosach jednej z nich. Papilotowej babci podczas żywej gestykulacji wypadł karabin.&lt;br /&gt;Oczywiście, karabin to karabin, więc należy to sprecyzować. Karabin odbił się od chodnika, bo był plastikowy. Babcia prędko go podniosła, nie przerywając mówić:&lt;br /&gt;-... No i kto wie, jak to było, czy wpadł, czy ten...&lt;br /&gt;- Tam jest tyle aut - zgodziła się druga ze strachem. - Aż strach. Ale to bawili się czy...?&lt;br /&gt;- Bo ja wiem? - prawie zawyła babcia z papilotami - Nie widziałam! To w jednej momencie...&lt;br /&gt;Chłopiec, trzymający identyczny karabin-zabawkę, łkał. Łzy spływały mu po tłustej, czerwonej twarzy i zaczęły moczyć przekrzywiony, oczojebnie seledynowy szalik.&lt;br /&gt;Szybsze uderzenia serca. Róg bloku zasłaniał widok, ale widać było, że ludzie przystają... Trzeba gwałtownie przyspieszyć kroku.&lt;br /&gt;Wzdłuż chodnika ciągnął się parking dla samochodów oznaczony przekrzywionym znakiem. Zgromadziła się już mała grupka gapiów. Kolejna starszopokoleniowa babcia stała obok jakiejś dziewczyny o wyrazie twarzy przerażonego szczeniaka.&lt;br /&gt;- Nie wiem... Potrącili chyba...&lt;br /&gt;Za zaparkowanym autami, na ulicy, klęczało dwoje ludzi. Kobieta mająca prawie wypisane na czole "Mama" pochylała się i mówiła coś gorączkowo. Trzymała na kolanach głowę najprawdopodobniej swojego dziecka. Po drugiej stronie stojącego auta były widoczne bezwładne nogi chłopca.&lt;br /&gt;Nie było to masakryczne. Zero krwi, już bez upiornego pisku przy hamowaniu i głuchego uderzenia zderzaka o nogi, i ciała o maskę, może z trzaskiem pękającej szyby. Wszystko już statyczne, wręcz chciałoby się rzec - po wszystkim, ale przecież nie było po wszystkim.&lt;br /&gt;- Co to f ogóle za ulica - mówiła dziewczyna. Miała krzywe przednie zęby, przez co trochę sepleniła. - Tyle aut... Fybiegnie dziecsko, nic nie widać i jusz wypadek. Ja schodziłam do pifnicy to jeszcze bfyła pusfta ulica, a wyszłam i jusz sftały auta.&lt;br /&gt;- To straszne. - Babcia kręciła głową. - Do czego to dochodzi... Wezwali już pogotowie?&lt;br /&gt;- Chyba tak...&lt;br /&gt;- Ale co tu mogło zajść...&lt;br /&gt;- Chyba wypadek - trzeba było się wtrącić. - Jak szłam, to mijałam jakieś dwie panie z chłopcem z jakimś pistoletem i oni się chyba bawili.&lt;br /&gt;- A tu pfasóf nawet nie ma - przeżywała dziewczyna. - Ja mófiłam, tu bfędzie jakieś nieszczęśfcie i pforszę, wypadek.&lt;br /&gt;Babcia ze smutkiem kręciła głową.&lt;br /&gt;Pojawiły się myśli: przecież nie można potrąconego tak szarpać, żeby trzymać mu głowę na kolanach, on prawie siedzi! Jeśli ma coś z kręgosłupem... Przechodzą ciarki.&lt;br /&gt;Mężczyzna stojący przy masce czerwonego Peugeota rozmawiał przez telefon. Rodzice nadal coś mówili do syna. Gapie nadal stali i się gapili. Po przeciwnej stronie ulicy zatrzymała się jakaś pokaźna baba z dwoma dzieciakami. Jeden z nich, piegowaty, ze sterczącymi blond włosami, najzwyczajniej w świecie zaczął się śmiać.&lt;br /&gt;Nie upłynęło wiele czasu, jak rozległ się sygnał karetki pogotowia. Ten złowieszczy, świdrujący w uszach i przeszywający jak nóż dźwięk. Karetka z owym żałosnym wyciem wzięła zakręt, zmuszając zakorkowane samochody do zjechania na pobocze. I już, wyskoczyło troje ratowników, już nosze, już położyli chłopca i okazało się, że już ma kołnierz. Ścisk w dołku. Przełożyli go na nosze, przypięli pasami, już znikł we wnętrzu samochodu. Matka, z twarzą poszarzałą jak na pogrzebie, nagabywała ratowniczkę. Trzasnęły zamykane drzwi.&lt;br /&gt;- No, to ma coś z kręgosłupem - przestraszyła się dziewczyna.&lt;br /&gt;Babcia zmartwiała.&lt;br /&gt;- Może jednak nie, kołnierz to może tak na wszelki wypadek. - Pierwsza pomoc jednak przydatna. - Zresztą, pytali się go wcześniej, czy go boli noga, a jak mógł odpowiedzieć, to chyba nie rdzeń...&lt;br /&gt;- Oby...&lt;br /&gt;Stały jeszcze chwilę. Syrena pogotowia na powrót rozdarła powietrze. Karetka ruszyła, rozpryskując drobny żwir spod kół. Ludzie powoli rozchodzili się.&lt;br /&gt;Jedna chwila. W jednej kica się wesoło, ciecha, chichra, biegnie - wybiegnie - auto urośnie w oczach - darcie opon o asfalt - bach! Jesteś albo nie ma cię. Zachowasz przytomność, czując agonalny ból połamanych kości? Odzyskasz ją, oślepiony lampami na sali zabiegowej? Ockniesz się jako roślinka?&lt;br /&gt;Jesteś - bach! - nie ma cię.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Jest sobie paczka płatków śniadaniowych. Chocapic, dajmy na to. Jako gratis mamy komiks, jakiś dla dzieci. Jako stara dupa nie potrzebuję czegoś takiego. Więc daje się mamie, żeby dała jakiemuś dziecku w szpitalu, w końcu zawsze się tak robiło.&lt;br /&gt;- No co ty, teraz to każde dziecko ma na oddziale laptopa. - Tu mama smutnieje: - Kiedyś to chciały...&lt;br /&gt;Pojawia się smutek, poczucie jakiegoś osobliwego żalu, jakby po utracie czegoś bardzo ważnego. I najgorsze, że chyba po utracie nie do odwrócenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;- Która jest godzina?&lt;br /&gt;- Piętnaście po wpół do piętnastej.&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;xD&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-1390833993584958435?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/1390833993584958435/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=1390833993584958435' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/1390833993584958435'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/1390833993584958435'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2010/04/posepnie.html' title='Posępnie.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-2756091669620820812</id><published>2010-03-21T21:40:00.003+01:00</published><updated>2010-03-22T21:02:59.512+01:00</updated><title type='text'>Rozruchanko.</title><content type='html'>Ruska ciekawostka:&lt;br /&gt;полa плаща &lt;span style="font-style: italic;"&gt;[pała płasz'czia]&lt;/span&gt; - nawet płaszcze miewają pysiory (:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Niewątpliwie znacie kawał o Polaku, Rusku i Niemcu, i o małpie, która to mówiła "mam cię, zjem cię, obedrę cię ze skóry!". Stwierdzam, że jest to bez sensu.&lt;br /&gt;Zamierza najpierw zjeść, a potem obedrzeć ze skóry? Jak to? Wsadzi paluchy do gardła i puści kwiecistego pawia, a potem...? Wykroi sobie dziurę w brzuchu...? Może jakiś zabieg gastroskopii hi-tech?&lt;br /&gt;Co też chwila czasu na myśli robi z ludziem...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Szli z naprzeciwka, dziewczynka obok mężczyzny. Miała na oko dziesięć lat. Była niska, o ulizanych blond włosach opadających jej rzadką grzywką na czoło, pod którymi znajdowały się nieco wyłupiaste, szare oczy. Na jej tłustych policzkach panoszyły się mocne rumieńce.&lt;br /&gt;Wiatr szarpał jej szalikiem i cienkim kołnierzykiem rozpiętej do połowy kurtki. Lubieżnie przeczesywał  czarne, kręcone włosy mężczyzny i targał połami jego nieco zniszczonego prochowca.&lt;br /&gt;- Nie... awidzę... ę... - Świst wiatru skutecznie połknął część słów mężczyzny.&lt;br /&gt;Dziewczynka na chwilę zadarła na niego głowę, po czym  z maniakalnym uporem zaczęła patrzeć gdzieś przed siebie. Twarz poczerwieniała jej jeszcze bardziej, tym razem nie od wiatru. Mężczyzna szedł spokojnym miarowym krokiem, niewzruszony jak z kamienia.&lt;br /&gt;Dziewczynka po chwili nieśmiało wybąkała jakieś pytanie.&lt;br /&gt;- Nienawidzę cię - powtórzył mężczyzna beznamiętnie.&lt;br /&gt;Spojrzała.  Twarz miała zaciętą; usta tworzyły w jej pulchnej twarzy wąską, prawie niewidoczną kreskę. Z tej odległości widać było delikatne drganie jej policzków przy każdym kroku. Patrzyła spod nieco przymrużonych powiek z ciężkimi rzęsami, patrzyła z dziwną hardością i zimną wściekłością.&lt;br /&gt;Przeszli obok.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Pytanie w "Milionerach": Które państwo nie ma dostępu do morza?&lt;br /&gt;- Macedonia, bo to w Grecji!&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;Oto wypowiedź człowieka, który jest na fakultecie z gejografii. Wymiatam (:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Brak czasu śmierdzi, wszystko na szybko D:&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-2756091669620820812?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/2756091669620820812/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=2756091669620820812' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/2756091669620820812'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/2756091669620820812'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2010/03/rozruchanko.html' title='Rozruchanko.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-6771455416139522906</id><published>2010-02-09T22:26:00.003+01:00</published><updated>2010-02-09T23:00:07.676+01:00</updated><title type='text'>Ogień między ćwierćdupkami.</title><content type='html'>Ruska ciekawostka:&lt;br /&gt;Wiecie, drodzy Państwo, cóż to znaczy: сколько часов имеют сутки &lt;span style="font-style: italic;"&gt;[skolka cziasow imiejut sutki] &lt;/span&gt;? :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;"... i inne gejzery niespodzianek, tryskające z łona Historii..."&lt;br /&gt;"... muszę już kończyć, gdyż kolacja czeka na mnie w pensjonacie Las Delicias. Żegnaj więc chwilowo, dzienniczku mój [...] - ale nie wyj - pan twój wprawdzie wydala się, ale powróci..."&lt;br /&gt;"... Wtem wydało się, że to bokser, który dosiadł Mozarta, jedzie na Mozarcie..."&lt;br /&gt;... Czyli takie są skutki &lt;span style="font-size:78%;"&gt;nie, nie picia wódki, dziękuję trzepaniu musku&lt;/span&gt; dostania się absolutnie poważnej, zupełnie niezboczonej książki Gombrowicza w ręce niewyżytego buchaja, którym zostałam mianowana baj Pszemysława &lt;span style="font-size:78%;"&gt;widzisz mnie? Jestem na wizji, och! Ojeje, pozdrawiam też przy okazji mamę, babcię, psa, truchło myszy, kozie bobki i kłapanie pochw *macha zawzięcie, podskakując jak opętana*&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Mam dupogłowie, oświadczyłam.&lt;br /&gt;Że cooo?, ale jak to?, dupogłowie?, zaraz padły pytania. Był rechot. Zaczęły mnożyć się szalone koncepcje.&lt;br /&gt;Jak by wyglądały kible? Je się, ziut! i zaraz jedzenie wychodzi z tyłu głowy? Dłońmi wyobraźni rozgarnijcie czyjeś włosy z tyłu głowy i ujrzyjcie tam dupę, prawdziwie dupowatą w swej dupowatości. Tylko czy wtedy głowa nie byłaby porośnięta tylko grzybkiem włosów, łysa na tych jędrnych, może pofałdowanych cellulitem, może sflaczałych, może spalonych solarą, może niemowlęcych pośladach?&lt;br /&gt;Tylko co wtedy byłoby na miejscu dupy?, pytania padają jak lawina, nabierając prędkości. W dyskusji dłonie latają dziko, jak ptaki w dupowo ciasnej klatce.&lt;br /&gt;Po chwili ciszy kolejna wizja, dotychczas siedząca cicho, wykonuje sus i już przełamuje bariery przyzwoitości. Czemu dupa akurat jest na miejscu dupy? Czemu dupa nie jest tam, gdzie, np. cycki i na odwrót? Dobra, małpy przodkami, ale czemu sobie małpiszony nie ewoluowały z cycatą dupą i półdupkową klatą?&lt;br /&gt;... Może jednak zakończmy dyskusję na temat przemieszczania się dupy po różnych częściach ciała. Nie narzekam na jej położenie, chyba że robi dupną dziurę na dupie. W spodniach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Czy tylko ja odnoszę wrażenie, że już nawet ja przestaję samą siebie rozumieć?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Stonujemy pod koniec. Króciutki cycacik z książki, wyjątkowo dużo fajnych jest w tymże dziele, aż się ćwierćdupki mózgowe oprzeć nie mogą:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;"Nie można przez cały tydzień być nicością, by w niedzielę zaistnieć."&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A Wy tymczasem dosiądźcie jakiegoś Szopena i iiiiiiha&lt;span style="font-size:78%;"&gt;aaa&lt;/span&gt; &lt;span style="font-size:78%;"&gt;otwórz buziuchnę, ojeju, ale migdały, jak balooony - panie, weź pan te oczy&lt;/span&gt;!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bubble&lt;span style="font-style: italic;"&gt; [babyl] &lt;/span&gt;xD&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-6771455416139522906?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/6771455416139522906/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=6771455416139522906' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/6771455416139522906'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/6771455416139522906'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2010/02/ogien-miedzy-cwiercdupkami.html' title='Ogień między ćwierćdupkami.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-4681492888047914412</id><published>2010-01-17T22:30:00.006+01:00</published><updated>2010-01-19T21:57:47.014+01:00</updated><title type='text'>Ja. Ja. Ja. Moje-moje.</title><content type='html'>Dwa pierwsze króciutkie tekściki powstały z dwóch głównych powodów:&lt;br /&gt;Pierwszy jest błahy, pogodny jak beztrosko brykająca owieczka, pachnący lizakami i puszysty w dotyku, niczym kitka na króliczej dupce.&lt;br /&gt;Drugi jest nieco bardziej posępny, przypominający nisko wiszącą, ciemną chmurę, która zdaje się patrzeć na wszystko spod byka; ma ciężki, gryzący odór przerdzewiałego żelaza i smakuje ohydnie jak skórka grapefruita.&lt;br /&gt;Pierwszym jest zwyczajna przezorność &lt;span style="font-size:78%;"&gt;i co z nią idzie: zabezpieczenie&lt;/span&gt;, że w razie gdyby wszystkie moje zeszyty wziął szlag, a dysk komputera padł, zawsze pozostanie ten zapisek gdzieś w internetowej bazie danych.&lt;br /&gt;Drugi to pragnienie dania upustu skradającej się psychozie. Chociaż troszkę. Chociaż ta upadlająca franca wije się i skręca, umykając słowom.&lt;br /&gt;To poniżej to gniot, ale można to porównać do słów "nie sra się kwiatkami", o.&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;Nie lubię narracji 1-osobowej. Czyżbym dlatego jej użyła? (:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;*&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Patrzyłam nieobecnie przez swoje getry. Po jednym praniu zmechaciły się jak dziesięcioletni sweter z wyprzedaży na ryneczku, używany jak szmata do prac przy motorze. Udawały, że są dżinsami, chełpiąc się wzorem kieszeni na tyłku i jasnych szwów wzdłuż nogawek. Ich zjawiskowość wyrażała się również tendencją do zjeżdżania krokiem gdzieś do połowy ud.&lt;br /&gt;Siedziałam na brzegu łóżka, gapiąc się niby na właśnie te getry. Trzymałam dłonie pomiędzy kolanami ściśniętymi z całych sił, aż drżały mi nogi. Po głowie tłukło mi się "nie zrobię tego, nie zrobię, o nie..., będę żałować, będzie tylko gorzej". Obracałam to sobie w myślach z tak maniakalnym uporem, jakby od tego zależało moje życie.&lt;br /&gt;Patrzyłam nie tylko przez getry, ale i przez swoje ręce, których widzieć nie chciałam. Tyle że wciąż je widziałam, oczami wyobraźni - dziesięć palców, każdy innej grubości, wszystkie przypominające obrzydliwie różowe parówki w czerwone i białe plamy. Gdzieniegdzie  zdobiły je płaskie bąble. Przede wszystkim paluszyska swędziały.&lt;br /&gt;Kolanami przemocno ściskałam, gniotłam rozpalone dłonie. Tak mocno, że palce pozostawały białe nawet po zwolnieniu uścisku.&lt;br /&gt;Swędzenie wydaje się błahe. Śmieszne. Ot, ugryzł komar, swędzi. Swędzą pachy, głowa, nogi. Fredro pisał:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center; font-style: italic;"&gt;"Raz tak ją swędziała dupa,&lt;br /&gt;Że zgwałciła aż biskupa,&lt;br /&gt;A gdy ten ją zdupczył marnie -&lt;br /&gt;Poszła dawać pod latarnię."&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Wyobraźmy sobie piórko. I łóżko. I ludzia do niego przywiązanego, z bosymi stopami. I wystarczy, że jedną dłoń należącą do kogoś o psychopatycznych zapędach. I pierwsze smagnięcia piórkiem, takie pieszczotliwe. Chichotanie. Próby wygięcia się przez skrępowane ciało. I czas. Czas tak długi, że przeszłość leniwie przelewa się do przyszłości, a teraźniejszość gdzieś ginie. Wyobraźmy sobie w końcu ucichnięcie śmiechu. I coraz gwałtowniejsze szarpanie się ciała. Słyszymy uszami wyobraźni pierwsze wrzaski? Przybierają na sile. I już łaskotany konwulsyjnie dygocze, z pianą na ustach, i mamy jego agonalne wrzaski, błagania o litość - przetykane napadami histerycznego śmiechu. Piórko nieustannie smyra. Spójrzmy na tę twarz wykrzywioną w udręce...&lt;br /&gt;Wróćmy do swędzenia. Nadal brzmi śmiesznie?&lt;br /&gt;Aż się banan robi.&lt;br /&gt;Swędzenie nie ustawało. Przesączało się do palców jak woda przez pęknięcie w tamie. Od zaciskania szczęk rozbolały mnie zęby. Cios mentalnie uginał odnóża do skoku...&lt;br /&gt;"Nie zrobię" pękło z ostrym trzaskiem tłukącego się szkła.&lt;br /&gt;Poderwałam się z łóżka. Zaczęłam chodzić w kółko, trąc dłońmi o siebie, ściskając je, drapiąc, zaciskając w pięści i rozluźniając, i znów trąc, drapiąc, i trąc, i drapiąc, i znowu. Nie niosło to ulgi, ale tylko to było sensownie. Świat ograniczył się do swędzenia.&lt;br /&gt;Im silniej swędziało, tym mocniej drapałam, żeby coraz większym bólem tłumić coraz silniejsze swędzenie. Nie dało się go opisać. Już ono samo sięgało progu bólu.&lt;br /&gt;Po dziesięciu koszmarnych minutach skoczyłam do łazienki. Umywalka, kran, zimna woda, już, zimna... Dłonie wciąż paliły. Lodowata woda boleśnie spływała po gorącej skórze. Swędzenie zajadle atakowało palce chwilowo nieochładzane. Nigdy nie oparzyłam się bardzo poważnie, ale to tak musi boleć - było wrażenie marszczenia się skóry od bąbli i jej chęci odchodzenia płatami.&lt;br /&gt;Delikatnie, najdelikatniejszym ręcznikiem wytarłam ręce. Wyglądały paskudnie. Jeszcze bardziej spuchnięte, jeszcze czerwieńsze z jeszcze czerwieńszymi plamami. Poruszyłam palcami, niepewna, czy oby nie odpadną.&lt;br /&gt;Swędzenie zaszarżowało z impetem, uderzając jak rzygnięcie miotacza ognia. Pociemniało mi przed oczami.&lt;br /&gt;Nim się spostrzegłam, już szorowałam dłońmi o najbardziej szorstki ręcznik. Wszystko jakby sklejono z kadrów filmowych: śnieg za oknem, klik. Żółty ręcznik w niebieskie muszelki, klik. Wacik kosmetyczny brudny od fluidu, klik. Rękaw bluzy upaćkany ketchupem i czymś żółtawym.&lt;br /&gt;Istniały tylko palce i bolesne drapanie. "Bolesne" jest tu jednak określeniem śmiesznie nieprecyzyjnym jak stwierdzenie, że "słoń, noo, jest ciut większy od mrówki". Ten ból zakrzywiał całą rzeczywistość i pętał myśli. Sięgał agonii.&lt;br /&gt;Nawet nie wiem, kiedy się rozpłakałam ani kiedy wróciłam do sypialni. W jakiś sposób już klęczałam, trąc dłońmi o szorstki dywan, niczym dawna praczka ubrania o tarkę. Musiałam co jakiś czas przerywać, kiedy chciało mi się rzygać z bólu.&lt;br /&gt;Mózg sprawiał wrażenie gąbki. W przerwach myśli paraliżowała mi perspektywa kolejnego, nadciągającego ataku. Szlochałam. Przez łzy i krwawe od tego wszystkiego smarki męłłam w ustach bluzgi, od których chciałyby mi zwiędnąć uszy. Tarłam, dysząc ciężko. Pragnęłam zedrzeć sobie skórę. Przestałam widzieć te upiornie czerwone paluchy - widziałam... Czy to tasak...? Jedno ciach! w rozpalony, obrzmiały palec i wytrysk krwi, i jej gorące strużki spływające po skórze. Byłaby eksplozja cierpienia wreszcie tłumiąca swędzenie! Taka paradoksalna ulga przy akompaniamencie rozdzierającego wrzasku bólu...&lt;br /&gt;Minęła chyba wieczność, nim skuliłam się i  zwiotczałam. Byłam wyzuta z sił jak ścierka. Rozpierało mnie gorąco, w głowie szumiało, a dłonie paliły jak trzymane w ogniu. Trzymałam je przed sobą: z miejscami białą od otarć skórą i z prawie ranami.&lt;br /&gt;Nie wiem, jak długo się tak kuliłam, wdychając śmierdzący kurz dywanu. Gdzieś tam była niebieska narzuta w prążki i kłąb ubrań, ale to nie miało znaczenia.&lt;br /&gt;W końcu podniosłam się ciężko. Machinalnie, byleby tylko nie myśleć, opadłam na krzesło przed komputerem. Robić cokolwiek, byle wolno, żeby się nie rozpaliły jeszcze bardziej. Ręce mi dygotały i nie miałam siły nimi ruszać. Bolały... Tak strasznie bolały...&lt;br /&gt;Aż podskoczyłam, kiedy błyskawica swędzenia rozcięła dłonie. Z krtani wyrwał mi się zduszony okrzyk, gdy moja lewa dłoń poderwała się i ze wszystkich sił chlasnęłam nią w prawą. Pękła skóra i rozkwitła na niej plama krwi.&lt;br /&gt;Odebrało mi dech. Zgięłam się w pół, bezgłośnie poruszając wargami. Ból przechodził wszystko inne... Prawa ręka trzepotała mi się jak motyl-paralityk dotknięty palpitacją.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Palce pozostały czerwone, otarte, poranione i skowyczące z bólu przy dotyku.&lt;br /&gt;W nocy długo nie mogłam zasnąć. Bo swędziały mnie palce - u stóp.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;"... I do Julka skoczy żwawo.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Nożycami w lewo, w prawo&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Uciął palec jeden drugi,&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Aż krew trysła we dwie strugi.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Julek w krzyk, a krawiec rzecze:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Tak z nieposłuszeństwa leczę!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;[...]&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Płacze Julek, żal niebodze,&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;A paluszki na podłodze."&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Czyjś wierszyk, tak mi się nasunął&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;Patrzyła na mnie, jak zatrzymałam się w progu i oparłam o futrynę. Zza szklanki łez, zanosiłam się śmiechem, gładząc swój brzuch.&lt;br /&gt;- Jedenasty miesiąc! - wykrzyknęłam radośnie.&lt;br /&gt;- Nie możesz mieć, być w jedenastym miesiącu - zauważyła rozsądnie.&lt;br /&gt;- No to są przeterminowane. Chociaż, nie, błe... - Skrzywiłam się na samą wizję cuchnącego, martwego płodu, spowitego białawym śluzem, szarawego i powykrzywianego. Spojrzałam od góry na swój brzuch. - No to trojaczki. Mamo, będziesz babcią!&lt;br /&gt;Jedynie uśmiechnęła się lekko. Pośmiałam się jeszcze chwilę, po czym umilkłam gwałtownie. Ze smutkiem zwiesiłam głowę i pacnęłam o łóżko, czując się, jakby brzuch podłączono mi do działającej pompy tłoczącej. To było okropne. Mrugałam zawzięcie dla odpędzenia łez. W końcu znów paradoksalnie parsknęłam śmiechem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A to bo tak. Bez tłumaczeń, taka, hm, zagadka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;To już kiedyś było. Podobna ciemność, podobnie dudniąca cisza, podobne zimno. Ten sam lęk ścinający mózg do postaci sadzonego jojka.&lt;br /&gt;Kiedyś? Może pół roku, trzy i pół miesiąca, osiemnaście dni, tydzień temu? Wciąż było wyraźne, jak koszmary wgryzające się w pamięć.&lt;br /&gt;Szłam tą samą górką, pogrążoną w upiornej ciemności bez lamp, drżąc z zimna i strachu. W głowie królowało to samo pragnienie, żeby zza zakrętu nie padł blask reflektorów i żeby nic nie jechało. Głupia, głupia, że się wrobiłam, zasrane autobusy w niedziele!&lt;br /&gt;Tym razem mówiłam do siebie. To było głupie, ale pozwalało mi nie myśleć. To nic, że co trzecie słowo padało to brzydkie, które powinno mieć osobny klawisz w QRWERCIE*. Takiego słownictwa nie powstydziłby się osobnik obwieszony łańcuchami jak choinka lampkami, odziany w dres i lansujący szyberdachem. Tyle że co z tego, skoro byłam sama, cholernie się bałam i to mi jakoś pomagało. To jak pędzić na autobus o szóstej rano i wypaść na schody, i na samym dole doznać tego koszmarnego uczucia pustki pod stopą tam, gdzie powinien być stopień. Czy można to przemilczeć? Użyć "o cholercia!" tudzież "a niech to!"?&lt;br /&gt;- Nie, nie mogę tak bluzgać jak jakiś pieprzony menel. Od teraz będę mówić pięknie i naukowo, o. A więc, przemieszczam się pod tę jakże wspaniałą górę. Na poboczu leży, kurto jest dosyć brudny śnieg. Gdyby znajdowało się to jakieś źródło oświetlenia, z pewnością skrzyłby się pięknie. O, zakręt. Żywię gorącą nadzieję, iż nie wyjedzie zza niego jakiś wehikuł - coraz bardziej gadałam od rzeczy; od ciemności i zimna mąciło mi się w głowie - ponieważ jeśliby wyjechał, niechybnie by mnie tak pierdotrącił, że stałabym się kilkoma metrami wnętrzności, czerwonego pasa na brudnym śniegu jezdni i stertą czarnych ciuchów, i nań wisienką czarnego plecaka w wisienki. Ale nie, koniec, nie chcę stać się martwą kukłą...&lt;br /&gt;Zamilkłam. Nie było tak bardzo ciemno, bo śnieg jakoś wszystko rozjaśniał, więc widziałam groteskowo powykręcane, bezlistne drzewa przy drodze. I w chwili, gdy wypowiedziałam słowa "martwa kukła", te drzewa jakby urosły mi w oczach. Uszy wyobraziły sobie delikatne skrzypienie i prawie że widziałam dyndające z gałęzi zwłoki, jak larwy robali. Martwe kukły. Wiszące na drzewach, obracające się wolno na wietrze, wpatrzone we mnie pustymi oczami i z twarzami wyszczerzonymi w koszmarnych uśmiechach.&lt;br /&gt;Serce zabiło mi tak mocno, że aż zakłuło mnie w piersi. Przyspieszyłam; para ulatywała mi z ust jak z komina lokomotywy parowej. Wiedziałam, że to tylko dzieło zestrachanej wyobraźni... Ale drzewa stały złowieszcze, rozmywające się w mroku, a ich dziwne kontury tworzyły sylwetki wielkich ptaków - w najlepszym wypadku.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;*Taki wymysł dziewcząt dzisiaj.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-4681492888047914412?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/4681492888047914412/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=4681492888047914412' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/4681492888047914412'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/4681492888047914412'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2010/01/ja-ja-ja-moje-moje.html' title='Ja. Ja. Ja. Moje-moje.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-7829119818868816024</id><published>2009-12-29T21:27:00.006+01:00</published><updated>2009-12-29T23:49:40.808+01:00</updated><title type='text'>Myślotok.</title><content type='html'>Ruska ciekawostka.&lt;br /&gt;Mы сидим в купе &lt;span style="font-style: italic;"&gt;[my sidim f_kupie]&lt;/span&gt; - nie, to nie znaczy, że siedzimy w kupie. To po prostu "siedzimy w przedziale". &lt;span style="font-size:78%;"&gt;5 razy w tygodniu siedzę w kupie (:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Jej skóra była opalona na śliczny, karmelowy brąz. Na wysmukłe, zgrabniutkie nogi założyła wysokie buty na obcasie. Miała na sobie coś, co z braku lepszych określeń można nazwać spodenkami - ale wyglądającymi, jak uszyte na dziecko, nie dorosłą kobietę.&lt;br /&gt;W tych, niech już będzie, spodenkach, znajdowały się ponętne, ładnie zaokrąglone pośladki. Na prawym spoczywała idealnie pasująca do całości, bo również zgrabna dłoń.&lt;br /&gt;Gdyby widać było resztę kobiety, z pewnością odwracałaby się, kusząco oblizując wargę i mrużąc jedno oko. Cała jej postawa emanowałaby dziką, nieposkromioną seksualnością; wręcz wrzeszczałaby "Tak, bierz mnie, jestem twoja!"&lt;br /&gt;Wszystko to, gdyby ciało kobiety nie kończyło się ponad jej wypiętą dupą, a obok nie widniał napis MYJNIA RĘCZNA.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;"[...] Pomacał dziurkę ręką, palcami poszerzył,&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Przytknął równo kutasa, popchnął i uderzył.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Rozwarły się podwoje i coś tam cicho trzasło,&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;I wjechał kutas w pizdę, jak nóż wjeżdża w masło[...]"&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;"Pan Tadeusz. Księga XIII" A. Fredro&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Czyli fragment utwory pana zbola, o wątpliwej wartości... hm, treści. A ja go umiem. Na pamięć. Nie, nie pytajcie, po co, tak samo jak nie wiem, po co naumiałam się wisielczych bajeczek dla dzieci i jakichś brzydkich, zbereźnych wierszyków.&lt;br /&gt;Ale do rzeczy. Żeby to było tak łatwe jak masło... Może za czasów p. Fredry masło to było masło - nie to, co teraz, twarde jak podeszwa. Wyjmiesz cholerstwo z lodówki na 10 godzin, a i tak jest twarde, że da się je tylko kroić i jeść nie chleb z masłem, a masło z chlebem. Co dopiero wbić nóż; opór bywa taki, jak podczas sesyjki w łazience, z karpiem pod tasakiem...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Poszwę zrobiono z kory i ozdobiono ją deseniem uroczych, wielkich maków. Wyglądałyby świetnie na tle bieli, jednak było pewne "ale". Budziły nieprzyjemne skojarzenia z plamami krwi na śniegu.&lt;br /&gt;Uniosła głowę, totalnie olewając poszwę dla co po niektórych nieco makabryczną. Pościel była cieplutka i przyjemna, a czego do szczęścia potrzeba więcej?&lt;br /&gt;Ani myślała o porzuceniu ciepłego dołka, ale wszedł chłopak, więc niechętnie się przeciągnęła. Mocno rozprostowała wszystkie cztery łapy, otrzepała się z satysfakcją i klapnęła na tyłek. Strączki grzywki opadły jej na ślepia, lecz nie przesłaniały jej otoczenia, jak by się mogło wydawać.&lt;br /&gt;Chłopak ciężko pacnął o krzesło i pociągnął łyk picia. Lubiła to picie. Raz dał się jej napić, kiedyś tam, ale pamiętała smak. Zawsze pił z tego samego kształtu.&lt;br /&gt;Wreszcie zeskoczyła na podłogę i ruszyła ku niemu, ponownie się przeciągając. Merdnęła ogonem, usiadła i wlepiła w chłopaka wzrok. Tym razem było to spojrzenie dwudzieste, czyli Przylazłeś I Się Nawet Nie Przywitasz?&lt;br /&gt;Potarmosił ją po głowie i wrócił do swojego picia. Patrzyła nadal. Słyszała skrzypnięcia na zewnątrz, wyraźnie się zbliżających, po tych, wchodach.&lt;br /&gt;Wtedy rozległ się przeciągły, stłumiony syk. Po chwili rozbrzmiało coś, co dało się opisać jako bardzo donośne, dźwięczne "pftffr!".&lt;br /&gt;Otworzyły się drzwi. Wyczuła zmieszanie chłopaka, który szybko poprawił się w krześle.&lt;br /&gt;- Cześć, kochanie. - Kobieta zmarszczyła nos. - O fuuuj, ale tu wali...&lt;br /&gt;- To nie ja - zarzekł się tamten. Zerknął na psinę jak na zbawienie zesłane z nieba. - To pewno Nuna.&lt;br /&gt;- A byłeś z nią? - zapytała kobieta, przyszpilając go badawczym wzrokiem.&lt;br /&gt;- No pewno, właśnie nie wiem, czemu bombi.&lt;br /&gt;Mentalnie zjeżyła się. Wypachniony kundel! Oni tak zawsze, zasmrodzą i zwalają winę na biednego psa. I jeszcze że niby byłam na dworze! Akurat.&lt;br /&gt;- Mówiłam ci, że nie życzę sobie tu piwska - powiedziała kobieta z niesmakiem. - Jak pić to do baru, z koleżkami.&lt;br /&gt;No, właśnie. - Chociaż bardzo jej to nie obchodziło.&lt;br /&gt;- Taaak, dobra - odparł. Czuła jego znudzenie, a całą postawą wyrażał to swoje "Skończ już, dobra, ziew, i tak będę to robił".&lt;br /&gt;Zobaczysz - pomyślała. Pożałujesz. Dwupyskowy pchlarzu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Okazja do zemsty nadażyła się bardzo szybko. Przydreptała do kuchni, a tam nozdrza zaatakowała jej upajająca mieszanka woni. Rzuciła się do bezkształtnego cudu w szeleszczącym opakowaniu. Szybko znalazła lukę i już wetknęła pyszczek.&lt;br /&gt;To nie do końca była zemsta. Jak tu przepuścić okazję do jedzenia?&lt;br /&gt;Kiedy po pięciu minutach chłopak wszedł do kuchni, zajęczał z rozpaczą.&lt;br /&gt;Po całej podłodze walały się śmieci. Obierki ziemniaków, pokryte białym puszkiem stare skórki pomarańczy, brudne opakowania po jogurtach, puszki, plamy budyniu inteligentnie wylanego przez kogoś do kosza, ciapki mokrych fusów, pęknięte jajka w kałużkach białka, oślizgłe, zepsute mięso dziwnym trafem jeszcze nietknięte przez psa. A pośrodku tego stała Nuna, łapczywie pałaszując resztki zimnego spaghetti.&lt;br /&gt;- Idź ty, kurwa...! - wysyczał. Gdyby nie rodzice, z ulgą by to wywrzeszczał. - Ty ścierwojadzie mały, wygówniarzaj stąd...!&lt;br /&gt;Wydał z siebie jeszcze kilka nieokreślonych odgłosów, pełnych bulgoczącej furii, po czym mokrą ścierką chlasnął psinę w dupsko. Podkuliła ogon i na złamanie karku rzuciła się do ucieczki. Skrobotając pazurami po boleśnie gładkiej podłodze, jak wypadła z pokoju, po schodach, już leżała w kojcu, przybierając pozę Dobry, Grzeczny Pies.&lt;br /&gt;Przez jakiś czas dobiegały ją z dołu tłumione przekleństwa, odgłosy zbliżającego się rzygania i pacnięcia śmieci wrzucanych do kubła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Złośliwiec, założył jej kaganiec. Nigdy nie chciało mu się jej pilnować, kiedy puszczał ją ze smyczy, więc się po jej "wybryku" zabezpieczył tym pchlarstwem. Było ciężkie i ściągało jej łeb w dół.&lt;br /&gt;Cierpliwie zaczekała do momentu, aż odepnie jej smycz. Śmignęła jak rakieta, wiedziona nieomylnym psim nosem. Nie zawiódł jej - oto z trawy wyłoniła się wielka, śmierdząca kupa.&lt;br /&gt;Nuna tylko raz obejrzała się na chłopaka, ze zniecierpliwieniem gapiącego się w niebo. Następnie dała nura w gówno i zaczęła się tarzać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- Ty kurwa franco niech ja cię normalnie mnie chuj strzeli WYŁAŹ Z TEGO GÓWNA!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Karol biegł, pochylając się niczym skoczek narciarski, który narty może założyć dopiero w locie, więc biegnie z nimi pod pachą, w dół skoczni. Kurczowo trzymał się za brzuch.&lt;br /&gt;Z poślizgiem wziął zakręt. Czuł w brzuchu masę wzbierającą nieuchronnie niczym tsunami. Wrażenie było takie, jakby cała jego zawartość zamieniła się w kotłujące się węże.&lt;br /&gt;Nie zdążę, nie zdążę - dudniło mu w głowie. Kuźwa, nie...!&lt;br /&gt;Barkiem otworzył drzwi, upiorna masa już wędrowała gardłem, to już tu, tuż-tuż, dopadł kibla, już wypełniła usta, nie!, szarpnięciem podniósł deskę, i już.&lt;br /&gt;Czuł się, jakby chciało rozerwać mu gardło. Potężny, różnobarwny, pełen kolorowych kształtów strumień rzygów chlusnął mu z ust. Był jednak zbyt ogromny i zwyczajnie rozbryznął się o deskę klozetową; niczym dwie fontanny o kafelki.&lt;br /&gt;Karol zachwiał się i nadeszła kolejna fala. Oczami wyobraźni widział siebie, rozwierającego usta jak lew...&lt;br /&gt;W aktualnej strudze rzygowin rozkwitły kwiatki. Z cichymi pyknięciami, cuchnące plamy wypuściły zieloniutkie źdźbła trawy. Karol stał z nadal otwartą buzią, ze strużką wymiocin ściekającą po brodzie.&lt;br /&gt;Tyle że i ona stała się trawą, jakby rozgniecioną i przyklejoną do twarzy.&lt;br /&gt;- Już nie będę więcej pił - wymamrotał.&lt;br /&gt;Rozległ się za nim ogłuszający wrzask. Pędził na niego śmiesznie niski śmieszny ogrodowy krasnal w śmiesznej różowej czapce z penisem zamiast pomponika. Ogromny topór o błyszczącym ostrzu z całą pewnością śmieszny nie był.&lt;br /&gt;Śmiesznie krótkie ramię krasnala wykonało zamach. Nieśmieszny topór pomknął z morderczym świstem.&lt;br /&gt;I na twarzy Karola rozwalił się tort zwieńczony kremem i grubaśnym czerwonym paskiem lukru. Gdzieś z boku wybuchła salwa śmiechu i jakiś głos zawołał: "Dobrze, bardzo dobrze, a teraz skórka od banana...!" Zaszczękały sztućce...&lt;br /&gt;W miarę, jak kolejne kawałki tortu z plaśnięciami spadały na ziemię, ukazywał się bardzo posępny krajobraz pełen siwych wydm. Panował półmrok. Nagle w nos walnął przeostry, duszący smród, jakby pieprz wsypał się do nosa. Ziemia zadrżała, a drobinki zaczęły się rozstępować pod stopami, już wsypały się do butów, pięły się w górę nóg, już zakleszczyły biodra. Karol chciał krzyknąć, ale czarny, pieprzny piach go pochłonął.&lt;br /&gt;Otworzył oczy. Wiatr owiewał mu twarz. Stał na skraju urwiska, z widokiem na maleńkie kwadraciki pól w oddali i pionowym rzutem w dół, na poobrywaną skalną ścianę z wystającymi zeń strzępkami suchych drzew.&lt;br /&gt;Droga w dół wydawała się koszmarnie długa, ale bezbolesna. Po niebie przedryfowała różowa owca w okularach przeciwsłonecznych. Bolesna miała okazać się dopiero ziemia.&lt;br /&gt;Błysk! - to flesz aparatu. Wszędzie były twarze, ktoś pociągnął za sznurek i wykrzyknął:&lt;br /&gt;- Uśmiech!&lt;br /&gt;Karol uśmiechnął się jak radosny idiota.&lt;br /&gt;Kroił słuchawkę telefonu, patrząc na przygotowaną bitą śmietanę i wisieńki do dekoracji. Paulina siedziała przy stole, powabnie machając nogą założoną na drugą.&lt;br /&gt;- Zjedz drożdżówkę, proszę cię - powtórzyła znudzonym głosem. - Specjalnie się narobiłam.&lt;br /&gt;Spojrzał na wielki półmisek, gdzie spoczywała cała sterta kromek świeżutkiej drożdżówki, posmarowanych Nutellą. Spojrzał na swoją dłoń i odkrył, że zamiast noża trzyma zabawkę konika.&lt;br /&gt;- Noo - ponaglała go Paulina. - Proooszę.&lt;br /&gt;- Nie mogę, mam problemy żołądkowe - wyjaśnił przepraszająco, zakłopotany.&lt;br /&gt;Paulina wyraźnie się zdenerwowała, ale zaraz uspokoiła, jakby ktoś przełączył pstryczek.&lt;br /&gt;- Dobrze, w takim razie będziemy pić wino i słuchać poezji.&lt;br /&gt;Chlusnęła woda z odkręconego kranu.&lt;br /&gt;Leżał. Ze wszechstron obłapiało go coś ciepłego, żółtego, klejącego. W tym czymś dojrzał nieco zniekształconego banana z dwoma słomkami wystającymi z boków. Za słomkami ciągnął się transparent z koślawym napisem KISIEL MODE ON.&lt;br /&gt;Strasznie śmierdziało. Karol uniósł głowę i odkrył, że klęczy w kałuży własnych rzygowin, z policzkiem opartym o zarzyganą deskę klozetową. Włosy miał mokre i teraz po twarzy spłynęło mu coś gęstego.&lt;br /&gt;Chwilę szukał odpowiedniego przekleństwa; na próżno. Nawet pijacki bełkot mu nie wyszedł. W końcu się zdecydował i wybuchnął płaczem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Tak jakoś rzygowato i obleśnie. Ale pisać można o wszystkim, co powtarzam z maniakalnym uporem.&lt;br /&gt;&lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=uedDNy1ERbQ"&gt;Korpiklaani - Paljon On Koskessa Kivia&lt;/a&gt; - i powiedzcie, że tu nie ma: "&lt;span style="font-size:78%;"&gt;coś tam&lt;/span&gt;, baba dała, &lt;span style="font-size:78%;"&gt;coś tam&lt;/span&gt; kurwą baba"&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;A grindkor jest w pytę iksde dwa daszki nawias ostry w lewą stronę radocha nawias ostry w prawą stronę dwukropek duże de duże de iks duże pe małe pe wielokropek wykrzyknik wykrzyknik dwukropek gwiazdka gwiazdka gwiazdka dwa daszki nawias ostry w lewą stronę loldwa nawias ostry w prawą stronę joł madafaka nygas dwukropek nawias zamykający&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-7829119818868816024?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/7829119818868816024/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=7829119818868816024' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/7829119818868816024'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/7829119818868816024'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2009/12/myslotok.html' title='Myślotok.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-9168755132169464933</id><published>2009-12-13T22:35:00.001+01:00</published><updated>2009-12-13T23:00:33.366+01:00</updated><title type='text'>Rifresz.</title><content type='html'>Tak roboczo, bo jest tu śmierdzący zastój. Mam mętlik w głowie i w ogóle, tylko na taką staroć się zdobyłam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Światło lamp migotało białymi plamkami na powierzchni wody. Zewsząd napływał dźwięk: pluski, odgłosy skakania do wody nie dające się opisać inaczej jako "pszfff!", bulgotanie wydechów i głosy. A to trener krążył wokół basenu, ponaglając leniwych podopiecznych albo poprawiając błędy, albo wydając polecenia; a to ratownik krzyczał na rubasznie rechoczących chłopaków, szamoczących się na brzegu; a to po prostu pływający rozmawiali.&lt;br /&gt;Woda z chlustem wystrzeliła z wodotrysków znajdujących się po przeciwległej stronie basenu. Prysznic nad torami drugim i trzecim rzygnął białym strumieniem piany i wielkich kropli, którego uderzenie wzburzyło małą falę. Mgła wokół niego wyglądała jak rozpylony dezodorant.&lt;br /&gt;- No, to teraz takie ładne urozmaicenie. - Chłopak w czerwonej koszulce ratownika uśmiechnął się złośliwie. - Przepłyń sobie na maksa kraulem ratowniczym, potem od razu pod wodą.&lt;br /&gt;Dziewczyna jedynie posłała mu uprzejmy uśmiech i założyła gogle. W chmurze bąbelków zrobiła parę wydechów, po czym posłusznie zabrała się za wykonanie polecenia.&lt;br /&gt;Doskonale wiedziała, jak młody ratownik, który uznał, że zrobi jej dziś trening, pragnie ją zmęczyć. Czuła na sobie jego zawiedziony wzrok za każdym razem, kiedy jednak nie dała się złamać.&lt;br /&gt;Była już cholernie zmęczona, ale nie podda się. To ostatnie dwie długości...&lt;br /&gt;Pod koniec długości już bolały ją nogi, a gardło miała suche. Dyszała ze zmęczenia. Przekonana, że tym razem już nie utrze nosa chłopakowi, zrobiła przeciągły wydech - i wdech, i już z całych sił odepchnęła się nogami od ściany.&lt;br /&gt;Otaczała ją cisza, jak po przyciśnięciu poduszek do uszu.&lt;br /&gt;Już w połowie długości zabrakło jej powietrza. Panował nie podwodny brak dźwięku, a cisza wypełniona wodą odgarnianą dłońmi i na powierzchni młóconą stopami. Dosłownie, to miało jakiś odgłos, bardziej było odbierane jako ruch, ale jednak było.&lt;br /&gt;W płucach powoli robiła się anty-pustka, zdająca się wsysać do środka. Mięśnie stawały się coraz bardziej sztywne z ruchu na ruch; ramiona odgarniały wodę gęstą jak kisiel. Łup, łup, łup - to w górze stopy pływających wzburzały powierzchnię wody. Czas rozciągał się, ruchy rozbijały się na setki klatek, w uszach narastał cieniutki, cieniuteńki pisk...&lt;br /&gt;Głupia, głupia, babo, głupiapiabo co głupia robisz? - dudniło dziewczynie w głowie. Łup, łup. Czuła się, jakby płynęła obok i patrzyła na siebie.&lt;br /&gt;W dole przesunął się koniec czarnego pasu na dnie basenu. Ostatnie, rozpaczliwe machnięcie ramionami i głowa przebiła się nad wodę. Dziewczyna łapczywie nabrała powietrza.&lt;br /&gt;Rzeczywistość runęła z całą mocą, jak puszczona, naciągnięta gumka recepturka. Dźwięk wrócił z ogłuszającym rykiem. Oczy poraziło światło. A przede wszystkim głowa eksplodowała obezwładniającym bólem, aż dłonie ześlizgnęły się z krawędzi murku.&lt;br /&gt;- Nieźle, nieźle. - Głos chłopaka dopłynął jakby z ust zasłoniętych grubym kocem. - Możesz iść.&lt;br /&gt;Jakoś podpłynęła do drabinek i wyczłapała z wody. Czuła się nieco lepiej, acz szła sztywno, nadal zamroczona.&lt;br /&gt;Kurwa - było to jedyne, najbardziej odpowiednie słowo, jakie przyszło jej na myśl - Popierdoliło mnie chyba.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak stopniowo czuła się coraz lepiej, tak ból wziął odwet dopiero na przystanku. Uderzył z mocą rozjuszonego nosorożca.&lt;br /&gt;Ulokował się tuż za uszami. Nawet nie dawał się porównać do imadła - był dwoma cepami bezlitośnie walącymi po obu stronach potylicy. Każdy ruch sprawiał, że atakował z jeszcze większą furią, więc dziewczyna w końcu zastygła w bezruchu, kuląc się z zimna i błagając w duchu o jak najszybszy przyjazd autobusu.&lt;br /&gt;W końcu się przytoczył, stary i dosłownie klekoczący. Po drodze coś gadał do niej jakiś menel, chociaż "gadał" jest zbyt silnym określeniem pijackiego bełkotu. Patrzyła przez niego tępo, trzymając się za brzuch.&lt;br /&gt;Autobus, w połączeniu z poznaczoną dziurami i garbami drogę, śmiało zasługiwał na miano olbrzymiego-a'la-quada-pozbawionego-resorów. Kołysał się niczym konik na placu zabaw. Tablice trzaskały, krzesła trzeszczały i przesuwały się na boki, a stopy co chwila traciły kontakt z podłogą. Hałas był nieznośny, niczym seria bomb eksplodujących w szklanych gablotach.&lt;br /&gt;Dziewczyna czuła, że nie tylko jej żołądek podskakuje jeszcze inaczej niż w rytm autobusu, ale też i głowa.&lt;br /&gt;Po błogosławionym wyjściu na przystanku jeszcze kawałek szła, dziwacznie wybijając się z pięt.&lt;br /&gt;- Ruska kupa - rzuciła za oddalającym się w mroku rzęchem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Głowa wydawała się zrobiona ze szkła. Dźwięki wdzierały się do uszu wyostrzone i barbarzyńsko głośne.&lt;br /&gt;Czarne plamy zasłaniały tekst na monitorze.&lt;br /&gt;- Co jest, kunwa? - zdenerwowała się dziewczyna.&lt;br /&gt;I przestraszyła się. A jeśli coś zrobiło jej to cholerne ciśnienie w basenie? Durna, po kiego kija tak się unosiła dumą?&lt;br /&gt;Usiłując odpędzić histerię, mrużyła oczy, przekrzywiała głowę i przybliżała się do monitora. Wszystko na nic. Widziała nie piąte przez dziesiąte, a jedną przez piątą.&lt;br /&gt;Ze złością wyłączyła komputer i rzuciła się na łóżko.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-9168755132169464933?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/9168755132169464933/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=9168755132169464933' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/9168755132169464933'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/9168755132169464933'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2009/12/rifresz.html' title='Rifresz.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-2028196702991248409</id><published>2009-11-27T20:29:00.004+01:00</published><updated>2009-11-27T22:17:09.068+01:00</updated><title type='text'>Misz-masz.</title><content type='html'>Rytmiczny, usypiający stukot kół ciapongu powoli ustawał. Za szybą drzwi przesunęły się wąskie kolumny na peronie i zdezelowana, zamknięta już chyba wieki temu budka z hamburgerami. A także dwie klęczące postaci w skądś znanych, czerwonych ubraniach.&lt;br /&gt;Po chwili maszyna zatrzymała się i wyskoczyłam na peron. Dałabym się porwać tłumowi ludzi, jak zwykle, ale chciałam zerknąć na tych ubranych na czerwono ludziów. Wokół nich zgromadził się bardzo mały tłumek. Podróżni ledwie odwrócili głowy i poszli dalej - tylko co po niektórzy stanęli, a nawet podeszli bliżej.&lt;br /&gt;Okazało się, że to dwie ratowniczki klęczące przy mężczyźnie.&lt;br /&gt;Leżał na plecach, rozłożony jak rozgwiazda albo ktoś zrzucony z krzyża. Nogi miał dziwacznie zgięte. Jego ogromny, odsłonięty brzuch przypominał samotną, białą wyspę na morzu, z czerwonymi rozgwiazdami przyssawek. Ciągnęły się od nich kable do jakiejś aparatury.&lt;br /&gt;Nie było najgorsze to, a jego głowa.&lt;br /&gt;Była dosłownie sinofioletowa. Napuchnięta, z nabrzmiałymi żyłami na szyi i skroniach. O rozchylonych ustach, upiornie szarych - i martwych. Zamknięte oczy wyglądały, jakby otwarte dorównywały wytrzeszczowi żabie morderczo ściśniętej za gardło.&lt;br /&gt;Nie reanimowano tego fioletowo-balonogłowego mężczyzny. Tylko migała jakaś lampeczka na aparaturze, na którą uważnie patrzyły ratowniczki.&lt;br /&gt;Nieliczni ludzie przystawali, żeby zobaczyć, o co chodzi...&lt;br /&gt;Odwróciłam głowę. Świeciło późnolistopadowe słońce, a mężczyzna nie żył. Jeden z tysiąca zmarłych w tej chwili. Dziesiątek tysięcy. Setek tysięcy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A teraz tak na dowiedzenie mojego stwierdzenia, że pisać można o wszystkim. Na prośbę pewnego osobnika, o ;P&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Odpoczywał, leżąc w ciemnościach i wpatrując się w nierównomierną plamkę światła za włochatą zasłoną. Było mu przyjemnie ciepło. Tak cicho, tak spokojnie, a obok te jej upajające kształty, w których można było się zanurzyć, wejść w nie...&lt;br /&gt;Kształt miał opływowy. Jego barwa przechodziła od mdłego niebieskiego do bardzo mocno spranej żółci.&lt;br /&gt;Ciemność skrywała napis na jego boku: VENOŻEL.&lt;br /&gt;Nagle coś przesłoniło światełko i usłyszał rozdzierający bębenki szelest. Brutalnie pochwycono go w pasie i uniesiono, podczas gdy usiłował się wyrwać na wolność. Wiedział, co się stanie - i skomlał ze strachu. Miotał się, lecz bezlitosna dłoń już złapała go za głowę, po czym ją odkręciła.&lt;br /&gt;Widział swój długi, śrubowaty pysk, nigdy się niezamykający. Zanim odłożono jego głowę na półkę, w gardle podrapało go od ostrego, palącego jak popiół powietrza. Pierwsze oddechy były najgorsze...&lt;br /&gt;Poczuł w pasie uścisk o sile imadła i zebrało się mu na wymioty. Widział teraz spód półki nad sobą, lecz czuł, jak w oddzielonym ciele, przez gardło przesuwają się śliskie rzygowiny. Spoczęły na skórze. Na skórze cuchnącej wrogiem. Jakąś tandetną Niveą z Biedronki. Albo z Lidla, co gorsza.&lt;br /&gt;W Venożelu zawrzała furia. Przez nieistniejące neurony przemknęły informacje; tubka spięła się; z pyska bluznęła kolejna struga wściekłych rzygów. Dosłownie wściekłych. Jaźń przeskoczyła...&lt;br /&gt;I już był na skórze. Widział mech drobnych włosków, w oddali zmieniającą się w wysokie trawy, niektóre o pokręconych źdźbłach. Już węszył, już ruszył, z żądzą mordu przelewającą się w kluskowatej, białej wydzielinie ciała.&lt;br /&gt;Wtedy usłyszał dźwięk, który przeciągał się, jakby miał trwać do końca świata. Venożel nie rozumiał komunikatu istoty, którego upiorne natężenie zawibrowało w całym jego pasku. Popełzł rozwścieczony; zadrżał, kiedy tubka odbiła się od podłogi...&lt;br /&gt;- O ty skurwielu! - wrzasnął mężczyzna, gdy pasek maści popełzł po jego ramieniu jak groteskowa gąsienica. - Spierdalaj!&lt;br /&gt;Usiłował to strzepnąć, bez skutku. Z całej siły złapał rękę dłonią w rękawie, lecz Venożel poruszył się obrzydliwie pod materiałem. Mężczyzna wydał z siebie pełne obrzydzenia "łuuuea!", po czym złapał grubą książkę i zdzielił się nią w rękę.&lt;br /&gt;Ciało Venożelu przeszył dreszcz. Ból go oślepił. Jedno uderzenie, drugie, wszystko się zaćmiewało, bledło, obraz półki widzianej od dołu migotał...&lt;br /&gt;Mężczyzna tłukł na oślep, dysząc. Rękę miał czerwoną jak dupa po praniu, ale nie ustawał. Maść już dawno stała się oślizgłym kleksem.&lt;br /&gt;Nie widział, jak tubka na podłodze zadygotała i skręciła się niczym zdeformowany korkociąg.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-2028196702991248409?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/2028196702991248409/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=2028196702991248409' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/2028196702991248409'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/2028196702991248409'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2009/11/misz-masz.html' title='Misz-masz.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-7559928658854123820</id><published>2009-11-15T22:13:00.005+01:00</published><updated>2010-01-22T23:03:58.109+01:00</updated><title type='text'>O cudzej radosze?</title><content type='html'>Ta niedziela nie była w żaden sposób szczególna. Ani przez datę, ani przez pogodę, ani przez jakieś wydarzenie. Była jedną z tych niedziel, które można wspomnieć jako jeden z ostatnich ciepłych, listopadowych dni.&lt;br /&gt;W powietrzu unosiła się wilgoć po niedawnej mżawce, wraz z tym swoim przyjemnym zapachem. Mokre liście lepiły się mi do butów, zalegając oklapłymi, brudno brązowo-czerwono-żółtymi kupami. Nierówna powierzchnia jezdni czasami odbijała promień wczesnego słońca.&lt;br /&gt;Szłam sobie tą spokojną drogą, w sumie nie myśląc o niczym ważnym. Ot, takie rozmyślania bez ładu i składu. Wyobrażanie sobie a to głupot, a to kompletnie nierealnych wizji; a to grafomańskie myśli pod tytułem Co By Tu Napisać?.&lt;br /&gt;Nastrój miałam dosyć pogodny. Lubię niedzielne poranki, kiedy jeszcze wszyscy albo śpią, albo nie wyszli na zewnątrz i wszędzie jest tak cicho, tak pusto. Na dodatek ten zapach deszczu. Jesień nie jest brzydka, niby-wymieranie świata też jest ładne. Zresztą: co złego w niezielonych liściach? W łysych drzewach?&lt;br /&gt;A więc szłam sobie tą spokojną drogą...&lt;br /&gt;Niedaleko przede mną trzy psy bawiły się przed bramą serwisu wymiany opon. Znam je z widzenia: trzy wielkie psy, zwykle ujadające wściekle, ilekroć ktoś przechodził koło bramy.&lt;br /&gt;Teraz pozwoliłam sobie na lekki uśmiech. Największy z nich, rudy, merdał ogonem jak szczeniak bawiący się ukochaną, już prawie rozwalającą się zabawką. Wyglądało to tak pociesznie... Uznałam, że nie będę przechodzić na drugą stronę ulicy, w końcu nie powinny się rzucić.&lt;br /&gt;Okazało się, że jeden z psów był obcy, bury, podobny do wilczura, a pod bramą pałętał się jeszcze jakiś mały kundel.&lt;br /&gt;Na glinianym podjeździe leżały porozrzucane kępki futra wyglądające jak maskotki albo skrawki sztucznej, niedźwiedziej skóry. Rudy pies właśnie radośnie skoczył łapami na wilczurowatego, tarmosząc go za kark. Drugi, niebiorący udział w rozrywce, prześlizgnął się pod bramą na plac.&lt;br /&gt;Prawie się z nimi zrównałam - i wtedy to do mnie dotarło. To nie maskotki. To nie zabawa.&lt;br /&gt;Zrobiło mi się słabo i zatoczyłam się jak pijana. Futro przesiąknięte krwią. Jego porozrzucane kupki trzymały się kawałków błyszczącego, czerwonego mięsa. Patrzyłam, oniemiała ze zgrozy. Odgryzł mu ogon! Ten pieprzony, zasrany bydlak odgryzł mu pieprzony ogon!&lt;br /&gt;Kikut nad psią dupą sikał krwią.&lt;br /&gt;Czułam, jak w momencie śniadanie w moim żołądku staje się czymś strasznie ruchliwym i maniakalnie usiłującym wydostać się na wolność. Wszystko stało się nierealne, jak oglądane przez dno butelki.&lt;br /&gt;Mały kundel oderwał uwagę od sceny i podbiegł do mnie, zaczynając ujadać. Aż sama poczułam, jak stałam się trupio blada z przerażenia. Zostawi tamtego - zadudniło mi w głowie. - Zostawi tamtego i się na mnie rzuci. Ten pierdolony morderca go zostawi i się na mnie rzuci.&lt;br /&gt;Chyba tylko siłą rozpędu nadal szłam, choć zdawało mi się, że stoję w miejscu. Nogi miałam sztywne; poruszałam się na podobieństwo kukły w rękach amatora. Nie mogłam odwrócić wzroku od rudego psa, który zatopił kły w szyi leżącego wilczura i zarzucał łbem, jakby trzymał w szczękach ścierkę. Merdał ogonem. To było najgorsze. On merdał ogonem, zwykła zabawa, ja wiem, że zwierzęta czują, może nie tak, jak my, ale przewyraźnie dzika, zwierzęca uciecha emanowała z jego pyska. On merdał ogonem. Tak po prostu.&lt;br /&gt;Dotąd myślałam, że walki psów są pełne jazgotu, warczenia i zwierzęcej furii. Ta była cicha. To nawet nie walka. Wilczur tylko leżał z obłędem w ślepiach, ziając. Sztywno wyciągał łapy, jakby chciał odepchnąć kata, ale jedynym efektem było ich podskakiwanie przy każdym szarpnięciu.&lt;br /&gt;W końcu zdołałam się odwrócić. Kundel wciąż ujadał, a ja błagałam, żeby nagle nie usłyszeć ciężkich łap za sobą i nie poczuć ich uderzenia na plecach. Nie poczuć cuchnącego krwią oddechu i jego ciepła na karku. Bałam się kurewsko, a psy czuły strach. Zawsze rodzice mówili, jak byłam mała i mogłam spotkać po drodze wielkiego, złego psa: "Nie bać się. One czują. Atakują, kiedy czują strach."&lt;br /&gt;Teraz wydało mi się to absurdalne. Nie bać się?&lt;br /&gt;Szłam, patrząc przed siebie niewidzącym wzrokiem. W ustach miałam już sucho i coraz bardziej chciało mi się rzygać.&lt;br /&gt;Nie od razu uświadomiłam sobie, że cienkie szczekanie ucichło. Odważyłam się zerknąć za siebie. Rude bydlę nadal tłamsiło wilczura, merdając ogonem.&lt;br /&gt;Cały czas merdał tym pieprzonym ogonem. W całym wspomnieniu dominuje to merdanie ogonem. I drugi ogon - zakrwawiony, leżący metr od właściciela.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na mardżinesie:&lt;br /&gt;Niedomówienia śmierdzą.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-7559928658854123820?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/7559928658854123820/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=7559928658854123820' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/7559928658854123820'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/7559928658854123820'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2009/11/o-cudzej-radosze.html' title='O cudzej radosze?'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-5004650178011685330</id><published>2009-11-13T22:06:00.002+01:00</published><updated>2009-11-13T22:18:28.793+01:00</updated><title type='text'>Takie tam widzenia.</title><content type='html'>Te opisy śmierdzą. Były już gotowe, tylko padł komputer i przepadły.&lt;br /&gt;A drugi raz nie da się napisać tak samo...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kółek było troje.&lt;br /&gt;Były stare i pordzewiałe. Przytwierdzono je do wręcz przedwojennego, w równie opłakanym stanie stelaża, na którym spoczywała ona - wanna.&lt;br /&gt;Idealnie pasowała do reszty. Zacieki na jej ścianach tworzyły graficzne stalaktyty. Brzegi znaczyły szczerby, a jednemu z nich brakowało sporego kawałka. Kran pokrywała tak gruba warstwa kamienia, że przypominał ołówek z podstawówkowych doświadczeń krystalizacji soli.&lt;br /&gt;Ta wanna stała na ulicy na skrzyżowaniu.&lt;br /&gt;Eskortowali ją trzej mężczyźni, którzy także świetnie wpasowali się w swoje nieświadome role. Ich zmiętolone, brudne ubrania sugerowały, że roztaczają woń niezbyt przyjemną i to na całkiem niemałą odległość.&lt;br /&gt;Mężczyźni gawędzili beztrosko, zerkając w górę i czasami rzucając jakiś sprośny żart.&lt;br /&gt;W końcu światła sygnalizacyjne zmieniły się na zielone i zaryczały silniki samochodów. Kierowcy wanny wydali z siebie zgodne "No to hop!, dajemy ją!", po czym pojazd ruszył.&lt;br /&gt;Troje starych, pordzewiałych kółek skrzypiało przeraźliwie, niczym drzwi stworzone z myślą o zmaksymalizowaniu skrzypienia wywołującego ciarki na plecach. Przechodnie odprowadzali wannę i jej kierowców zdegustowanym wzrokiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ludzie gapią się na wszystko. Negują wiele...&lt;br /&gt;Gapili się na mężczyzn z wanną, jakby ujrzeli różowego słonia z pedalskimi skrzydełkami, którym przecież nie byli.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;                                       ***&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Panowała ciemność; nie jedna z tych określanych jako "absolutna", "czarniejsza niż kawa" czy też "tak intensywna, że zdająca się fizycznie napierać". Ciemność absolutna? Ciemność czarniejsza niż kawa co brzmi kiepsko? Ciemność tak intensywna, że zdająca się fizycznie napierać?&lt;br /&gt;Miała w sobie coś po trochu z każdego, ale była inna.&lt;br /&gt;W powietrzu wisiała mgła.&lt;br /&gt;Ją z koleji można opisać w bardziej poetycki sposób, na przykład poprzez porównanie do zawiesistej kaszki dla dzieci. Sprawiała wrażenie, że gdyby zacisnąć palce w powietrzu, zostałyby na nich strzępy podobne do waty cukrowej.&lt;br /&gt;Droga wiodła pomiędzy wysokimi drzewami po lewej stronie i chybotliwą siatką po drugiej. Jezdnia wybrzuszała się jak gęsto wyłożona sierżantami, tak poznaczona dziurami i wystającymi plamami asfaltu.&lt;br /&gt;Nie oświetlały jej żadne lampy; żadne, oprócz jednej, jedynej przy cegielni przy samym początku drogi.&lt;br /&gt;Nogi bolały po godzinnym marszu, a jeszcze miały do pokonania ten odcinek pod górkę. Nagabywała obawa przed ciemnością, lecz póki co nie była zbyt silna - czasami przejeżdżało jakieś auto, a w tyle, jak latarnia, była zbawienna lampa.&lt;br /&gt;Ciemność przez mgłę zdawała się lekko śnieżyć. Pochłaniała zakręt i czerwono-biały drogowskaz wskazujący kierunek jazdy, i chroniący kierowców przed zaryciem do rowu.&lt;br /&gt;Chrzęst-chrzęst, to żwir pod stopami. Zapadła cisza, pomijając ten odgłos. Słuch podsunął zdradzieckie chrupotanie kamyków gdzieś z tyłu, ale droga pozostawała niezmiennie pusta. Robiło się coraz goręcej. Rękawiczki, czapka i arafatka skutecznie nie dawały odczuć choćby łaskotania wiatru.&lt;br /&gt;Serce biło coraz szybciej, w miarę zbliżania się do zakrętu. I znowu chrzęst, i znowu pusto. Wydłużenie kroku. Wyboiste pobocze porośnięte kępkami trawy. Prawa, lewa noga, prawa, lewa.&lt;br /&gt;Blask lampy w końcu zniknął za drzewami i teraz czekał odcinek pomiędzy dwoma zakrętami drogi; kompletnie pozbawiony lamp, z kępami drzew po bokach, ogrodzony z jednej strony stromym wzniesieniem. Nawet nie wiadomo, czy się wolało, żeby coś przejechało, czy też nie.&lt;br /&gt;Zmysły szybko zaczynają szwankować, pozbawione bodźców. Mózg odbiera jedynie jednostajny chrzęst żwiru niewyczuwalnego przez grube podeszwy butów. Wzrok płata figle. Zdaje się, że z tyłu napływa światło reflektorów samochodu, nawet słuch podsuwa odgłos silnika, lecz okazuje się, że nic nie nadjeżdża. Ciemność przeplata się z urojoną jasnością. Chwilami naprawdę można dojrzeć w tych upiornych błyskach bieli gałęzie drzew i trawę na poboczu, i dziury w asfalcie.&lt;br /&gt;Słysz się za sobą chrzęst-chrzęst kamieni i przez to obraca gwałtownie. Wszystko rozmywa się przed oczami, więc może jedna z ciemnych plam we mgle to czyjaś sylwetka? Wszystko się mieni, wszystko głuche, wszystko obłapia i uciska. Ślepa, zwierzęca panika uderza do głowy. W uszach dudni, serce bije tak mocno, że jego bicie zdaje się rozbrzmiewać po okolicy.&lt;br /&gt;Deprywacja zmysłów jest nie do zniesienia. Zapomina się, gdzie się jest, po co się przebiera nogami, po co się tu jest, nawet to, jak się nazywa...&lt;br /&gt;Kolejny zakręt i do uszu dotarł prawdziwy dźwięk nadjeżdżającego samochodu. Z przodu był kościół, czyli światło. Z ulgi chciało zmiażdżyć płuca.&lt;br /&gt;Rozbłysły reflektory, wyłaniając uspokajające szczegóły otoczenia. Auto przejechało bez zatrzymania. Po chwili przyspieszonego marszu zza drzew wyłoniła się bryła kościoła i szereg lampy wzdłuż podjazdu.&lt;br /&gt;Wtedy do świadomości przedostaje się wyczerpanie i palący ból w nogach. Dostrzega się, jak strasznie jest zimno i że para ulatuje z ust. Oddech wydobywa się ze świstem.&lt;br /&gt;Pomimo minionej grozy kościół wzbudzał fascynację. Rzucając do góry sztucznej barwy światło, wyglądał jak pogrążony w morskich odmętach. Zasnuwała go gęsta mgła, migocząca w jego wręcz aurze.&lt;br /&gt;Przejechało kolejne auto. Zza wzniesienia górki wyłonił się przystanek. Zagrożenie mija i człowiek o nim zapomina? Niekoniecznie.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-5004650178011685330?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/5004650178011685330/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=5004650178011685330' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/5004650178011685330'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/5004650178011685330'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2009/11/takie-tam-widzenia.html' title='Takie tam widzenia.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-3594673602859820647</id><published>2009-11-02T21:44:00.002+01:00</published><updated>2009-11-05T21:49:14.386+01:00</updated><title type='text'>Zlepek myśluf.</title><content type='html'>Samochód jechał wystarczająco szybko, żeby jezdnia rozmywała się jako szara smuga, ale nie na tyle, żeby światełka odblaskowe na słupkach na poboczu zlały się w czerwoną linię.&lt;br /&gt;Z głośników spływała melodia jakiegoś klasycznego przeboju, jednego z tych, które zna się nie wiadomo skąd. Matka nierytmicznie stukała palcami o kierownicę. Córka wżerała się coraz głębiej w fabułę czytanej książki.&lt;br /&gt;- Możesz na chwilę przerwać? – Uniosła głowę, gdy matka się odezwała.- Tak sobie myślałam... Może zrobić coś sobie z włosami?&lt;br /&gt; - No, mówiłam ci już wcześniej o tym. Czemu nie?- Dziewczyna oderwała wzrok od książki. &lt;br /&gt;Stalowoszary Chrysler właśnie wyprzedził ich samochód. Smukłe auto pędziło bardzo szybko, a mimo to zdawało się sunąć jak nóż przez masło.&lt;br /&gt; - Co za kupa - mruknęła córka, gdy ich samochód podskoczył lekko na nierównym asfalcie. – Raz jechałam nowym Mercedesem. To w porównaniu z tym, to jak gładkość lotu samolotem przy jeździe na składaku po takich gównianych drogach.&lt;br /&gt; - Co na to poradzić, nic...&lt;br /&gt; - Ano, nic – przyznała.&lt;br /&gt; Licznik pokazywał osiemdziesiąt kilometrów na godzinę.&lt;br /&gt; Dziewczyna patrzyła na dłubiącego w nosie faceta w starszym Oplu, którego wyprzedziły. Zabrała się za książkę, ale jakoś wybiła się z rytmu i słowa ‘He looked as though he were going to...‘ błąkały się jej po głowie niczym owieczki.&lt;br /&gt; Gapiła się przed siebie. Dojeżdżały do skrzyżowania. Światła sygnalizacyjne były czerwone.&lt;br /&gt; Strzałka licznika nadal wskazywała osiemdziesiąt kilometrów na godzinę.&lt;br /&gt; Córka tępo patrzyła na rosnącą plamę czerwonego światła. Czerwone światło – pomyślała mętnie. Zerknęła na mamę, obojętnie skupioną na jeździe. - Aa, co ja jej będę mówić...&lt;br /&gt; Myśli zasnuwał jej jakiś kokon dziwnego oszołomienia...&lt;br /&gt; Światła przemknęły nad nimi i nagle otworzyła usta. W tym samym momencie matka ze zduszonym okrzykiem wdusiła hamulec i samochód szarpnął się. Obie w panice spojrzały w prawo i oślepił je blask reflektorów. Dopiero teraz usłyszały ryk zagłuszony przeraźliwym darciem opon o asfalt.&lt;br /&gt; Potem był tylko ogłuszający trzask, gdy rozpędzony TIR wyrżnął w bok auta.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chłopak opierał się o futrynę, wywracając oczami i ostentacyjnie wzdychając ze zniecierpliwienia.&lt;br /&gt; - Ty... gnoju! – wrzasnęła matka. W przeciwieństwie do syna żyły wystąpiły jej skronie, a policzki nabiegły krwią. Oczy wyglądały, jakby zamierzały wyskoczyć jej z orbit. – Jak mogłeś! Ty parszywy... Podły... Gnido!&lt;br /&gt; Słowa ją zawiodły. Zaczęła chodzić w kółko po pokoju, sapiąc jak oszalały nosorożec. Syn beznamiętnie wodził za nią oczami.&lt;br /&gt; - I żadnej skruchy! – wybuchła na powrót matka. – Wynoś się, ty skurwysynu...!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I w tymże momencie zakończę relację.&lt;br /&gt;Skurwysyn = syn kurwy = słowo, którego rozsądna rodzicielka nie powinna użyć.&lt;br /&gt;Skurwysyn – zchujacórka? (:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Bez podtekstów ani żadnych odniesień. Tak mnie jakoś „natchnęło” to ładne słowo stworzone poprzez inwersję „wiele skór”.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Cha. Czemu nie ma urządzenia do zapisywania myśli, ich pierwotnej, doskonałej postaci? D:&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-3594673602859820647?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/3594673602859820647/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=3594673602859820647' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/3594673602859820647'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/3594673602859820647'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2009/11/zlepek-mysluf.html' title='Zlepek myśluf.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-7210554642908525945</id><published>2009-10-16T21:42:00.004+02:00</published><updated>2009-10-16T23:00:41.338+02:00</updated><title type='text'>Ciapong.</title><content type='html'>Niebo było szare.&lt;br /&gt;Płatki śniegu lawirowały w powietrzu. Ciemne, martwe drzewa nie były ponure, a jedynie miażdżąco bezpłciowe. Bezpłciowo szaro-ubraniowi ludzie przechodzili obok nich, chyląc głowy przed prószącym śniegiem.&lt;br /&gt;Do przejścia pod torami wiodły kamienne schody. Oblegały je kupki brudnego śniegu, stare papiery i wręcz ornamenty ze szkła po butelkach z piwem. Roje rysunków i pseudoartystycznych podpisów pokrywały plastikowe szyby.&lt;br /&gt;Przejście pogrążone było w półmroku przeciętym pasem światła. Plusnęło, gdy stopa zanurzyła się po kostkę w wodzie. Miarowy chlupot obijał się o ściany pokryte obscenicznym, koląco kolorowym graffiti&lt;br /&gt;Brodzący ludzie wyglądali jak groteskowe kukły.&lt;br /&gt;Schody w górę pokrywało coś łudząco podobne do szlamu; u szczytu śnieg zaległ cieniutką warstwą.&lt;br /&gt;Peron był nietypowo zatłoczony. Po drugiej stronie torów, gdzie zawsze panoszyły się pustki, teraz tłoczyli się ludzie. Zaczynały się rozmowy, które szybko cichły. Tablice informujące o przyjazdach pociągów były puste.&lt;br /&gt;Czas mijał boleśnie powoli. Mróz kąsał bezlitośnie, a wiatr chciał zedrzeć nieosłoniętą skórę. Z narastającą frustracją zerkano na zegarki, pocierano dłońmi o siebie, wzdychano i dreptano w miejscu dla ogrzania się. Dziewczyny kuliły ramiona, wyglądając znad grubych szalików. Mężczyźni chuchali na dłonie, ze złością patrząc wzdłuż torów. Większość kobiet, którym nie znudziło się plotkowanie, łapała za telefony i rozmawiała głosami pełnymi niepokoju. Powietrza ani razu nie rozdarł okropny, skrzekliwy głos ogłaszający przyjazd pociągu.&lt;br /&gt;Mimo wszystkich tych odgłosów peron sprawiał wrażenie grobowo cichego, martwego i nieruchomego.&lt;br /&gt;W pewnym momencie rozległ się zgrzyt. Torami toczył się jakiś pociąg.&lt;br /&gt;Ludzie stłoczyli się przy brzegu peronu, wyglądając jeden zza drugiego. Niektórzy od razu się rozpromienili. Lodowaty wiatr targał ubraniem i wyciskał łzy z oczu, gdy zbawienie powoli się zbliżało.&lt;br /&gt;Pociąg w końcu nadjechał i zatrzymał się z udręczonym zgrzytem. Stęknął - i znieruchomiał.&lt;br /&gt;Ludzie gapili się na jego oblodzone wagony. Mróz skuwał szyby i drzwi, zmieniając wściekle czerwony lakier w mdły czereśniowy. Reflektory lokomotywy spoglądały jak ślepia monstrualnego owada.&lt;br /&gt;W środku nie było nikogo.&lt;br /&gt;Wszyscy usiłowali dojrzeć coś w ciemnych przedziałach, ale bez skutku. Pociąg trzeszczał cicho, jak mający pęknąć Titanic.&lt;br /&gt;- I co teraz? Podstawili i nie otworzą - dało się usłyszeć absurdalne wypowiedzi. Wszyscy przepychali się przy wejściach, wyciągając szyje, ale nikt nie odważył się podejść bliżej. - Dokąd to jedzie jak przyjechał mamo zimno chodź kochany co jest kurwa zaraz pierdolnę...&lt;br /&gt;Nagle z wnętrza pociągu dobiegł przeciągły, głuchy jęk. Jednocześnie z linii trakcyjnych posypały się drobinki śniegu. Ludzie pospiesznie odsunęli się od maszyny.&lt;br /&gt;Jęk przybierał na sile. W górze zatrzeszczały sieci, napinając się... Pociąg zdawał się rosnąć w oczach, pęcznieć, kondensować w sobie rzeczywistość. Wiatr wzmagał się, wiejąc ku niemu, bez ostrzeżenia przerodził się we wściekłe uderzenie - i ustał.&lt;br /&gt;Powietrze rozdarł odgłos trzaśnięcia biczem i linie trakcyjne pękły jak struny gitary.&lt;br /&gt;Pociąg zachybotał się, po czym powoli, w jakby spowolnionym tempie przewalił się na bok. Huk boleśnie rąbnął w uszy. Zadrżała ziemia.&lt;br /&gt;Podwozie maszyny eksplodowało. Buchnął grzyb ostrych, migoczących kryształków lodu, które uniosły się. Ich odbicia lśniły w oczach gapiących się ludzi. Niektórzy na łeb, na szyję rzucili się ku schodom albo zeskoczyli z peronu i skulili się przy nim. Chmura lodu pomknęła z cichym iiizgiem!.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie. Nie taki będzie koniec.&lt;br /&gt;Niebo  lawirowały martwe przechodzili pod ornamenty plastikowe szyby w półmroku kostkę chlupot groteskowe szlamu zatłoczony panoszyły cichły puste boleśnie zedrzeć dreptano szalików chuchali głosami skrzekliwy wszystkich zgrzyt toczył wyglądając rozpromienili z udręczonym stęknął oblodzone wściekle reflektory nikogo bez skutku mający co ? otworzą absurdalne odważył się mamo przeciągły trakcyjnych maszyny przybierał zatrzeszczały kondensować ku biczem zachybotał się w uszy ziemia.&lt;br /&gt;Podwozie maszyny otworzyło się jak stokrotka. W powietrzu rozniósł się smakowity zapach mięsa i pieczywa, a do uszu spłynął gwar rozmów i szczęk sztućców. Po chwili na peron wysypała się kolorowa chałastra, chichocząca i szturchająca się wzajemnie. Zdawała się składać z czapek z dzwonkami, jadowicie zielonych kalesonów, butów z zadartymi noskami, idiotycznych bluzek na guziczki-biedronki i czasami jakiejś wątłej kończyny.&lt;br /&gt;Na czele stanął gruby niby-ludź o rumieńcach na zielonkawej twarzy i błyszczących oczach. Uśmiechał się nieprzytomnie, wyciągając dłoń z podejrzanie wyglądającą butelką.&lt;br /&gt;- A...n... Ik!... G... u... e... Ik! - mówił coś niezrozumiałego, podkskakując przy każdym czknięciu - ... H...? Ik!&lt;br /&gt;Pociągnął solidny łyk. Jego orszak wybuchnął śmiechem i zawirowały jakby oleiste włosy, i zabłyszczały oczy.&lt;br /&gt;Ludzie patrzyli na to jak porażeni gromem. Grubas wlepił w nich małe oczka, mrugając zawzięcie. Po chwili wydał z siebie bardzo zrozumiałe "Aaaa!", żachnął się i machnął na pobrytamców. Zadźwięczały butelki i wszystkich wchłonął wir jadła, zapachów i wielu rzeczy, o jakich mówienia na ogół się unika.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A na zakończenie taki mały cycacik, usłyszany w cudownej szatni od wuefu:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;"Małe jest do kochania, duże do roboty."&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Bardzo przypadło mi to do gustu :D&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-7210554642908525945?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/7210554642908525945/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=7210554642908525945' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/7210554642908525945'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/7210554642908525945'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2009/10/ciapong.html' title='Ciapong.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-6847681598280859620</id><published>2009-09-25T21:55:00.007+02:00</published><updated>2009-09-28T22:29:40.252+02:00</updated><title type='text'>Pan Brzechwa się obrazi?</title><content type='html'>&lt;p style="text-align: left; font-style: italic;" class="MsoNormal"&gt;  &lt;/p&gt;&lt;p class="MsoNormal"&gt;Lubię bawić się słowami, tak, słowami, bo jęzorem mogłoby źle zabrzmieć. Pod ostrzał poszła niewinna bajeczka pe &lt;span style="font-size:78%;"&gt;kropka&lt;/span&gt; Brzechwy. Z moim własnym &lt;span style="font-size:78%;"&gt;drugorzędnym, nieistotnym i niewidocznym&lt;/span&gt; morałem: fizyka nieładnie pachnie :)&lt;/p&gt;  &lt;p style="text-align: left; font-style: italic;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style=""&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: center; font-style: italic;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style=""&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: center; font-style: italic;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: center; font-style: italic;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style=""&gt;Pojechał &lt;st1:personname st="on"&gt;Michał &lt;/st1:personname&gt;pod Częstochowę,&lt;br /&gt;Tam kupił buty siedmiomilowe.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co stąpnie nogą - siedem mil trzaśnie,&lt;br /&gt;Bo &lt;st1:personname st="on"&gt;Michał &lt;/st1:personname&gt;takie buty miał właśnie.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Szedł pełen dumy, szedł pełen buty,&lt;br /&gt;W siedmiomilowe buty obuty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W piętnaście minut był już w Warszawie:&lt;br /&gt;"Tutaj - powiada - dłużej zabawię!"&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Żona spojrzała i zapłakała:&lt;br /&gt;"Już nie dopędzę mego Michała."&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzieci go ciągle tramwajem gonią,&lt;br /&gt;A on już w Kutnie, a on już w Błoniu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wybrał się &lt;st1:personname st="on"&gt;Michał &lt;/st1:personname&gt;z żoną do kina,&lt;br /&gt;Lecz zawędrował do Radzymina.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chciał starszą córkę odwiedzić w mieście,&lt;br /&gt;Adres - wiadomo - Złota 30.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Poszedł piechotą, bo było blisko,&lt;br /&gt;Trafił na Złotą, ale w Grodzisku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Raz się umówił z teściem na rynku,&lt;br /&gt;Zanim się spostrzegł - był w Ciechocinku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Pobiegł z powrotem, myśląc, że zdąży,&lt;br /&gt;I wnet się znalazł na rynku... w Łomży.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Chciał do Warszawy powrócić wreszcie.&lt;br /&gt;Ale co chwila był w innym mieście:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W Kielcach, w Kaliszu, w Płocku, w Szczecinie&lt;br /&gt;I w Skierniewicach, i w Koszalinie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie mógł utrafić! Więc pod Opocznem&lt;br /&gt;Jęknął żałośnie: "Tutaj odpocznę!"&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Usiadł i spojrzał ogromnie struty&lt;br /&gt;Na swoje siedmiomiliowe buty,&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zdjął je ze złością, do wody wrzucił&lt;br /&gt;I na bosaka do domu wrócił.&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;p style="text-align: center; font-style: italic;" class="MsoNormal"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: center; font-style: italic;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p style="text-align: center; font-style: italic;" class="MsoNormal"&gt;&lt;span style=""&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;                        &lt;p class="MsoNormal"&gt;&lt;span style=""&gt;&lt;o:p&gt; &lt;/o:p&gt;Tamten dzień może powinien być ładny i słoneczny. Tymczasem był szary jak srajtaśma i bezpłciowy jak... no, coś bardzo bezpłciowego. Mimo ogólnej posępności &lt;st1:personname st="on"&gt;Michał  &lt;/st1:personname&gt;wyszedł ze sklepu z piersią tak bardzo, dumnie wypiętą, że poważnie groziło mu to utratą równowagi. Pod pachą wręcz dzierżył pudło niezdarnie zapakowane w smętny, różowy papier. Postawił udręczony kołnierzyk swojej koszuli dla pozornej ochrony przed wiatrem, po czym dziarsko ruszył poza miasto.&lt;br /&gt;Tam, zniecierpliwiony, uwolnił z pudła swoją zdobycz: buty. Czerwone, jakieś takie trochę tandetne, ale &lt;st1:personname st="on"&gt;Michał &lt;/st1:personname&gt;się tym nie przejmował.&lt;br /&gt;Wiedział, jak działają. Każdy krok przenosił o siedem mil. &lt;st1:personname st="on"&gt;Michał &lt;/st1:personname&gt;był takim leniem, że nawet za próg było mu za daleko, więc z takimi perspektywami... Uczyni wielki krok w swoim życiu.&lt;/span&gt;&lt;span style=""&gt; Kiedy wkładał buty, dochodził do już niemal ekstazy.&lt;br /&gt;Odrywał stopę od ziemi, gdy czas jakby zwolnił. Chłopiec nagle poczuł się, jakby próbował biec w przeogromnym kotle pełnym gotującego się kleju. Noga była tak upiornie ciężka...&lt;br /&gt;W chwili, kiedy druga stopa też powinna zacząć odrywać się od ziemi, ze zgrozą stwierdził, że tkwiła nieruchomo jak przyspawana. Ślimak czasu pełzł zbyt powoli, wszystko się rozciągało w nieskończoność; dźwięk stał się zdeformowanym szumem zbuntowanego telewizora, skóra czuła się, jakby coś usiłowało ją zedrzeć, nawet kolor zdawał się lekko rozmywać.&lt;br /&gt;Nastąpiły pierwsze ukłucia bólu w nieruchomej nodze. Serce Michała coraz mocniej tłukło się mu o żebra. Sunął przez ten niebyt, a w sumie to nadal stał...&lt;br /&gt;Przed oczami mu już pociemniało. Ból stawał się nie do zniesienia. Już, już miał wrażenie, że słyszy chrzęst udręczonego stawu i jęk ścięgien. Noga wciąż parła do przodu, nieuchronnie jak dryfujący kontynent. Kości szurały do siebie. Mięśnie rozciągały się jak w żelaznej dziewicy, co zresztą mało się różniło, płonęły przed oczami purpurowymi plamami bólu.&lt;br /&gt;Nagle czas strzelił - w krwistych rozbryzgach zabierając ze sobą nogę chłopca. &lt;st1:personname st="on"&gt;Michał &lt;/st1:personname&gt;wydał z siebie agonalny wrzask.&lt;br /&gt;Upadł na zimną trawę. Nad nim niebo migotało jak w filmie z byle jak posklejanej taśmy. Dygotał, z rozłożonymi rękami, w szoku poruszając ustami. Obłapiało go koszmarne zimno, wszystko było tak odpychające, martwe toczył dziko oczami myśli takie mętne dlaczego krew chlustała z rozerwanych żył i tętnic widział siebie, leżącego nawet nie bez kikuta nogi, a z wielką jamą krwi, mięsa i naczyń wystających jak rurki z wnętrza upiornej machiny w miejscu, gdzie jeszcze chwilę temu miał ciało.&lt;br /&gt;Niebo coraz bardziej plamiła czerń. &lt;st1:personname st="on"&gt;Michał &lt;/st1:personname&gt;w konwulsjach obrócił głowę w bok. Coś tam było – jakie to miało znaczenie? Zamknął oczy i wyobraźnia roztoczyła przed nim obraz samotnej, sterczącej nogi w czerwonym bucie, z krwią barwnie buchającą z tętnic.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zaznaczam, że jest to efekt tylko jakiejś chorej, zbłąkanej iskierki "natchnienia", a nje doóa dży iakihź traómadydżnyh pszerzydź. &lt;span style="font-size:78%;"&gt;Albo paskudnych przezakwasów w udach, ładnie owiniętych różową wstążką, jakimi obdarowały mnie nowe schody, jakkolwiek dziwnie to brzmi ;D&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A żeby nie było tak paskudnie, na zakończenie kawalątko z podręcznika do ruskiego:&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Był sobie pewien profesor i siedział u przyjaciela bardzo długo. Rozpętała się burza, więc przyjaciel zaproponował nocleg. Profesor się zgodził.&lt;br /&gt;Po pewnym czasie gospodarz domu poszedł do pokoju gościa... i tam go nie znalazł. Szukał go i szukał, aż nagle zadzwonił dzwonek u drzwi. Był to profesor w mokrym palcie.&lt;br /&gt;- Gdzie byłeś? - zapytał gospodarz.&lt;br /&gt;- Poszedłem do domu po pidżamę...&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-6847681598280859620?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/6847681598280859620/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=6847681598280859620' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/6847681598280859620'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/6847681598280859620'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2009/09/pan-brzechwa-sie-obrazi.html' title='Pan Brzechwa się obrazi?'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-3190095208313499678</id><published>2009-08-27T21:42:00.006+02:00</published><updated>2009-08-31T22:00:14.167+02:00</updated><title type='text'>"Nie nauczył się to", czyli wpadki.</title><content type='html'>Treść dzisiejszej notki będzie niezwykle adekwatna do opisu.&lt;br /&gt;Z góry uprzedzam, że wszystkie zamieszczone tu materiały posiadają prawa autorskie. Mają wręcz etykietkę z koślawym "Wszystkie prawa zastrzeżone". Wszyscy wiemy, czym grozi przywłaszczanie ich sobie czy też kopiowanie.&lt;br /&gt;Dlatego z roztropnością szaleńca je opublikuję&lt;span style="font-size:78%;"&gt; i będą takie cycate w cycacikach, nikt się nie doczepi, nawet nieszczęśni autorzy&lt;/span&gt; bo są autentyczne i przez to słodkie :D&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ja pójdę na pierwszy ogień.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;"На́&lt;span style="font-size:130%;"&gt;щ&lt;/span&gt;а кóмната" a "На́&lt;span style="font-size:130%;"&gt;ш&lt;/span&gt;а кóмната", czyli ruski mojego autorstwa tudzież Szukaj Dziury W Całym czy jakoś tak. Dałam Wam minimalne powiększenie. Różnica subtelna, jakby srak naptakał, ale nie subtelna dla Polaka. Wymowa kolejno /naszcza komnata/ i /nasza komnata/ - do refleksji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Эmo эмo&lt;/span&gt;, czyli spłodzone w mojej głowie emo. &lt;span style="font-style: italic;"&gt;To jest emo&lt;/span&gt;. Pamiętajcie, tego podręczniki nie uczą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Buкmop&lt;/span&gt; znów w pisanym. A oznacza "Wiktor", Wiktorki, wydało się, dla rusków jesteście mopy śmierdzące...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;Bucum&lt;/span&gt;, czyli wisi. A zapowiadało się tak bucowato...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I w końcu kwiatek z tego cudownego podręcznika do języka (str. 36, pełna płci. &lt;span style="font-size:78%;"&gt;Dom może z pokojem, konia damy do żyta, a bieliznę rzucimy w pole, co z tego, że to będzie jedyna para homo. Ok, wstawimy w polu okno, jak poszkodowani utworzą trójkątokokokończę :)&lt;span style="font-size:100%;"&gt;)&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;. Wymaga on pewnej wyobraźni przestrzennej, ale wierzę w Was:&lt;br /&gt;"O innych formach [sru-tu, tu] będzie mowa poniżej."&lt;br /&gt;Poniżej jest 1,5 centymetra kartki i przepaść = koniec strony. Ale ciągu dalszego lekcji będę i tak szukała poniżej :)&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Z mego dzieóa:&lt;br /&gt;"Zajął się dążeniem do siądnięcia." &lt;span style="font-size:78%;"&gt;Tego nie skomentuję.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;"Wydał mu się dużo cięższy niż gdy brał go poprzednio". &lt;span style="font-size:78%;"&gt;No ok. Poprawne, ale nie mogłam się oprzeć.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;"... opadał w dół..." &lt;span style="font-size:78%;"&gt;A ja umiem opadać do góry, radocha!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A teraz pasem po dupsku te owieczki, Zenonie!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1&lt;span style="font-size:78%;"&gt;a&lt;/span&gt;. "Nie porównuj mnie do mnie."&lt;br /&gt;2&lt;span style="font-size:78%;"&gt;a&lt;/span&gt;. "On pomógł dużo ludzi."&lt;br /&gt;3&lt;span style="font-size:78%;"&gt;a&lt;/span&gt;. "A ty dokładnie to samo się podśmiewujesz."&lt;br /&gt;4&lt;span style="font-size:78%;"&gt;a&lt;/span&gt;. "Załóż takie, żeby ci były wygodne."&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1&lt;span style="font-size:78%;"&gt;be&lt;/span&gt;. "Ostatnio na basen byliśmy."&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1&lt;span style="font-size:78%;"&gt;ce&lt;/span&gt;. "Pupa musi przyjechać do oparcia krzesełka." &lt;span style="font-size:78%;"&gt;A jak już pupa przyjedzie, to krzesełko organizuje komitet powitalny, są paluszki, orzeszki i mnóstwo uścisków, bo przecież dawno się nie widzieli, nie?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;2&lt;span style="font-size:78%;"&gt;ce&lt;/span&gt;. "Wy natychmiast wyeliminować ten nawyk." &lt;span style="font-size:78%;"&gt;Bo Kali chcieć. A wróbelek też ma jedną nóżkę bardziej od drugiej.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1&lt;span style="font-size:78%;"&gt;de&lt;/span&gt;. "Pociąg osobowy z Tych..." &lt;span style="font-size:78%;"&gt;Tamte są bardziej atrakcyjne. Może i "w domu najlepiej", ale za granicą jest niebezpiecznie. Dżunglasto. Wręcz zakazany owoc, mrr.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;1&lt;span style="font-size:78%;"&gt;e&lt;/span&gt;. "Kartki ze zmarłymi prosimy składać do zakrystii.&lt;span style="font-size:78%;"&gt;" Ja mam wizję tłumów z taczkami sunących do zakrystii!  A znad boków tych taczek wystają bezwładne, zszarzałe dło... Yy.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;6&lt;span style="font-size:78%;"&gt;f&lt;/span&gt;. "Weź se ten krzesełek." &lt;span style="font-size:78%;"&gt;Jeśli weźmiesz krzesło, tak Ci złoję dupsko, że nie usiądziesz ani na nim, ani na moim krzesełeku!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;9&lt;span style="font-size:78%;"&gt;i&lt;/span&gt;. "Czas może, ale nie musi." &lt;span style="font-size:78%;"&gt;Tak samo w szpitalu: moje włosy jakby chciały, ale nie mogły.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I na zakończenie dialożek:&lt;br /&gt;- Nie wiem.&lt;br /&gt;- Skąd wiesz?&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-3190095208313499678?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/3190095208313499678/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=3190095208313499678' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/3190095208313499678'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/3190095208313499678'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2009/08/nie-nauczy-sie-to-czyli-wpadki.html' title='&quot;Nie nauczył się to&quot;, czyli wpadki.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-7199595086019776138</id><published>2009-08-20T23:28:00.003+02:00</published><updated>2009-08-23T22:40:44.889+02:00</updated><title type='text'>Szaro-srajtaśmowo.</title><content type='html'>Łatwo jest pisać o zdarzeniach ważnych, efektywnych albo majestatycznych, wręcz stworzonych do opiewania ich.&lt;br /&gt;A czemu nie ubrać zwykłej szarości w słowa? Wieem, rozbieranie fajne, ale i czasami ubrać też trzeba...&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;Weźmy zwykły dzień. Od tyLka ;D&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Sen?&lt;br /&gt;Ledwie mrugnięcie. Ciemno - zamykasz oczy, po otwarciu jasno, o ile się prześpi całą noc. Mrugnięcie i pożarta część życia...&lt;br /&gt;Zegarek pokazał, że była 5.57. Drzemałam do momentu, aż kościelne dzwony łaskawie nie powitały nowego dnia o 6.30.&lt;br /&gt;Od przebudzenia czułam się, hm, dosłownie ośmiokątna. Kochane problemy z brzuchem. Myślałam, że będę zmuszona się turlać jak piłka, ale na szczęście jakoś nogi mnie niosły.&lt;br /&gt;W sumie do godziny jedenastej nie działo się nic szczególnego. Opisywanie odwiedzin w łazience i innych domowych pomieszczeniach jest typowe dla ambitnych opek, gdzie bohaterki są ę, ą i cacy. Bądź jazzy.&lt;br /&gt;Około właśnie jedenastej z gwałtownością wojownika palącego się do bitwy przyodziałam starą koszulkę i dżinsy, w których po uparciu się mogłabym popływać, po czym razem z bratem udaliśmy się do podziemnej groty. Z niemałym wysiłkiem odsunęliśmy wrota jednej z komnat, a tam w ciemności połowiłam ręką pajęczyny.&lt;br /&gt;Pstryk i światłość nastała. Stanęliśmy oko w oko z dosłownie ścianą rupieci.&lt;br /&gt;Była to intrygująca ściana. Stare odkurzacze, miksery, wiertarki, a właściwie coś, co z nich pozostało. Archaiczne garnki pełne kabli. Połamane panele i deski. Szafki. Rower w stanie tak opłakanym, że trzeba by każdemu zapłacić, żeby go wziął.&lt;br /&gt;Po prostu wszystkie graty, jakie można sobie wyobrazić.&lt;br /&gt;Spędziliśmy pouczające 2 godziny w obłokach kurzu. Ba, to była wręcz burza kurzowa. Zawarliśmy interesujące znajomości z pudłami pełnymi śmieci, butwiejących gazet, wręcz skamieniałych denaturatów, całych kolonii zabawek bez rączek czy nóżek, a nawet podejrzanych przedmiotów łudząco podobnych do pojemników na kupę. Z tych niezwykle bliskich spotkań wyszłam z paznokciami w stanie opłakanym, choć absolutnie nie jestem pasjonatką tipsów i te pe - pamiętajcie, drogie dzieci, że wysypywanie drobnej zawartości wiadra na piwniczną podłogę i następnie zgarnianie jej z powrotem dłońmi to nie najlepszy pomysł.&lt;br /&gt;Chwili wytchnienia opisywać nie będę. Nie będę opiewać leżenia na łóżku, bo by się to wszystko rozwinęło jak papier mola.&lt;br /&gt;Potem był wypad z kumpelą. Ale, ale, po drodze! Odkryłam, że niektórzy mężczyźni zwyczajnie nie mają albo wyczucia gustu, albo mają bardzo niskie wymagania. Kicałam w swych trampkach w białe kropki, z różowymi sznurówkami, z włosami w pięknym kucyku z racji mojego niechcieja, który odwiódł mnie od ich umycia.&lt;br /&gt;Usłyszałam coś jakby "ksz, ksz". Obejrzałam się, a w korku toczył się jakiś Polonez, w którym tłoczyło się czterech panów. Mieli imponujące szyberdachy i jeszcze bardziej imponujące mięśnie, zwłaszcza te piwne. Jeden z uśmiechem radosnego idioty wychylał przez okno swoją głowę o niezbyt aerodynamicznym kształcie. Zabrnęli dalej i szczęśliwym trafem utknęli, i musiałam ich wyminąć. Inteligentny osobnik zaś wydał z siebie to ucieszone "ksz, ksz". Kiedy odjeżdżali, puścił oczko, mimo mojej miny dającej się opisać tylko jako wykrzywienie ust w idealne "D".&lt;br /&gt;Spotkanie z kumpelą. Ogółem radocha, śmiechy i siedzenie w obłokach dymu z papierosów. Nie przepadam za tym, ale pokuszę się o opisanie dymu, bo warto.&lt;br /&gt;Nawet nie dym, a Dym. To dym z klasą, ewoluujący na przestrzeni parogodzinnych dziejów. Wykształcił własną osobowość. Wtykał nos w każdy kąt, nonszalancko przechadzał się po pokoju, zaglądał za oszklone drzwiczki szafek. Był gęsty, siwy i skłębiony. Uparcie szukał bliskiego kontaktu z ustami, gardłem, wpychał się cały...&lt;br /&gt;Ale było miło. Pożegnanie z kumpelą zaowocowało bezcenną miną jej lubego.&lt;br /&gt;Podajecie sobie dłoń i następuje potrząśnięcie nimi, co, podkreślam, jest kluczowe. Ten ruch jest płynny, przypomina wykres sinusoidy czy też okresów drgań wahadła. Przebiega falowo. Prezentuje się niezwykle imponująco, aż szczęka opada. Dosłownie, jak chłopakowi kumpeli...&lt;br /&gt;- Jesteśmy elo!&lt;br /&gt;- Jesteśmy bardziej joł niż elo!- podchwyciła kumpela.&lt;br /&gt;Wciąż potrząsałyśmy swoimi dłońmi. Zaangażowały się już barki, a ciała nieco się pochyliły.&lt;br /&gt;- Jesteśmy dżezi, zią!&lt;br /&gt;Zgodnie spojrzałyśmy na jej chłopaka, po czym odchrząknęłyśmy i rozłączyłyśmy dłonie. Z zakłopotaniem poprawiłam włosy i powiedziałam:&lt;br /&gt;- No, to... Może ja już pójdę...?&lt;br /&gt;Podałam mu dłoń z pełną kulturą. I tyle.&lt;br /&gt;Potem standardowe ćwiczenia, nudne jak kupa i ciągnące się jak glut. Rozerwałam się przy ukochanym, muzyczym mordodarciu. No i jak zwykle na GyGy do nocy, dodatkowo umilając sobie czas ambitną grą, gdzie należy wymordować wszystkich ludziów na świecie za pomocą wirusa, bakterii albo czegoś, co wygląda jak spartolony tasiemiec. Sympatyczna gierka, wzbogaca naszą angielszczyznę.&lt;br /&gt;Kiedy już biedny brat tak wzdychał, tak się przewracał z boku na bok, usiłując taktownie mi przekazać, że na serio chce już spać, aż uległam, nastąpiło myju-myju. Pominę parę zawiasów przed lustrem, bo tak jakoś nie chciało mi się spać.&lt;br /&gt;Ale w końcu dobrnęłam do łóżka. Zasnęłam w moich ę, ą, ach i w ogóle dupens-joł różowych klapkach. Cytując, "umarł w butach - hardkor, zasnął w laciach - lajt".&lt;br /&gt;Było przed pierwszą. Następny dzień powitałam o 5.35.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dziwny ten wpis. Taki jakiś wypierdziany.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-7199595086019776138?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/7199595086019776138/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=7199595086019776138' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/7199595086019776138'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/7199595086019776138'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2009/08/szaro-srajtasmowo.html' title='Szaro-srajtaśmowo.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-7263405546909248175</id><published>2009-07-29T21:42:00.004+02:00</published><updated>2009-07-29T22:17:18.018+02:00</updated><title type='text'>Dehumanizacja?</title><content type='html'>Każdy ma swój świat. I swoje kredki albo co tam kto woli.  &lt;span style="font-size:78%;"&gt;Zobaczyłam pewien obrazek, gdzie wielkie lody, takie w rożkach z gałkami, trzymały w rękach ludziki. Zamiana ról: jadły je!&lt;/span&gt; I...&lt;br /&gt;Każdy ma też swoją rolkę.&lt;br /&gt;A więc i jaki właściciel, taka rolka - papieru toaletowego.&lt;br /&gt;Mówi się też, że życie bywa jak papier toaletowy...&lt;br /&gt;Ale też każdy może być rolką.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zacznijmy od rolek nowoczesnych. Tych wielowarstwowych, pachnących i kolorowych. Cieszą oko, prawda? Pasują do czystej łazienki.&lt;br /&gt;No, tak. Ale zapach bywa mdlący. Niektóre rolki to mają zapach niczym taran. I popatrzcie, odejmiecie jedną warstwę i czasami otrzymuje się coś, co się nawet do wytarcia tyłka nie nadaje. Jest bezużyteczne. Trzeba nazrywać w cholerę, żeby coś się nadało. Szybko się zużywają...&lt;br /&gt;Weźmy rolkę różową. Jest miękka, atrakcyjna, aż chce się jej używać. Pachnie, ach... Ale różowy brzydki. Zapach też zbędny. Jakby tak postawić przy niej słodkie, różowe dziewczę i znak równości.&lt;br /&gt;Są też rolki jasnozielone, kojące. Błękitne. Żółte. I tak dalej. Rolek jak ludziów, różne wzorki, faktury, jak i style.&lt;br /&gt;Ale weźmy zwykłą, szarą rolkę, taką praktyczną. Jest prosta. Czasem szorstka, ale bywa miękka. I do tego zawsze uratuje w potrzebie. Nie potrzebuje zapachów, upiększeń, bo i tak jest niezbędna. Ludzie, na których można serio polegać. &lt;span style="font-size:78%;"&gt;Chociaż nieładnie porównywać takich do srajtaśmy.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeszcze są inni ludzie, bardziej oryginalni. Typu liści. Teoretycznie nadający się do zupełnie czego innego, a w akcie desperacji posłużą pomocą. Albo gazeta. Wiele różnych typów, a się nadadzą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W końcu każdy czasem bywa do pupy, nie? Ale to taki optymistyczny akcent, choć może nie brzmi ;D&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-7263405546909248175?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/7263405546909248175/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=7263405546909248175' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/7263405546909248175'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/7263405546909248175'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2009/07/dehumanizacja.html' title='Dehumanizacja?'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-4461459537944959727</id><published>2009-06-13T21:08:00.004+02:00</published><updated>2009-06-15T21:33:07.390+02:00</updated><title type='text'>O życzonkach.</title><content type='html'>Tym razem efekt przechadzki.&lt;br /&gt;Napadł mnie, kiedy niczego się nie spodziewałam. Nie mogłam się obronić. Siekł deszcz, z zimna wcisnęłam dłonie w rękawy... Mogłabym krzyczeć, wywijać nogami i rękami, i innymi przeszczepami, a i tak nie miałabym szans. Musiałam ulec.&lt;br /&gt;Ten napastnik: &lt;span style="font-size:78%;"&gt; pomysł.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;Była sobie pewna dziewczyna.&lt;br /&gt;Jej dane nie są tu istotne; wygląd, miejsce zamieszkania, niezbyt sympatyczny ton głosu, numer GyGy czy też stosunek do różowego koloru. Po prostu dziewczyna.&lt;br /&gt;Miała ona pewne szczególne pragnienie, będące dla niej istnym wrzodem na dupie. Obsesyjnie o nim myślała, pielęgnowała je w sobie. Doskonale wiedziała, czego oczekuje, więc przygotowała się na ewentualność znalezienia jakiejś złotej rybki, aby w jej życzeniu nie brakło niezbędnych rzeczy.&lt;br /&gt;Tak, właśnie tak: znalazła, ale czterolistną koniczynę.&lt;br /&gt;Zanim sformułowała ostateczne życzenie, namyśliła się jeszcze. Miała tylko jedno życzenie, a to tak żałośnie mało, za mało...&lt;br /&gt;Była sama. Wreszcie je wyraziła:&lt;br /&gt;- Chciałabym niedługo być z dobrym, fajnym, całkiem przystojnym chłopakiem z fajnymi włosami i głosem.&lt;br /&gt;I co jeszcze? - pomyślała koniczynka zgryźliwie - Może jeszcze "często mnie całującego, kupującego mi słodkie prezenty, będącego wyprowadzać mojego psiaka na spacer, nieoglądającego się na inne dziewczyny i planującego zostać architektem, aha, i chcącego związać się ze mną na całe życie, i o właśnie, niezbyt lubiącego alkohol, ÓRZyFki itede"?&lt;br /&gt;Zanim uszczęśliwiona dziewczyna, z poczuciem dobrze spełnionego zadania, wsunęła koniczynę do kieszeni, tamta wyburczała:&lt;br /&gt;- Cwaniactwo...!&lt;br /&gt;Lokalna populacja koniczyn spoglądała za oddalającą się dziewczyną. Po chwili jedna z nich poruszyła się niespokojnie i spojrzawszy po pozostałych, odważyła się przerwać milczenie:&lt;br /&gt;- Co za młodzież...&lt;br /&gt;- Naiwność i tyle.- Druga pokręciła z politowaniem główką.- Rozumiem, życzenie; ale czterolistną? Takie to to zdegenerowane, takie...&lt;span style="font-style: italic;"&gt; wynaturzone...&lt;/span&gt; Tak jak u tych dużych istot, z tych, co wzięła naszą. Niektórzy to nie używają swoich dwóch łodyg albo mają niesprawne liście...&lt;br /&gt;- Ale każdy jest tak samo... istotowy jak inne istoty - wtrąciła nieśmiało jej sąsiadka. W populacji niewiele dorównywało jej subtelnym wzorkom na listkach, przy których koniczyny wydawali dziki, pełen pożądania szum. - Czterolistna też była konicz...&lt;br /&gt;- Wyobrażacie sobie, co taka może sprawić? - Koniczyna zdawała się jej nie słyszeć. - Ma o jeden liść za dużo, to z pewnością przyniesie tamtej kogoś z trzema łodygami...&lt;br /&gt;- Nogami - podpowiedziała któraś.&lt;br /&gt;- ... albo z dwoma liśćmi ze śmiesznymi wypustkami, może sześcioma...&lt;br /&gt;- Podsłyszałem, że to remce i pauce - oświadczył jakiś koniczyna z dumą.&lt;br /&gt;-... albo, co gorsza, z dwoma...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I tymże morałem &lt;span style="font-size:78%;"&gt;plus taktownym wielokropkiem&lt;/span&gt; kończę dzisiejszą lekcję (:&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-4461459537944959727?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/4461459537944959727/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=4461459537944959727' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/4461459537944959727'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/4461459537944959727'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2009/06/o-zyczonkach.html' title='O życzonkach.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-8961099861497326247</id><published>2009-05-29T22:53:00.006+02:00</published><updated>2009-06-13T21:34:12.102+02:00</updated><title type='text'>(Od)tfurczo.</title><content type='html'>&lt;a href="http://img29.imageshack.us/my.php?image=oufek.png"&gt;&lt;/a&gt;Na prośby paru osób w końcu przepisałam co nieco mego pisemnego dzjeóa. Specjalnie ze stron 500 coś, nie połapiecie się, nieboskie istoty *szatański śmiech*. (W końcu nie uprzedziliście, które strony przepisać.)&lt;br /&gt;Nie od początku, bo początek jest nudny.&lt;br /&gt;Pisane w rytmach różnych Bloodsimple'ów, Slipknot'ów i innych sympatycznych rzeczów - więc kwiatuszków zbyt wiele nie oczekujcie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;    Rhion otworzył oczy.&lt;br /&gt;Trwała noc. W siwości czerni ukazał się mu pusty, zimny loch. To, że nie było niczego, co mogłoby go obudzić, nie znaczyło, że rzeczywiście niczego nie było.&lt;br /&gt;Prostopadły korytarz wiał pustką, jak zresztą wszystko w promieniu ze dwóch poziomów. Mógł to być popaprany demoniszcz za drz... Intuicja zasugerowała, że to jednak nie to.&lt;br /&gt;Sugestia brylastego syku purpury. Rhion obrócił się powoli i zobaczył smużki szarej w jego oczach mgiełki kłębiącej się wokół prętów okienka w górze. Po chwili spłynęły po ścianie, ciągnąc za sobą jakby połyskliwy ogon.&lt;br /&gt;Nastąpiła sugestia odgłosu przesypującego się piasku.&lt;br /&gt;I rozległ się bezgłośny ryk, a mgiełka skoczyła. W przeciągu chwili rozpęczniała i jak prześwitujące łapsko pokryła Rhiona. Pulchne drobinki wcisnęły się mu przez uszy, wywołując podwodny brak dźwięku, i do płuc ...&lt;br /&gt;Rhion otworzył oczy.&lt;br /&gt;Trwała noc. W siwości czerni ukazał się mu pusty, zimny loch. To, że nie było niczego, co mogłoby go obudzić, nie znaczyło, że rzeczywiście niczego nie było.&lt;br /&gt;Prostopadły korytarz wiał pustką, jak zresztą wszystko w promieniu ze dwóch poziomów.&lt;br /&gt;Czasem te sny go dobijały. Kompletnie niesenny, podparł głowę rękami. Spojrzał ku okienku, ale nic w nich nie było.&lt;br /&gt;Po chwili zatrzeszczało drewno drzwi, jakby coś bardzo ciężkiego się o nie oparło. Rhion bez namysłu, bezdźwięcznie podźwignął się i nie spuszczając wzroku z zaprętowanego otworu w drzwiach, wycofał się do kąta.&lt;br /&gt;Nacisk zelżał. Korytarz ział mentalną, groteskową pustką.&lt;br /&gt;Drewno zatrzeszczało znowu. Tym razem dźwięk narastał. Drzwi zadrżały leciutko. Rhion zauważył siatki pęknięć rozchodzące się od furtyny po kamieniach.&lt;br /&gt;Udręczone drewno zastękało przeraźliwie. Deski utwardzone czasem, grube, zbytsztywne, nie miały się jak wygiąć i drzwi eksplodowały.&lt;br /&gt;Furtyna rozleciała się na kawałki i w chmurze odłamków roztrzaskała się o przeciwległą ścianę. Zamek z metalicznym hukiem rąbnął o kamienie, rozpadając się. W stęknięciu wybuchu część kamieni naokoło furtyny wyrwała się ze ściany.&lt;br /&gt;Jeden z nich rozbił Rhionowi czaszkę.&lt;br /&gt;Rhion otworzył oczy.&lt;br /&gt;Trwała noc. W siwości czerni ukazał się mu pusty, zimny loch. To, że nie było niczego, co mogłoby go obudzić, nie znaczyło, że rzeczywiście niczego nie było.&lt;br /&gt;Prostopadły korytarz wiał pustką, jak zresztą wszystko w promieniu ze dwóch poziomów.&lt;br /&gt;Skoncentrował się. No, nie. To już jakaś paranoja. Cierpienie rozwalającego się łba i ułamek widoku własnego mózgu rozbryzgującego się w deszczu odprysków czaszki i  różowych strzępów wrył się tak głęboko, aż głowę przeszywał ból.&lt;br /&gt;Wyczuł pilnującego drzwi strażnika. Postanowił się upewnić, czy na serio się już przebudził, dlatego zajęczał.&lt;br /&gt;Od razu brzęknęły klucze. Ale strażnik nie zapalił pieprzonej pochodni, a powinien...&lt;br /&gt;Rhion spojrzał w górę wzdłuż wychudzonego ciała, prosto w twarz, której nigdy nie chciałby pamiętać ani choćby ujrzeć.&lt;br /&gt;O kurw...&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;To skoczyło z ust bluznęła krew a ciało&lt;/span&gt;Rhion otworzył oczy.&lt;br /&gt;Trwała noc. W siwości czerni ukazał się mu pusty, zimny loch. To, że nie było niczego, co mogłoby go obudzić, nie znaczyło, że rzeczywiście niczego nie było.&lt;br /&gt;Prostopadły korytarz wiał pustką, jak zresztą wszystko w promieniu ze dwóch poziomów.&lt;br /&gt;Rhion zamknął oczy i spróbował zasnąć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rhion otworzył oczy.&lt;br /&gt;Trwała noc. W siwości czerni ukazał się mu pusty, zimny loch. To, że nie było niczego, co mogłoby go obudzić, nie znaczyło, że rzeczywiście niczego nie było.&lt;br /&gt;Prostopadły korytarz wiał pustką, jak zresztą wszystko w promieniu ze dwóch poziomów.&lt;br /&gt;No, chuj by to strzelił...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Rhion otworzył oczy.&lt;br /&gt;Świtało. Przyjął ten fakt z napiętą ulgą. Poddał loch szczegółowej analizie, przyglądając się każdusieńkiemu kątowi. Wszystko było na swoim miejscu. Warownię spowijał bezruch mnóstwa plam magii.&lt;br /&gt;Rhiona dręczył niepokój, a także łomoczący ból głowy, ostre palenie w brzuchu i tępa duszność w płucach. Przełknął ślinę, z metalicznym posmakiem krwi.&lt;br /&gt;Wbił wzrok we wryty w pamięć fragment ściany, wczoraj poddany mimowolnej obserwacji. Bo czemu brakowało odłupanej krawędzi, tej z takim zwisającym poglonem?&lt;br /&gt;I kiedy tak patrzył, ściana wybrzuszyła się. Teraz już nie miał pojęcia, czy wrażenia przeniosły się ze snów, czy na serio dopadła go jakaś nocna cykliczność na jawie. Coś znowu przesunęło się pod kamieniami sprawiającymi wrażenie równie grubych, co błona.&lt;br /&gt;Jakieś kształty kłębiły się w-na-pod ścianą, jakby chciały wyrwać się na wolność. Rhion tylko mógł się gapić, bo nic innego mu nie pozostało.&lt;br /&gt;Rozpychane kamienie unosiły się i opadały jak futra podczas dzikiego seksu. Przez krótką chwilę na szarawej błonie odcisnęło się coś tylko podobnego do dłoni.&lt;br /&gt;Z mrożącą krew w żyłach grozą Rhion odnotował, że zimna ściana drgnęła mu pod plecami. No, tak...&lt;br /&gt;Z odgłosem ssącego mlaśnięcia ściana po obu stronach wypuściła parę bezkształtnych rąk.&lt;br /&gt;Rhion zamknął oczy. To sen, pierdolone fałszerstwo umysłu.&lt;br /&gt;Otworzył oczy.&lt;br /&gt;Trwała noc. W siwości czerni ukazał się mu pusty, zimny loch. To, że nie było niczego, co mogłoby go obudzić, nie znaczyło, że rzeczywiście niczego nie było.&lt;br /&gt;Prostopadły korytarz wiał pustką, jak zresztą wszystko w promieniu ze dwóch poziomów.&lt;br /&gt;Rhion uznał, że mógł zacząć się bać. Przecież nikt nie mógł od niego oczekiwać braku strachu, zwłaszcza że był sam i w przechujastej sytuacji. Co jak co, ale był człowiekiem i miał ludzkie cechy, no.&lt;br /&gt;A więc przeraził się, że już tak ciągle będzie się budził i budził, i budził, i budził, i kurwa budził. Raz miał sen obejmujący trzy dni, a trwający jedną noc i dotąd nie pojął, jak to fizycznie możliwe zmieścić trzy doby w jeden połówce; wiedział, że fizycznie to niemożliwe.&lt;br /&gt;Wtedy normalnie żył, chodził, musiał się spalać, dostał kilka razy po pysku i zaliczył widowiskowe złamanie obojczyka. Wszystko najprawdziwsze. Prze naj. Czwartego dnia się obudził, a tu zonk!, obojczyk cały. Wypytał tatę o wszystko - i nic się z tego nie wydarzyło.&lt;br /&gt;Tamto było najdziwniejszym uczuciem, a to obecne zajebiście przerażającym.&lt;br /&gt;Leżał na lodowatej posadzce, myśląc. Może to ostrzeżenie. Bardzo jednoznaczne, że niezależnie od tego, co się zdarzy, zginie. Tylko że chuj wiedział, jak to odczytać. Może to odwrotność snów, w co wątpił, bo musiałoby go czekać sporo przyjemności, a to nie wydawało się zbyt prawdopodobne. Może to nie oznaczało akurat jego zdechnięcia.&lt;br /&gt;Rhiona czasem nachodziły niechlubne myśli, że jego opiekun albo o niego nie dbał, albo był to wyjątkowo zidiociały tępak. Nie wiedział, jakich dokładnie widzeń doświadczają szamani - jeśli równie pokićkanych, to całe szamaństwo mijało się z powołaniem. To takie gdybanie-sranie z rzadka w coś trafiające.&lt;br /&gt;Oczywiście, miał też dobitne ostrzeżenia, które się spełniały co do pyłka. Ale jednak.&lt;br /&gt;Po korytarzu poniosło się... Nienic. Wrażenie było takie, jakby leniwy podmuch kolejno przyćmiewał płonące pochodnie. Rhion zerknął na sufit.&lt;br /&gt;Podryfowała następna niefala. Nadeszły ciche, cichutkie stąpnięcia. Wytężone uszy podrażnił ledwie słyszalny oddech z nutą sapania.&lt;br /&gt;Kolejny niepodmuch połaskotał skórę, choć nie przesunął nawet włosem. Blisko, coraz bliżej &lt;span style="font-size:78%;"&gt;a korytarz mentalnie pusty&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;Rhion bezszelestnie przykucnął. Zazgrzytał szpon... Przejrzał w myślach dostępne możliwości, a wpadł na tylko dwie.&lt;br /&gt;Powinno obwąchać drzwi. Powinno za nimi postać, wyczuwalne w gęstym mroku korytarza, sapiąc albo cuchnąc. Tak się to odbywało. Nie zadbało nawet o dramatyczne przyczajenie się, żeby napiąć cudze nerwy jak postronki.&lt;br /&gt; I dobrze, bo Rhion nie umiał przełknąć dramatyzmu. W okienku łypnęło &lt;span style="font-size:78%;"&gt;krótki, śliski posmak słodkawego szkarłatu&lt;/span&gt; okrągłe ślepię.&lt;br /&gt;Rhion rozpoznałby ten pysk wszędzie. Zastanowił się, czy Anaera służyła za przechowalnię magii tej istoty, czy to to miało władzę nad potomkinią jak Blaithr nad demonami?&lt;br /&gt;Era przyglądała się mu, z tym swoim pyskiem o nieuchwytnym &lt;span style="font-size:78%;"&gt;nie&lt;/span&gt;wyrazie.&lt;br /&gt;Czym ty jesteś?&lt;br /&gt;Nie umiała czytać w myślach, raczej. Wystawiła mu rogowaty jęzor, jakby szyderczo. Cała Anaera.&lt;br /&gt;Rhion usłyszał wzbierający gdzieś w piersi potężny charkot. Życie nauczyło go myślenia tak szybkiego, że mózg zostawał lekko w tyle, więc uskoczył i mimo to za późno. Ogniste piekło wyrwało w drzwiach dziurę, ale nie obejrzał się, żeby podziwiać efekty. Ramię eksplodowało mu białym bólem.&lt;br /&gt;Wcisnął się plecami w kąt przy ścianie z drzwiami. Umysł zasnuł mu napęczniały całun bezwładności. Nieprzytomnie uniósł rękę do plamy żrącego cierpienia, jaką stał się lewy bark...&lt;br /&gt;Kłopot ze zdolnościami szamańskimi polegał na tym, że nieraz nie dało się odróżnić ostrzeżenia od jawy.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tytułem wyjaśnienia, wszelkie "nieistniejące" słowa są celowe. Taka przyjemność z pisania, że można się nimi bawić do woli :)&lt;br /&gt;I co do imion, żadne "Rajen" czy "Bleifr", czy komu mogłoby coś jeszcze wpaść na myśl. Polski być łatwa, czytajmy po polskiemu.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-8961099861497326247?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/8961099861497326247/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=8961099861497326247' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/8961099861497326247'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/8961099861497326247'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2009/05/odtfurczo.html' title='(Od)tfurczo.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-5415038270237044456</id><published>2009-05-08T22:10:00.003+02:00</published><updated>2009-05-08T22:43:34.932+02:00</updated><title type='text'>O inwersyjności gnojenia.</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family: verdana;"&gt;Apetyczny tytuł, hmm?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family: verdana;"&gt;Jazda na rowerze, pomimo dzikich wertepów i burz piaskowych na cudnych drogach, pokazała, że może być inspirująca. Częstujcie się jej owocami.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family: verdana;"&gt;1. "Jesteś brzydki jak dupa nocą."&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;&lt;span style="font-family: verdana;"&gt;Wszyscy od razu pomyśleliście, że nocą to i tak gówno widać, prawda?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family: verdana;"&gt;To, że dupy nocą nie widać, to jedno. Drugie, że ciemność mocno wpływa na sferę seksualną, jest bodźcem podniecającym. Stwarza ten intymny nastroik &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: verdana;font-size:100%;" &gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;kurdę dupa, nie żebym z własnego doświadczenia to czerpała ;&gt;&lt;/span&gt;.&lt;br /&gt;A więc, jeśli ktoś Was porówna do dupy nocą, nie martwcie się:&lt;br /&gt;- nocą jest ciemno jak w dupie, a to akurat dobre zestawienie dla "nocy" i "dupy",&lt;br /&gt;- ciemność może skrywać na serio diabelnie ładną dupę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="font-family: verdana;font-size:100%;" &gt;2. "Wyglądasz jak róża w kiblu."&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-family: verdana;font-size:100%;" &gt;Cóż za równający z błotem tekst! Rodem z podstawówki, ale mniejsza o to...&lt;br /&gt;Mimo błahości rozważmy problem. Przyjmijmy wszystkie 4 możliwe warianty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="font-family: verdana;font-size:100%;" &gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Wariant 1.&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-family: verdana;font-size:100%;" &gt;Wyobraźcie sobie jakąś totalną melinę. Wchodzicie tam do kibla czyli do jakiegoś totalnie zdezelowanego pomieszczenia ze ścianami pokrytymi popękanymi kafelkami, z różnymi dziurami w nich i z jakąś smętną żarówką u sufitu. Lustra - wiadomo, do przeglądania się w nich to już dawno przestały służyć, chyba że ktoś oczekuje ujrzeć siebie jako łamagiczne grafitti czy sieć pęknięć we szkle.&lt;br /&gt;Otwieracie jedyną kabinę, gdzie drzwi nie tylko są, ale i nie zwisają na zawiasach. A tam ściany zabazgrane różnymi napisami, od standardowego HWDP, przez NIE NAWIDZE MUNDÓRÓW &lt;span style="font-size:78%;"&gt;autentyczny przypadek&lt;/span&gt; czy BAC POLICJE, aż do jakichś Jot Wu + Ka Em = Dziko Ognisty Seks Pod Pluszową Pierzynką czy innego dziadostwa. Mały kosz na śmieci kipi puszkami, papierem, może też i podpaskami, aż mniam.&lt;br /&gt;Pochylmy się nad klozetem. Deska jest apetycznie pokryta czymś, czego lepiej nie kontemplować, ale łudząco przypomina rzygi. W ogóle, cały kibel jest obsrany i zarzygany, i jeszcze pyszni się imponującą kulturą syfu i innych żyjątek. Możliwe, że wewnątrz pływa jakaś zakrwawiona podpaska.&lt;br /&gt;Ale jest też róża. Piękna, o bujnych, krwiście czerwonych płatkach a popoetyzujmy sobie , zdrowych liściach i łodydze. Po prostu cud, miód i orzeszki.&lt;br /&gt;Chyba już nikt nie ma wątpliwości, co jest piękniejsze?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Wariant 2.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Pozostańmy przy pięknej róży, ale w wycyckanej toalecie. Kibel błyszczy, taki bieluśki, że i pewno bardziej higienicznie jeść z niego niż ze stołu.&lt;br /&gt;Dobra, obie rzeczy cycusiowate. Ale podarujcie żonie/dziewczynie z jakiejś okazji olśniewającą bielą muszlę klozetową, niewątpliwie zachwyci się aż do omdlenia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Wariant 3.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Tym razem zdechła, oklapnięta róża. Listki pożółkłe. Płatki zaczynają się marszczyć i parę ledwo co się jeszcze trzyma.&lt;br /&gt;Myślę, że w zestawieniu z dezelowanym kiblem z meliny i tak wypadnie o niebo lepiej. Ja tam bym wolała zmolestowaną różę...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Wariant 4.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;Piękny kibel i w.w. róża. No, tu jest ciężko. Tak czy siak, może jednak lepiej dostać taką różę niż klozet we wstążeczce? No, wiecie, "a bo chciałem zrobić niespodziankę, musiałem kupić wczoraj/przedwczoraj/sru-tu, a Mruczuś podszedł i no wiesz/wody nie było w kranach/w samochodzie przygniotło ją [xyz] itd.". Liczy się gest, nie?&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;I w ten oto magiczny sposób dobrnęliśmy do końca jakże egzystencjalnych i ważnych rozważań.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-5415038270237044456?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/5415038270237044456/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=5415038270237044456' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/5415038270237044456'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/5415038270237044456'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2009/05/o-inwersyjnosci-gnojenia.html' title='O inwersyjności gnojenia.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-5302736877104489277</id><published>2009-02-19T20:42:00.003+01:00</published><updated>2009-02-19T21:12:36.530+01:00</updated><title type='text'>O skłonnościach ludziów.</title><content type='html'>&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:verdana;" &gt;Dzisiaj dzięki bodźcowi cnej niewiasty Doroty tchnęło mnie do odświeżenia tegoż bloga &lt;/span&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:verdana;font-size:78%;"  &gt;bla-bla-bla&lt;/span&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:verdana;" &gt;.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:verdana;" &gt;W tym celu jak zwykle wzięłam w łapska pewien zeszyt (kartek 16, żółta, miękka okładka z wieprzem jadącym na czerwonym składaku &lt;/span&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:verdana;font-size:78%;"  &gt;miałam kiedyś takiego Reksia, z kijkiem za siodełkiem, cha&lt;/span&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:verdana;" &gt;), gdzie kiedyś zapisywałam jakieś swoje ponatchnieniowe myśli albo cósie gdzieś podchwycone. Mniejsza o to.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:verdana;" &gt;Dzisiaj, drogie dzieci, będzie może ciut poważniej.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;&lt;span style="font-family:verdana;"&gt;Chyba.&lt;/span&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:verdana;" &gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:verdana;" &gt;"Nie ma ludzi od urodzenia ani dobrych, ani złych. Ludzie nie rodzą się od razu seryjnymi mordercami czy matkami Teresami - osobowość kształtuje się pod wpływem pewnych czynników."&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:verdana;" &gt;Zaczyna się całkiem nieobco. Tak często piszą. Dzisiaj przeczytałam o jakimś profesorze, który również nie ma ludzkiego umysłu za tabula rasę. Również wspomniał o czynnikach zewnętrznych i te de.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:verdana;" &gt;Jeszcze wcześniej przeczytałam w Focusie (nałogowa czytelniczka) o pracach pewnego prof. Zimbardo. Tak, właśnie tak, dobrze myślicie, pracował nad tym &lt;span style="font-family:verdana;"&gt;samym - i intrygująco nazwał tę naturę "efektem Lucyfera".&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style=";font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Dajmy na to: &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:verdana;" &gt;&lt;span style="font-size:100%;"&gt;hitlerowcy. &lt;/span&gt;Nie byliby źli, gdyby nie sytuacja. &lt;/span&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:verdana;font-size:78%;"  &gt;Chociaż, zło i dobro to takie względne pojęcia, brr.&lt;/span&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:verdana;" &gt; Nie wierzycie? Właśnie pan Zimbardo przeprowadził eksperyment: zebrał grupę studentów i zamknął ich w jakichś piwnicach po podzieleniu na dwie grupy: jedni mieli być "więźniami", inni grać role strażników. Nie mieli żadnych wytycznych ni nic.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:verdana;" &gt;Już po tygodniu "strażnicy" tak się wczuli w rolę i to bez żadnej zachęty czy podjudzania, że "więźniowie" stradali zmysły od ich szykanów, katowania i znęcania się.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:verdana;" &gt;Chociaż omijam łukiem nazywanie przesubiektywnie "dobrem" albo "złem", Zimbardo stwierdził, że dobrzy ludzie umieją czynić zło. I na tym kończy się jakże refleksyjna lekcyja.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:verdana;" &gt;Na zakończenie malutki fragmencik z dzieła &lt;span style="font-size:78%;"&gt;"dzieła" przez "ch" normalnie&lt;/span&gt; wzięty:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;Chciałby być traktowany jak gówno - wtedy przynajmniej zostawiliby go w spokoju. W końcu gówna nikt nie kopie, nie szmaci i nie pomiata nim jak najgorszym ścierwem."&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div  style="text-align: right;font-family:verdana;"&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;Oto sadyzm i wszechmocność autora.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;A naprawdę na zakończenie taki mały link, nie tak dawno mnie, hmm, polecony. Niezbyt apetyczny, ale od niego ze śmiechu rozbolały mnie żebra. Doskonałe ćwiczenie mięśni brzucha. W połowie tekstu już wiedziałam, że bez zakwasów się nie obejdzie ;&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:verdana;font-size:100%;"  &gt;&lt;a href="http://nonsensopedia.wikia.com/wiki/Sraczka"&gt;Klik.&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-5302736877104489277?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/5302736877104489277/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=5302736877104489277' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/5302736877104489277'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/5302736877104489277'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2009/02/o-skonnosciach-ludziow.html' title='O skłonnościach ludziów.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-7303397462077007275</id><published>2008-12-05T20:45:00.002+01:00</published><updated>2008-12-05T20:57:03.730+01:00</updated><title type='text'></title><content type='html'>&lt;span style="font-family: verdana; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;"Za pokutę nakazał im tęgo walić."&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center; font-family: verdana; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;"Doszedł, ze złożonymi rękami."&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: right; font-family: verdana; color: rgb(0, 0, 0);"&gt; "Śmierć go bierze całego."&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center; font-family: verdana; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Para.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-family: verdana; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Stosunek.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center; font-family: verdana; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Penetracja.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: right; font-family: verdana; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Lizać.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center; font-family: verdana; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Ciągnąć.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-family: verdana; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Pchać.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center; font-family: verdana; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Jazda.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: right; font-family: verdana; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Ekstaza.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center; font-family: verdana; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Przyjemność.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-family: verdana; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Rozkosz.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center; font-family: verdana; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Pozycja.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: right; font-family: verdana; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Trójkąt.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center; font-family: verdana; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Banan.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-family: verdana; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Gumka.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center; font-family: verdana; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Szczyt.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: right; font-family: verdana; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Jęki.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center; font-family: verdana; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Członki.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-family: verdana; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Krok.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center; font-family: verdana; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Pokrycie.&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: right;"&gt;Doznanie.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-family: verdana; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;... I co z człowiekiem robi niezbyt trafnie dobrany tekst na lekcji polskiego? &lt;/span&gt;&lt;span style="font-family: verdana; color: rgb(0, 0, 0);font-size:78%;" &gt;To było przepiękne. Zwykłe słowa ubrane w zgrabne mundurki...&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: right; font-family: verdana; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;&lt;span style="font-size:78%;"&gt;Xi-wieczny poemat bodźcem do zberezieństw. Hmm.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-7303397462077007275?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/7303397462077007275/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=7303397462077007275' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/7303397462077007275'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/7303397462077007275'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2008/12/za-pokut-nakaza-im-tgo-wali.html' title=''/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-1295484688855601868</id><published>2008-07-28T21:18:00.005+02:00</published><updated>2008-08-20T19:58:19.176+02:00</updated><title type='text'>O człowieczeństwie. Domniemanym.</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:arial;" &gt;Pieniądze są gówno warte. Ale gówno bywa więcej warte od człowieka...&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:arial;" &gt;Z mojej strony tyle, że "człowiek" nie oznacza "ludzki". Widzicie pewną scenę? Deszcz pada w pewnej uliczce, gdzie światła reflektorów radiowozów rozjaśniają ciemność. Wielu ludzi stoi w półokręgu i patrzy na zmasakrowane zwłoki, których sekcja wykaże tortury z zabójczą precyzją poprzedzone gwałtem i może jakiś przyduszaniem kablem jako grą wstępną. Co niewątpliwie rzeknie któryś z patrzących? "To nieludzkie. Bestialstwo!".&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:arial;" &gt;Bo, oczywiście, bestie nie mają nic lepszego do roboty, niż z wyrachowaniem, z krwią równie gorącą, co rekin zadawać najwymyślniejsze katusze, chełpiąc się cierpieniem, samym aktem mordu.&lt;/span&gt; &lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:arial;font-size:78%;"  &gt;Przecież one napadają na kogoś i szybko urywają łeb albo dłużej rwą na strzępy, jeśli ofiara uciekała i chapnęło się ją za nogę.&lt;/span&gt;..&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:arial;" &gt;Dosyć dawna refleksja. Tyle że coraz mocniej się w niej utwierdzam.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-1295484688855601868?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/1295484688855601868/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=1295484688855601868' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/1295484688855601868'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/1295484688855601868'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2008/07/o-czowieczestwie-domniemanym.html' title='O człowieczeństwie. Domniemanym.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-5279807473181028577</id><published>2008-07-18T09:49:00.005+02:00</published><updated>2008-07-18T20:07:30.662+02:00</updated><title type='text'>Złość nad językiem.</title><content type='html'>Zastanowiło mnie dzisiaj, jak to jest z tym językiem.&lt;br /&gt;Dlaczego nie mogę wysławiać się tak, jak piszę? Niewerbalnie słowa same spływają, nie wiem, skąd się pojawiają, one po prostu tam są, takie łatwe... A kiedy przyjdzie mi coś opowiedzieć, gramatyka i stylistyka jakoś umykają w kąt, a przejęzyczenia, zająknięcia i irytujące "Ee" bezczelnie się wpychają.&lt;br /&gt;To frustrujące. Weźmy, na przykład burzę, która naszła nas w niedzielę bodajże.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Opisałabym&lt;/span&gt; ją tak:&lt;br /&gt;"... Kuliłam się pod daszkiem sklepu w swoich śmiesznie krótkich spodenkach i bluzce na ramiączkach, pocierając ramiona z zimna. Byłam przemoczona od stóp do głów, nawet w butach coś mi chlupotało, zaś po plecach ściekały lodowate strużki wody.&lt;br /&gt;Zaczynałam bać się nie na żarty. Deszcz siekł tak, jakby morze przez sitko lało się z nieba. Falami chlustał o ulicę i już nawet nie bębnił, ale grzmocił o daszek nad moją głową. Strumienie wody na ulicy wirowały, a walące w nie krople wzburzały małe fontanny. Każdy podmuch wiatru zapierał dech w piersi, zimny, tak przeszywająco zimny... Pędził z prędkością rozpędzonego samochodu, wściekle szarpiąc drzewami aż do trzeszczenia gałęzi. Pnie rozpaczliwie przyginały się do ziemi. Zawodził głucho, niekiedy cichł, a w górze narastał taki charakterystyczny antyhuk, by po chwili wiatr zerwał się na nowo i załomotał o okna.&lt;br /&gt;Jeszcze te gromy. Błyskawice co chwilę rozświetlały niebo, zalewając otoczenie upiornie bladym albo czerwonawym blaskiem. Kurtyny deszczu zniekształcały groteskowo pojawiające się w półmroku domy i jakieś kształty. Obserwowaliście kiedyś pracę ciężarówek przewożących ładunek na budowli? Odgłos grzmotów brzmiał identycznie jak rumor kamieni osypujących się z przyczepy, a po nim następował huk, jakby o ziemię przywalała ołowiana płyta lub- jeśli burza naprawdę się wysiliła- dwie płyty tektonicznie zderzyły się z rozdzierającym trzaskiem.&lt;br /&gt;Walące gromy, jaśniejące błyskawice, nieustanny plusk, szum, uderzenia deszczu, dzikie wycie wiatru- a pośród tego ja, kuląca się z zimna i strachu pod maleńkim daszkiem sklepu. Na parkingu zatrzymał się ciemny Fiat Seicento i stał tam, czekając na ustanie burzy..."&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;A gdyby poszło mi to &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;opowiedzieć&lt;/span&gt;:&lt;br /&gt;"Była wielka burza. Kurdę, myślałam, że się, za przeproszeniem, ze strachu zesram. Pioruny tak waliły, Jezu, chciałam normalnie oszaleć. Nigdy takiej nie przeżyłam..." (pomijając odchrząknięcia, błędy i słowa w stylu "ten, tego")&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dlaczego tak? Dlaczego nie mogę płynnie mówić, tylko dukać? Wrr.&lt;br /&gt;Chociaż i opis niezbyt mi wyszedł, nie miałam dobrego tchnienia... Czytając to, czuję się jak na niemym filmie. Muszę dźwięk dopracować.&lt;br /&gt;Złośliwość rzeczy martwych. Ale kocham słowa.&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-5279807473181028577?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/5279807473181028577/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=5279807473181028577' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/5279807473181028577'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/5279807473181028577'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2008/07/zo-nad-jzykiem.html' title='Złość nad językiem.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-4565530147693472227</id><published>2008-06-30T20:25:00.004+02:00</published><updated>2008-06-30T20:43:31.024+02:00</updated><title type='text'>To, co lubię najbardziej...</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: center; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Głowa - zbiornik na trociny.&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;***&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);"&gt;&lt;br /&gt;"Przerwał mu głośny trzask. To Rincewind zamknął księgę. Wyprostował się i rozejrzał.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Oto, co zdarzyło się zaraz potem:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Nic.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Zebrani wokół ludzie nie od razu to sobie uświadomili. Wszyscy skulili się instynktownie, oczekując eksplozji jaskrawego światła, połyskującej kuli ognia czy też - w przypadku Cohena, który nie liczył na wiele - pary białych gołębi i ewentualnie trochę przyduszonego królika.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Nie było to nawet szczególnie interesujące nic. Czasami pewne rzeczy nie wydarzają się w sposób bardzo efektowny. Jednak w konkurencji niezdarzeń to nie miało najmniejszych szans."&lt;/span&gt; - Terry Pratchett&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Uwielbiam dzieła tego pana.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Krótko- bo tak. Cytat- bo tak.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);"&gt;A mniej lakonicznie- bo odświeżam i dzielę się moim zachwytem nad piórem i obalaniem stereotypu.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Enjoy |D.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-4565530147693472227?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/4565530147693472227/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=4565530147693472227' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/4565530147693472227'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/4565530147693472227'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2008/06/to-co-lubi-najbardziej.html' title='To, co lubię najbardziej...'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-4128430082476374819</id><published>2008-06-21T20:21:00.006+02:00</published><updated>2008-06-22T09:30:20.994+02:00</updated><title type='text'>5.613 dzień mojego życia.</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:arial;" &gt;I co z tego?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:arial;" &gt;I nic.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;  &lt;div style="text-align: center; font-family: arial; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;***&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:arial;" &gt;Ona marzy o pozostaniu światowej sławy aktorką.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: right; font-family: arial; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Ona marzy o wielkiej willi z basenem gdzieś w Nowym Jorku.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:arial;" &gt;Ona marzy o nowiutkim kabriolecie, wspaniałym, żeby każdy jej go zazdrościł.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: right; font-family: arial; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Ona marzy o operacji plastycznej.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:arial;" &gt;Ona marzy o sławie, chwale i pieniądzach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: right; font-family: arial; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Ona marzy o nowym domu, ale nie kosztującym fortunę, ale też i nie skromnym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:arial;" &gt;Ona marzy o nowym kinie domowym i oglądaniu go na najdroższej kanapie obitej prawdziwą skórą przy muskaniu stopami prawdziwej skóry na podłodze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: right; font-family: arial; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Ona marzy o niedużym mieszkanku, żeby było przytulne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:arial;" &gt;Ona marzy o założeniu szczęśliwej rodziny.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: right; font-family: arial; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Ona marzy o dobrej szkole i satysfakcjonującej pracy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:arial;" &gt;Ona marzy o pracy, którą utrzyma rodzinę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: right; font-family: arial; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Ona marzy o kochającym partnerze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:arial;" &gt;Ona marzy o szacunku i estymie innych, aby ją znano.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: right; font-family: arial; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Ona marzy o spokojnym, ustatkowanym, radosnym życiu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:arial;" &gt;Ona marzy o znośnej pracy i lepszych ludziach naokoło.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: right; font-family: arial; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Ona marzy o szczęściu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:arial;" &gt;Ona marzy o zdrowiu, aby ich nie opuszczało.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: right; font-family: arial; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Ona marzy o długim życiu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:arial;" &gt;Ona marzy o lepszym traktowaniu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: right; font-family: arial; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Ona marzy o tym, aby jej nie bito.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:arial;" &gt;Ona marzy o przełomie w życiu. Pozytywnym.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: right; font-family: arial; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Ona marzy o psie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:arial;" &gt;Ona marzy o wyzdrowieniu. Żeby mogła chodzić.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: right; font-family: arial; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Ona marzy o dachu nad głową.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:arial;" &gt;Ona marzy o zjedzeniu świeżej bułki z masłem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center; font-family: arial; color: rgb(0, 0, 0);"&gt;Ona marzy o śmierci w szpitalu w innym mieście, najlepiej Warszawie.&lt;br /&gt;...&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;Tak dla chwili refleksji.&lt;br /&gt;Ale nie po to, aby nie marzyć. Marzenia są piękne.&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-4128430082476374819?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/4128430082476374819/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=4128430082476374819' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/4128430082476374819'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/4128430082476374819'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2008/06/5613-dzie-mojego-ycia.html' title='5.613 dzień mojego życia.'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-3005572787800264882</id><published>2008-06-13T21:32:00.005+02:00</published><updated>2008-06-13T21:49:32.556+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='O bólu ból'/><title type='text'>O bólu?</title><content type='html'>&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:arial;" &gt;Reguła stwarza wyjątki, a wyjątki potwierdzają regułę.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:arial;" &gt;Prawda stara jak świat. No, może nie aż tak, jak zwykle przesadzam.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:arial;" &gt;"Coś, czego nie ma, nie boli".&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:arial;" &gt;To dlaczego brak szczęścia, wartości, miłości, sprawiają taki ból?&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:arial;font-size:78%;"  &gt;To tak z ułamku chwili, przypadkowego myślenia. Wpływ &lt;span style="font-style: italic;"&gt;It's All So Real&lt;/span&gt; granego przez zespół 8 Foot Sativa.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-3005572787800264882?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/3005572787800264882/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=3005572787800264882' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/3005572787800264882'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/3005572787800264882'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2008/06/o-blu.html' title='O bólu?'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-6687563759453106318</id><published>2008-06-06T20:05:00.003+02:00</published><updated>2008-06-06T20:48:13.861+02:00</updated><title type='text'>"U schyłku" (opowiadanie na konkurs)</title><content type='html'>&lt;div style="text-align: left; color: rgb(0, 0, 0); font-family: arial;"&gt;&lt;!--[endif]--&gt;&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;span style="font-weight: bold;"&gt;Słowo od autora (autor przez "ch" normalnie &gt;&gt;): &lt;/span&gt;jedno z mniej kiczowatych, EKHEM, dzieł spośród mojej kiczowatej twórczości. Są jeszcze o wiele gorsze (Wasza wyobraźni tak daleko nie sięga...) i chyba tylko dlatego to tutaj daję. Opowiadanie na konkurs z okazji 80. rocznicy twórczości Juliusza Verne'a, napisane gdzieś około marca :].&lt;br /&gt;Szkoda, że nie da się zrobić akapitów, wygodniej się czyta podobne mulenie.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;***&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;br /&gt;Wymizerowana łania o sierści barwy marchewkowej miedzi przestąpiła z jednej patykowatej nogi na drugą, po czym zastrzygła czymś postrzępionym, najprawdopodobniej uszami. Słońce wisiało wysoko na niebie. Nagle z zarośli wyskoczył z bojowym okrzykiem na ustach opalizująco niebieski elf, niezdarnie wymachując zapleśniałą kością...&lt;/span&gt;&lt;span style=""&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;- Nie, nie, to nie to!- zawołał Gacek- Przecież nie będę tworzył o różowych jednorożcach!&lt;br /&gt;Gacek był pstrokatym kundlem i zwyczajnie nie mógł tego rzec. Mimo to chłopak wybuchnął śmiechem. Często mówił do psa, może nawet za często, gdyż jego monologi osiągnęły już poziom wciągających konwersacji i sam uwierzył, że wymiany zdań przebiegały obustronnie. Traktował pupila na równi z rozumnym przyjacielem- tylko ten zawsze go słuchał i jeszcze mu doradzał.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Do kłopotliwych należał fakt, że popadł w swojej samotności i po części z wyboru odizolowaniu w łagodne przeniesienie-rozdwojonej-jaźni, w tym wypadku do postaci małego kundla i dziwił się, gdy znajomi znacząco pukali się w skroń.&lt;span style=""&gt;         &lt;br /&gt;&lt;/span&gt;- No, tu to różowy nie pasuje- zaśmiał się.- Chociaż ten elf...&lt;span style=""&gt;&lt;br /&gt; &lt;/span&gt;- Szymon- tu Gacek miał spojrzeć na niego z ukosa, ale podrapał się za uchem.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;- Dobra, oj, dla mnie różowy jednorożec będzie wyjątkowo... Ale, Gacuś, marnujesz swój talent...!&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Gacka cechował niesamowity sceptycyzm i krytyczne podejście do życia, toteż zignorował tę uwagę. Szymon nie poczuł się urażony. Miał bardzo pogodne usposobienie. Bez względu na porę roku nosił bladoróżowe koszule z pomiętym kołnierzem i oliwkowe sztruksy, a także niegdyś czerwoniutkie trampki. Rozdarcia u ich czubków utworzyły usta, dzięki czemu Szymon nazywał swe trampki „mówiącymi”; do lewej zwracał się „Kenny”, zaś do prawej „Sierżancie”.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;To w połączeniu z włosami tak gładko ulizanymi, że wyglądały jak namalowane na aerodynamicznie kształtnej głowie oraz istną kolonią piegów prezentował się co najmniej śmiesznie. Żałośnie śmiesznie.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Przymrużył oczy przed słońcem i wiatrem. Na szczycie wzniesienia, gdzie stał, wiało całkiem mocno. Dzień należał do tych najbardziej upalnych czerwcowych, dlatego Szymon dał się skusić pogodzie i wybrał las zamiast lekcji w liceum o potocznej nazwie „Trzecie”.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;W dole szumiał las, za którym płaszczyło się Zawiercie, miasto jak każde- pełne gwaru, ludzi i szarych ulic. Ogromny komin cegielni wypluwał w niebo kłęby dymu, a bicie dzwonów kościelnych przewalało się po okolicy.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;- Patrz!- wykrzyknął Szymon.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Z przejęciem wskazał na las. Przed chwilą coś jakby przetrząsnęło drzewa.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;- Chodźmy- postanowił znudzony Gacek.- Tutaj chyba słońce za mocno grzeje.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;- Ale, Gacuś!- nie dawał sobie łatwo za wygraną podczas wędrówki w dół niewygodną ścieżką- Przecież nie jestem szaleńcem, no!&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;- Wiem, wiem...- uspokoił się dla świętego spokoju- Coś ci się przywidziało.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;- Aa- żachnął się.- Niedowiarek-Gacuś. Nie znasz się.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Nie odezwał się więcej. Jak tu dogadać się z takim sceptykiem, co do wszystkiego podchodził z długim kijem, i to z ostrym końcem!&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Biedny, osamotniony Szymon... Zabrał swoje kredki i zamknął się w małym światku bez kolegów, koleżanek, z jednym tylko psem, który właśnie uniósł przy krzaku tylnią łapę.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Podmuch powietrza wycisnął chłopakowi łzy z oczu i zatargał jego ubraniem. Szymon chwycił kołnierz koszuli i z uporem parł ku ulicy ciągnącej się u stóp wzniesienia.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;- Znowu- burknął już bez przekonania.- To ten wiatr.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;- Szymon!- fuknął Gacek- Przestań z tymi swoimi dyrdymałami i...&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Nie dokończył, gdyż kolejne uderzenie wiatru zaparło mu dech w piersi. W przeciągu sekundy świat stał się miejscem ciasnym, gęstym i przede wszystkim absolutnie czarnym. Jak gdyby Bóg postanowił się pobawić i wyłączył światło. Poniósł się huk, błysło i deszcz mokrych kropel spadł na chłopaka.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Równie szybko, jak to nastąpiło, świat powrócił do normy. Słońce na powrót świeciło wesoło, a Szymon stał w zmoczonym ubraniu, osłupiały niczym dziecko usiłujące pojąć, o co tak właściwie chodzi z tajemniczym bocianem. Nie potrafił opisać, co się wydarzyło. Gdyby nie namacalny dowód, zwątpiłby, że zaszło &lt;i&gt;cokolwiek&lt;/i&gt;.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;- To...- wychrypiał. Kilkakrotnie otworzył i zamknął usta jak ryba wyciągnięta z wody, aż wreszcie zdecydował się wyjąkać:- Ja... N-na lit-t-tość, n-n-nie w-wiem...&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;- Chodźmy- zaskomlał Gacek, ruszając z uszami położonymi po sobie.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Za nim strwożony Szymon przeciął ulicę i podążył szeroką ścieżką pomiędzy małą zatoczką z prawej, a kępą zarośli przesłaniającą starą, ceglaną kamienicę z lewej. Co to miało...? Gdzie takie dziwy tu, w Zawierciu? Jak? Dlaczego? Co? Jakim cudem? Czuł się jak główny bohater „Truman Show”, gdy oblano go deszczem- identycznie skonfundowany.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Spłoszony Gacek piszczał cicho. Przeszli po &lt;span style=""&gt;leżącym nad rzeczką metalowym słupie&lt;b&gt; &lt;/b&gt;&lt;/span&gt;i w pośpiechu zagłębili się w las, Szymon nerwowo przełykając ślinę i zerkając ku górze.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Jego wyobraźnia każdemu niewinnemu trzaskowi gałązki przypisywała jakieś niedorzeczne &lt;span style=""&gt;źródło&lt;/span&gt; i przeobrażała szelest liści w mroczne szepty z horrorów rodem, na co podskakiwał ze strachu. Przypomniał sobie koszmar, w którym jadł ścierkę, która później zamieniła się w olbrzymią, płożącą pędo-mackami roślinę o kłach ociekających strąkami śliny i własną panikę po przebudzeniu. W tej chwili po tym śnie chyba pęknąłby ze śmiechu.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Sam nie wiedział, dlaczego, jednak zatrzymał się. Liczył, że Gacek go zgani, ponagli, lecz kundelek jedynie zapiszczał. Co jest?&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Chciał uciekać. Tuż między drzewami na jednym z pni lśniła żywica.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;W myślach pomachał sobie dłonią przed twarzą. Nic. Zero. Ciało stało się nieużytecznym szkieletem i masą tkanki, sztywna kukłą oderwaną od marionetkarza mózgu. Szymonowi lodowaty dreszcz przebiegł po plecach i przyspieszył mu oddech. Nagle uświadomił sobie, że powykręcane drzewa o korze nieomal czarnej, oddzielającej się niby łuszczący się naskórek wyglądały naprawdę przerażająco, a u ich podstaw kłębiła się mgła.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Rusz się!- pomyślał- Już! Teraz! No, już! O Boże! Teraz, już!&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;... A że mgła?&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Mimowolnie przysunął się do drzewa z żywicą. Poszarpane smugi mgły zaczęły wić się w górę wokół pni.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Wszystkie jego ostrzegawcze zmysły zagwizdały przeraźliwie i pchnęły cały mechanizm bicepsów oraz tricepsów do powstrzymania ręki, ale już zgarnął żywicę. Przez chwilę nic się nie działo. Potem z wgłębienia w pniu wyciekło coś czerwonego. Gromadziło się, a po uformowaniu dużej kropli spłynęło wzdłuż bruzdy kory. Do nosa Szymona dotarł mdlący, odrażający odór zgnilizny.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;- To krew- szepnął Gacek w nagłym przebłysku. Zawył.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Szymon niedowierzająco obejrzał żywicę w dłoni, po czym strzepnął ją z dziewczęcym piskiem. Blady jak topielec, toczył oczami po mgle, teraz przesłaniającej już wszystko w promieniu kilku metrów. Gdzie nie spojrzeć, tam były tylko i wyłącznie pnie o perlącej się czarnej korze, od dołu przesłonięte zaroślami oraz nieprzenikniona, biała zasłona.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Krew coraz szybciej wypływała z wgłębienia i Szymon patrzyłby na to unieruchomiony oszołomieniem, gdyby Gacek nie skoczył z zębami na jego nogę. Z niewytłumaczalną fascynacją obracał się ku drzewu, aż chłopak nie ryknął na siebie:&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;- Rusz się żesz, no!&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Oprzytomniał. Pędem skoczyli z biegiem ścieżki.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Krew tryskała z dziur w pniach, w zatrważającym tempie obejmując kolejne drzewa. Sprawiało to wrażenie, jak gdyby bieg ją rozsiewał, gdyż mimo maksymalnego wysiłku nie mogli wyprzedzić fali. Pęd powietrza chłostał twarz Szymona, niezdolny zagłuszyć tupotu podeszw i budzącego mdłości chlustu. Chłopak osłaniał głowę przed gałęziami, wpatrując się w wyłaniające z mgły drzewa, gotowy w każdej chwili ujrzeć koniec ścieżki. Zdołali nieco wyprzedzić falę, choć nieuchronnie tracili przewagę.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Nagle linia drzew dobiegła końca. Nastolatek z psem w biegu przesadził krzewy i przebiegł jeszcze kilka kroków, nim stracił rozpęd.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;- Nie dam rady- wysapał.- Płuca... Mi zaraz...&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Czerwone strugi&lt;b&gt; &lt;/b&gt;bluznęły ze wszystkich szczelin w korze i z jam wśród korzeni, powietrze przeszył przerażony skrzek wiewiórek… Na ślepo wbiegli między gęściej rosnące drzewa. Krwi przybywało- teraz lała się też z liści jak upiorny deszcz, przez co nogi rozjeżdżały się na mokrej ściółce. Szymon nie dostrzegł nisko wiszącej gałęzi, która chlasnęła go w twarz tak mocno, aż poczuł, jak rozcięła policzek.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Zatętniły kopyta i między drzewami przegalopowało stadko saren. Oszalałe, gnały prosto przed siebie, atakując te, które im zagradzały w uskoczeniu przez kolejnymi strugami. Ich zady lśniły łysawą skórą zbroczoną czerwonymi kroplami, kilka zwierząt wyraźnie utykało. Jedno z młodych, widać ledwie dołączone do stada, szarpnęło się i upadło, by zniknąć we mgle.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;- Mamo!- wybełkotał Szymon.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Nie mógł się załamać, mimo że chciał się rozpłakać. Musiał wytrzymać. Musieli biec.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Przerwa między drzewami stopniowo się poszerzała, aż utworzyła dosyć szeroki trakt. Chłopak oglądnął się i kiedy nie zauważył śladów pogoni, zatrzymał się. Dyszał, próbując nabrać tchu do obolałych płuc. Przycisnął dłoń do boku z wysiłku odzywającego się ostrym kłuciem i paleniem. Gacek skulił się, dygocząc na całym ciele.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;- Wszystko w porządku?- wystękał Szymon słabo.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Nie miał siły, głowy ani pojęcia, co mógłby odrzec pupil. Przykucnął przy nim i troskliwie pogładził wstrząsaną drgawkami sierść. Łzy napłynęły mu do oczu. Czuł się paskudnie. Przez rozcięcie na policzku ciepłe strumyki spływały mu po szyi, przesiąkając materiał koszuli, a połowa twarzy napęczniała do nadmuchanego bólem balonu. Znajdowali się w lesie, beznadziejnie sami, działy się rzeczy niestworzone i nie było to fikcja czy pomysł na fabułę dla kolejnego dzieła Mastertona. Na dodatek Gacek zostawił zdolność mowy gdzieś na początku lasu i Szymonowi pozostało tkwić jak kołek, myśląc, co robić albo co myśleć.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Mgła zawirowała i skręciła się w wijące wstęgi; chłopak z trwogi nieomal stracił przytomność. Skamieniał ze strachu, patrząc, jak białe smugi nabrzmiały do wielkich kłębów, rwącym pulsowaniem zbliżyły się, na chwilę zawisły w kompletnym bezruchu i na końcu gwałtowanie opadły.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Ukazało się zupełnie inne otoczenie. Drzewa, zamiast ciągnąc się po obu stronach, sterczały wszędzie naokoło. Drzewa łyse, złowieszcze i groteskowo powykręcane. Ponad okręgiem gałęzi rozpościerało się szare niebo, sprawiające wrażenie gotowego runąć w dół. Choć nie poruszył nogą, pod podeszwami trampek Szymona zachrzęściła spękana ziemia.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Jego usta ukształtowały duże „o”.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Z sercem gdzieś w okolicach gardła, powoli uświadamiał sobie rozpaczliwość ich położenia. Stąd nie dało się uciec. Co, iść, żeby zaraz wszystko się zmieniło? Znał ten las dobrze, nigdy nie widział podobnego miejsca. Gdy o tym myślał, nie wiedział, czy śmiać się, czy płakać. To absurdalne!&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;- I co teraz?- szepnął bezwiednie.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Uzyskał brak jakiejkolwiek odpowiedzi. Z trudem przełknął ślinę przez gardło szorstkie jak stary dywan. Wargi mu zadrżały. Kenny i Sierżant spoglądali na niego z wyrzutem spod rdzawych plam. Nawet Gacek oskarżycielsko kulił ogon. Szymon walnął się w czoło.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;- Ty głupi, głupi, głupi! Po co?! Po co tu jestem, no?! &lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Krew załomotała mu w skroni. Wzrok się mącił. Gdyby ponownie otworzył usta, potoczyłby się z nich bezładny bełkot- lub piana. Jeszcze nigdy w życiu się tak nie bał, a myśli nie spowijał mu kokon paraliżującej bezsilności i poczucia własnej beznadziejności.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Boże... Och, Boże... Czym zawiniłem? Czym?! To się nie dzieje naprawdę!&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Z pewnością zalałby się łzami i przesiedział na ziemi w nieskończoność, gdyby nie... Otóż, co? Czy ziemia przypadkiem nie zdawała się rosnąć w oczach? Barwy popiołu, przywodziła na myśl grunt wśród grobów. Dławiąca cisza. Tę ciszę się czuło, niemalże oblepiała ciało, można by zacisnąć dłoń w powietrzu i coś uchwycić.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Czas rozciągał się jak klej przelewany z naczynia do naczynia. Szymon z Gackiem tkwili nieruchomo, jedynie ich oczy płochliwie przetrząsały otoczenie. Chłopak sam nie wiedział, czy wolał, by już coś nastąpiło, czy też nie- czekanie oraz niepewność okazały się jeszcze gorsze. Owo zamarcie czasu i przestrzeni doprowadzało go do postradania zmysłów.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;- Umrzemy?- bąknął wreszcie ledwo dosłyszalnie, bardziej dla zapełnienia ciszy niż uzyskania odpowiedzi.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Echo jego słów przemknęło między drzewa, gdzie obijało się, stopniowo przybierając na sile, aż Szymonowi nie dudniło w uszach pytanie o śmierć. Umrzemy stało się lubieżne, szydercze, odpadł od niego znak zapytania. Umrzemy, umrzemy- skrzypiały bezlistne gałęzie. Umrzemy, umrzemy- chrzęściła ziemia. Umrzemy, umrzemy- bezgłośnie dźwięczało powietrze.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Umrzecie!&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Skulił się, gdy obok buchnęła kolumna pyłu. Lękliwie zakrywał głowę, a popielate drobinki okryły mu ramiona, włosy. W końcu Szymon uniósł twarz i następnie wydał z siebie wrzask tak wysoki, tak głośny, że najlepsza diwa operowa pozazdrościłaby mu skali głosu.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Pośrodku jajowatego wgłębienia w ziemi stało... Coś. Niby człowiek, ale nie człowiek. Jakieś dziwaczne, z ciałem pozbawionym owłosienia, skórę miało obrzydliwie opinającą szkielet. Mięśnie prężące się na cienkich ramionach przywodziły na myśl groszki trzęsące się na bambusowych tyczkach. Nogi o końskiej budowie kończyły niezdarne, długie stopy bez palców. Ręce zwisały po bokach istoty aż do jej kostek.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Dałoby się rzec, że posiadała plecy i z przodu, i z tyłu, bo nie sposób było określić płci tego czegoś. Nic nie zakrywało tego w każdym stopniu bezpłciowego ciała. Pokraczne monstrum, z tymi swoimi przedługimi łapami przypominało niedorobioną małpę, wręcz bawiło- gdyby nie twarz. Właściwie to pysk. Wciśnięty w głąb czaszki, nos rysował się ledwie jako cienkie szpary nad ustami o rozpiętości uśmiechu kota z Chershire.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Pośrodku owego zdeformowanego oblicza błyskały ogromne, naprawdę ogromne ślepia bez białek, całe czarne. Te oczy przewiercały na wskroś. Te oczy wnikały do źrenic i zaglądały gdzieś, hen, dalej.&lt;span style=""&gt;  &lt;/span&gt;Te oczy zakleszczały w swej czerni. Te oczy przesycała wszechogarniająca wzgarda. Te oczy mówiły: „Jesteś niczym. Bezwartościowym słabeuszem, balastem. Jesteś rozwleczonym kaleką traktującym życie jak nic, a ono nie jest ci przeznaczone! Wy wszyscy nic nie znaczycie! N i c!”&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Szymonem wstrząsnął dreszcz paniki; jednocześnie nogi stały się niemożliwie ciężkie i nie mógł nimi poruszyć. Musiał patrzeć w te oczy, czuć, jak przetrząsają go od wewnątrz, pałaszują, ryją tunele. Jakby wciskano mu przez oczodoły plujące jadem, rozsierdzone węże. Gdzieś tam Gacek wcisnął mu nos w dłoń, lecz liczyła się tylko głębia tych oczu.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Pot zaperlił się mu na nosie. Nie wiedział, ile wytrzyma, czy w ogóle wytrzyma jeszcze chwilę. To było nie do zniesienia. Bezlitosne macki spojrzenia stwora chyba darły go od środka. Zadrżał, lecz nie umiał odwrócić wzroku.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;&lt;!--[if !supportEmptyParas]--&gt;Oczy nadal drążyły, coraz głębiej, i wciąż, i wciąż, i wciąż...!&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Nagle poznał, jak to jest słyszeć skwierczenie potu spływającego po skórze, oddechy głośne jak wichura, zgrzytanie opadającego pyłu. Dotyk sierści psa, ostrej i kanciastej niczym strzeliste góry. Smagnięcia po twarzy cząstek powietrza, nieustannie mieszających się; gorące od istoty wypychały w górę ciepłe. Gacek przesunął łapą i uszy Szymona zaatakował ogłuszający jazgot opuszek przesuwanych po górzystej powierzchni gleby...&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Powaliło go na ziemię i w momencie wszystko ustało. Koszula lepiła mu się do ciała, w głowie buczało. Łapczywie nabierał tchu, niepewny, czy w ogóle przeżył. Chyba tak. Zmusił się do słabego podźwignięcia na łokcie.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Istota rzekła, choć nie uformowała wargami żadnego słowa, ciągle szczerząc paszczę najeżoną dwoma rzędami ostrych kłów:&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Koniess. Waszsz koniess.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Szymon milczał, wraz z psem ani ośmielając się mrugnąć. Powoli odzyskiwał oddech, ale wszystko go bolało, jakby stoczył się po stoku góry. Był już tak strwożony, wycieńczony, że nie umiał myśleć. Byleby to się skończyło. Może zaraz się zbudzi i stwierdzi, że śnił?&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Szczerze wątpił w taką ewentualność. Życie nigdy nie toczyło się pożądanym torem.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Ssłabi, ssłabi...- syczała istota.- Tak ssłabi...&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Podmuch wiatru zakołysał koronami drzew.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Waszsz koniess!- zaskrzeczał przeraźliwie stwór, po czym przygiął łapy...&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Koniec, koniec- zaszeptały drzewa...&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;... Rozczapierzył pazury, odepchnął się stopami, skoczył...&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;... Koniec, koniec- zadudniły konary...&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;... Szymon jedynie przykrył Gacusia własnym ciałem...&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Koniec- wytrzeszczały z wysiłkiem wiekowe korzenie.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Powietrze rozdarł ogłuszający wrzask.&lt;/div&gt;&lt;div style="text-align: left; font-family: arial;"&gt;  &lt;/div&gt;&lt;p class="MsoNormal" style="text-indent: 35.4pt; color: rgb(0, 0, 0); text-align: left; font-family: arial;"&gt;&lt;!--[if !supportEmptyParas]--&gt; &lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/p&gt;&lt;div style="text-align: left; font-family: arial;"&gt;                  &lt;/div&gt;&lt;p  style="color: rgb(0, 0, 0); text-align: left;font-family:arial;" class="MsoBodyTextIndent"&gt;Szymon gwałtownie otworzył oczy. Naokoło panował gwar, a po sali śmigały papierowe samolociki. Drobny nauczyciel zdzierał gardło, walcząc o przywrócenie porządku, ku uciesze wyjących ze śmiechu chłopaków. Dziewczyny w tyle z zapałem rozprawiały o najnowszym katalogu Avon.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Szymon z niedowierzaniem przetarł oczy. Że to...? Po chwili zaśmiał się z ulgą tak głośno, że ptaki siedzące na zewnątrz na parapecie zerwały się do lotu. Młodzieńcy lubujący się w dręczeniu chłopaka we dnie i w nocy, drwiąc z jego odmienności, równocześnie obrócili ku niemu głowy, jak gdyby śledzili lot piłki do gry w tenisa.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;- A tobie co?- zakpił jeden z nich- Amerykę odkryłeś czy jak?&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Pozostali zawtórowali mu prawie obłąkańczym rechotem. Usta Szymona w euforii wygięły się w pogodny kształt banana.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;- To był sen- oświadczył tryumfalnie.- Słyszycie? To był tylko głupi sen!&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;- On naprawdę jest jakiś nie taki- stwierdził z rozbawieniem któryś z chłopaków i wszyscy powrócili do uprzedniego posyłania samolocików w powietrze.&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Szymon z niedowierzaniem pomacał własną twarz. Śnił. Jakie to dziwne! A jakie było realistyczne! Boże, już myślał, że naprawdę go to dotknęło! A tu nic! Nic!!!&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;Tymczasem w domu Gacek leżał zwinięty w kłębek w swym kojcu, obserwując ekran telewizora, gdzie rudawy kot nieudacznie polował na kanarka. Pokręcił z politowaniem łbem. Naprawdę, świat bywał naprawdę żałosny. Ech... Ludzie... Co za gatunek, szkoda słów...&lt;br /&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: normal;"&gt;Gdzieś głęboko w lesie w Rudnikach wymizerowana łania o sierści barwy marchewkowej miedzi przestąpiła z jednej patykowatej nogi na drugą, po czym zastrzygła czymś postrzępionym, najprawdopodobniej uszami. Słońce wisiało wysoko na niebie. Nagle z zarośli wyskoczył z bojowym okrzykiem na ustach opalizująco niebieski elf, niezdarnie wymachując zapleśniałą kością.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style=""&gt;            &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: normal;"&gt;Rzeczywistość postanowiła się zmieniać.&lt;o:p&gt;&lt;/o:p&gt;&lt;/span&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-6687563759453106318?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/6687563759453106318/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=6687563759453106318' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/6687563759453106318'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/6687563759453106318'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2008/06/u-schyku-opowiadanie-na-konkurs.html' title='&quot;U schyłku&quot; (opowiadanie na konkurs)'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-5282887235195118064.post-5530090201588824201</id><published>2008-05-30T09:12:00.004+02:00</published><updated>2009-05-18T23:17:56.008+02:00</updated><title type='text'>O mnie?</title><content type='html'>&lt;a onblur="try {parent.deselectBloggerImageGracefully();} catch(e) {}" href="http://1.bp.blogspot.com/_ydn9XIk3kpY/SEBTYeIBfCI/AAAAAAAAAGU/qmr-kfircuY/s1600-h/smile_by_dottydotcom.jpg"&gt;&lt;img style="margin: 0pt 10px 10px 0pt; float: left; cursor: pointer;" src="http://1.bp.blogspot.com/_ydn9XIk3kpY/SEBTYeIBfCI/AAAAAAAAAGU/qmr-kfircuY/s320/smile_by_dottydotcom.jpg" alt="" id="BLOGGER_PHOTO_ID_5206252849108974626" border="0" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:trebuchet ms;" &gt;No, więc. Bloga założyłam po to, żeby gdzieś upchnąć swoje grafomańskie wyczyny lub- co gorsza- nierzadko chore myśli. Niekiedy są tak pogmatwane, że można się w nie mimowolnie zagłębić i zrysować sobie mózg. Dlatego je, hmm, opublikuję, &lt;/span&gt;&lt;span style="font-style: italic; color: rgb(0, 0, 0);font-family:trebuchet ms;" &gt;so beware&lt;/span&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:trebuchet ms;" &gt; ;D.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:trebuchet ms;" &gt;Może co nieco o mojej ach!, jakże ę, ą i w ogóle madafaka joł postaci w pytę nygas: nie wiem, dlaczego, ale pisząc, staję się sarkastyczna i nawet ironiczna, dlatego nie bierzcie wszystkiego na poważnie. Kocham słowa, k o c h a m!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:trebuchet ms;" &gt;Mieszkam w pewnym Zapierdziu na Śląsku, urodziłam się po komunie, unikam randek internetowych z kopyta/beznadziejnie kretyńskich rozmów kończących się blokiem, dawania swoich zdjęć/numeru telefonu/adresu. Aha, pisząc, staję się również niekiedy... Chyba opryskliwa, wybaczcie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:trebuchet ms;" &gt;Może tu wypowiadać się każdy, niezależnie, ile ma lat, czy jest:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:trebuchet ms;" &gt;- brzydki/ładny,&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:trebuchet ms;" &gt;- chłopakiem/dziewczyną,&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:trebuchet ms;" &gt;- dorosły/niemowlęciem,&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:trebuchet ms;" &gt;- mulatem/metysem/zambo/Murzynem/Azjatą,&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:trebuchet ms;" &gt;- chory/zdrowy,&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:trebuchet ms;" &gt;- zdeformowany,&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:trebuchet ms;" &gt;- słuchaczem techno/pop'u/rock'a/metalu/muzyki klasycznej.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div style="text-align: center;"&gt;&lt;div style="text-align: left;"&gt;Bo&lt;span&gt; &lt;span style="font-weight: bold;"&gt;wszystkich&lt;/span&gt;&lt;/span&gt; toleruję.&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:trebuchet ms;" &gt;&lt;br /&gt;Oj, dobra. Powiem prawdę: byleby miał cokolwiek w głowie oprócz nasranego &gt;&gt;.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;/div&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:trebuchet ms;" &gt;Znoszę każdą krytykę, możecie mnie obrzucić łajnem, wyśmiać, wykpić, wydrwić, no, cokolwiek! Chociaż cenię szacunek, kulturę, zachowanie poziomu. Oczywiście, jakieś wciągające dyskusje mile widziane ;].&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="color: rgb(0, 0, 0);font-family:trebuchet ms;" &gt;To by było na tyle. Nowe posty nie będą się pojawiały zadziwiająco szybko, nie mam ku temu możliwości. Ale blog nie umrze... Chyba. Khh.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/5282887235195118064-5530090201588824201?l=antydash.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://antydash.blogspot.com/feeds/5530090201588824201/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=5282887235195118064&amp;postID=5530090201588824201' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/5530090201588824201'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/5282887235195118064/posts/default/5530090201588824201'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://antydash.blogspot.com/2008/05/prba-techniczna.html' title='O mnie?'/><author><name>Agata</name><uri>http://www.blogger.com/profile/14869262352390312636</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/_ydn9XIk3kpY/SEBTYeIBfCI/AAAAAAAAAGU/qmr-kfircuY/s72-c/smile_by_dottydotcom.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry></feed>
